sobota, 10 maja 2014

Rozdział V. części trzeciej

*Powrót do TAMTEGO świata*

     Siedziała przy białej toaletce. Wpatrywała się w taflę lustra, kontemplując każdy fragment twarzy. Te same włosy, podobne rysy twarzy. Ten sam kształt nosa... Tylko trochę młodsza.
- Dlaczego, Panie Boże? - Spojrzała na krzyżyk zawieszony na ścianie. - Wiem, znowu o to pytam. Ale wciąż zastanawia mnie, dlaczego tak szybko nam ich odebrałeś? Rose prawie nie pamięta mamy. Tata mocno to przeżywał, aż i on odszedł. Czy ich misja została już wypełniona? Co będzie z nami? Inni też zaczęli odchodzić. A byli przecież tacy młodzi! To niesprawiedliwe.
     Victoria wstała. Czarna sukienka zafalowała, czekoladowe loki podfrunęły do góry. Wyjrzała przez okno po raz ostatni i zeszła na dół. W kuchni przy stole siedzieli już Tommy, Katya, Ola i Harry. Mimo różnicy wieku i upływu czasu, zwracała się do nich po imieniu, tak jak prosili.
     Rosalie spała w salonie, gdzie panował półmrok.
- Vicky, tak nam przykro. - pierwszy odezwał się Harry. - Louis próbował być dobrym ojcem, ale po śmierci waszej mamy nie zawsze mu to wychodziło. Jednak uwierz, kochał was jak wariat. Pamiętasz, jak opowiadał, że razem z Liamem zeszli ze sceny i pognali do szpitala, by być przy waszych narodzinach? Zrobił to, bo was kochał.
     Dziewczyna wzruszyła ramionami i usiadła obok ojca chrzestnego. Harry przytulił nastolatkę.
- Co teraz z nami będzie? Co z Rose? Ja jej nigdzie nie oddam. - wyszeptała, opierając głowę na ramieniu Styles'a. - Ona wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało. Wierzy, że tata pojechał do Polski.
- Zostaniecie ze mną i Olą, co wy na to? Póki co. Potem zacznie się pewnie sądowe ustalanie praw do opieki nad Rose i wami. I wtedy być może będziecie musieli wyjechać do Polski lub Doncaster. My też będziemy walczyć, jeśli chcecie. - powiedział Harry.
- Musimy zorganizować pogrzeb... - Rozpłakała się. - To dla mnie za dużo, już tak nie mogę dłużej. I nie chcę wyjeżdżać z Watford.
     Spojrzała na brata. Wolałaby się dać pokroić niż przyznać, że jest przystojny. Kiedyś, jasnobrązowowłosy, teraz, gdy włosy mu ściemniały, były w kolorze gorzkiej czekolady. Oczy o odcieniu intensywnej zieleni, wyraźne rysy twarzy, a teraz i zarośnięta kilkudniowym zarostem twarz, dodawały mu uroku. Także przyjemnie umięśnionym ciałem punktował w oczach dziewczyn. Nic dziwnego, był w końcu synem Louisa i odziedziczył po nim geny.
     Oboje, Victoria i Tommy, wyrośli na piękne osoby. Za Victorią szalała męska część szkoły, za Tommy'm - żeńska. Mieszanka genów rodziców oraz nazwisko zapewniły im przychylność otoczenia i popularność. Ta jednak, jako że mieli z nią do czynienia od dawna, nigdy nie uderzyła im do głowy. Zresztą, nie była ona jakaś wielka.
- Tommy, co teraz będzie? - zapytała cicho.
- Nie wiem, musimy to przeczekać.

*Kilka lat później*

- Rosalie, chodź tu! -zawołała Victoria, ubrana w ciemne spodnie, koszulę i żakiet. W oczach, przysłoniętych ogromnymi okularami przeciwsłonecznymi, lśniły łzy, niszcząc staranny makijaż. Nadmorski wiatr próbował porwać z jej głowy kapelusz z szerokim rondem.
     Spojrzała na siostrę. Szesnastolatka siedziała na ziemi, nogi spuściła w dół klifu. Wpatrywała się w fale morskie, rozbijające się z impetem o kamienie. Wiatr rozwiewał jej czekoladowe loki, szeleścił ciemną spódnicą.
- Odejdź! - krzyknęła, nie spuszczając wzroku z wody.
- Rose, proszę! - Victoria zbliżyła się o parę metrów. - Pogadajmy.
- Nie! Okłamałaś mnie! Mówiłaś, że zawsze będziemy razem. I co? Masz chłopaka, a ja mam wyjechać do Doncaster? A może lepiej, wyślij mnie do Polski! - Jej głos ociekał bólem i złością.
- Rose, to nie tak! - Próbowała się tłumaczyć dwudziestodwulatka. - Nie rozumiesz!
- Co tu jest do rozumienia? Chcesz się mnie pozbyć.
- Rose, posłuchaj! To nie jest postanowione. Nick tylko zapytał o taką opcję. Spodziewamy się dziecka. Nie wiemy, czy dalibyśmy radę przyzwoicie wychować waszą dwójkę. Rose, przecież wiesz, że cię kocham. W końcu jesteś moją siostrą.
- Ale... Jak to? Ty jesteś w ciąży? - zapytała nastolatka, podnosząc się z ziemi.
     Victoria przytaknęła.
- Ty, królowa lodu? Nie wierzę ci! Za bardzo zamarzło ci serce po śmierci taty, żebyś potrafiła teraz kochać naprawdę. Nawet Nicka nie kochasz!
- Jak możesz...
- A właśnie, że mogę! - przerwała jej siostra. - Wszyscy mogą. Każdy stara się nie podpaść "kochanej Victorii, która ogromnie przeżywa utratę ojca, która jest taka delikatna"... Tak jest! Wszyscy starają się nie nadepnąć ci na odcisk. Może inni tego nie widzą, ale ja widzę, że jesteś okropna. A kiedyś byłaś naprawdę cudowną osobą. Co się takiego zmieniło? Dlaczego taka jesteś?
- Rose, ja... - westchnęła, opierając się o barierkę przy klifie. W oczach znów zabłysły łzy.
     Nie była gotowa wyznać siostrze, że po śmierci ojca sama była o krok od świata umarłych. Przeciwności losu raniły ją coraz mocniej, toteż nie żałowała żyletek, leków nasennych, alkoholu i narkotyków. Zaczęła staczać się na dno i gdyby nie pomoc Harry'ego - ojca chrzestnego - oraz Nicka, chłopaka, który w porę odkrył jej mroczną tajemnicę, mogłoby jej już nie być.
     Nic nie umiało naprawić tamtych szkód. Ani upływ czasu, ani zmiana otoczenia, ani leczenie psychologiczne. Rodzeństwo niemal nic nie wiedziało - rodzina tak zdecydowała. Od obu stron dostała mnóstwo wsparcia, które pomogło jej wyjść z "dołu".
     To dlatego tak się zachowywała. Nie umiała wykrzesać z siebie większej dawki pozytywnych emocji. Swoją kruchość i dramat skrywała pod skorupą chłodu, powagi i dystansu do świata. A teraz ta sama skorupa zaczęła pękać pod wpływem słów Rosalie.
     Rozpięła guziki żakietu i powoli zsunęła go z ciała, ukazując blade ramiona, poznaczone gęsto białawymi zgrubieniami. Zdjęła okulary; nie ukrywała już łez.
- Kto ci to zrobił? - zapytała cicho Rose.
- Ja sama. Nie rozumiesz, jak się wtedy, po śmierci taty, czułam. Chciałam ze sobą skończyć.
- To dlatego... dlatego wszyscy obchodzą się z tobą jak z jajkiem. Dlatego taka jesteś...

     Nie pokazała jej wszystkiego. Uważała, że to już i tak wystarczająco wiele jak na pierwszy raz. Rozmawiały długo i szczerze, jakby nie widziały się od lat. I tak było; od lat nie było między nimi bariery, tajemnic, niedomówień, kłamstw. Do mieszkania wróciły, razem, w lepszych humorach.
     Nicka nie było w mieszkaniu.
- Rose, nie mów nic nikomu, dobrze?
     Szesnastolatka przytaknęła, gdy otworzyły się drzwi do mieszkania. Nick wszedł do kuchni i ujrzawszy łzy w oczach Victorii, dopadł do niej.
- Nie płacz, wszystko w porządku... Mała, co się dzieje?
- Nic... I nie nazywaj mnie tak. "Mała" było, jest i będzie zarezerwowane tylko dla mojej mamy. - Podniosła głos i wyszła.
     Chłopak spojrzał pytająco na Rosalie; ta wzruszyła ramionami. Nie zamierzała wtrącać się w ich związek. "Mama by tego nie chciała", pomyślała.
     Spróbowała przywołać w pamięci jej obraz. Nie ten ze zdjęć. Ten obraz, kiedy widziała ją po raz ostatni.
     Wszystko było wtedy dla niej, dwuletniej dziewczynki, monumentalne. Razem z Victorią przytrzymywała biały materiał. Przed nimi szła kobieta, która była dla małej Rose całym światem. Mama. Była piękna, jak anioł.
     Tyle pamiętała. To musiało jej wystarczyć. Resztę znała ze zdjęć, nagrań i opowieści. Znała ją jako radosną, szczęśliwą osobę spełniającą marzenia. Gadułę i uparciucha.
     Ale czy taka była naprawdę?


Kochani!!! Ogromnie Was przepraszam za te dwa miesiące przerwy! Do początku kwietnia ślęczałam nad opowiadaniem konkursowym, potem ważne miejsce zajęły szkoła i drugi blog - my-imperfect-mind.blogspot.com. Teraz ważny jest projekt gimnazjalny, koniec roku i kolejny konkurs literacki. Nie wiem, kiedy złapie mnie wena na kolejny rozdział, nie wiem, kiedy znowu coś dodam.
Póki co - liczę na wybaczenie za przerwę.

PS. Dziękuję Majce Z. za motywację do przepisywania i tematy do rozmów w muzycznej i na orkiestrze :**