niedziela, 29 grudnia 2013

Imagin świąteczny

     Mijał kolejny pusty, zimny dzień. Dzień, w którym bardziej niż zwykle odczuwało się samotność, a smutek atakował ze zdwojoną siłą. Wigilia.
     Siedziała skulona na dywanie, dłońmi obejmując kubek z gorącą herbatą. Puste spojrzenie skierowane było na ścianę pokrytą zdjęciami. Zdjęciami, które teraz wywoływały ból.
     Momentami chciała cofnąć czas. Czas, który płynął nieubłaganie. Ale ona wciąż pamiętała. Pamiętała, jak to jest kochać i być kochaną, jak to jest stracić kogoś i być zepchniętą na margines.
     To były pierwsze samotne święta. Święta bez Josha ani rodziny. Mówili, że czas leczy rany. Nie w jej przypadku. Bezpieczeństwo, beztroska czy udawany spokój, gdy poznała prawdę - to wszystko było takie fałszywe.
     Byli parą od dwóch lat, od kilku tygodni byli zaręczeni. Planowali ślub, wspólną przyszłość, dzieci. Byli tacy młodzi...
     Ona - twardo stąpająca po ziemi realistka z długimi blond lokami. On - niepoprawny romantyk, optymista i marzyciel z kruczoczarną burzą włosów. Ogień i woda. Niebo i ziemia. Alfa i omega. Początek i koniec. Dwie doskonale pasujące do siebie połówki jabłka.
     I nagle to wszystko runęło jak domek z kart przy mocniejszym podmuchu wiatru. Wyznał jej prawdę, która zniszczyła wszystkie ich plany. "Nie możemy dłużej być razem", powiedział, "Nie będziesz chciała mnie po tym znać. Nie będziesz chciała niszczyć sobie przyszłości, spędzając nie wiadomo jak długi okres czasu u boku prawie umarlaka. Jestem chory, to zaawansowane stadium raka. Już za późno na cokolwiek...". Tej nocy płakali oboje długo i szczerze. Wyznawali sobie wszystko, co przychodziło im do głowy. Nie zostawiła go, walczyła o jego życie do końca. Miłość dodawała im sił, lecz nawet ona nie mogła pokonać śmierci. Zmarł w dniu swoich dwudziestych pierwszych urodzin, pół roku po diagnozie.
     Ona została sama. Miała niecałe dwadzieścia lat, kiedy go żegnała. Nie chciała dłużej żyć, nie zaczęła studiów. Dalej mieszkała w ich wspólnym mieszkaniu. I choć parokrotnie próbowała odebrać sobie życie, coś zawsze w ostatniej chwili nie wypalało. Jakby tajemnicza siła próbowała zachować ją przy życiu. Jakby to była Jego sprawka.
     Próbowała zapomnieć, sprawić, żeby rany się zabliźniły, w końcu minęło prawie pół roku. Niestety, jedyne, co osiągnęła, to odrzucenie przez większość społeczeństwa i depresja.

     Wypiła zimną już herbatę, otarła drżącą dłonią mokre od łez oczy i wstała. Oddychała głęboko, idąc do korytarza. Ubrała się i wyszła na klatkę schodową, nie zamykając drzwi na klucz. Nie widziała takiej potrzeby.
     Szła śliskim chodnikiem w stronę serca miasta. W głowie tworzyła plan, który wydawał się być idealny.
     Pomyślała o rodzicach. Robili karierę tutaj, w Londynie, jednak nie kontaktowali się od ponad pół roku. Po prostu regularnie przesyłali jej pieniądze na życie.Nic więcej.
     Poczuła silne szarpnięcie, upadek na oblodzony chodnik i ból w całym ciele.
- Wszystko w porządku? - Usłyszała przyjemny męski głos, lekko zachrypnięty. - Strasznie cię przepraszam, nic mi dzisiaj nie wychodzi.
     Spojrzała na niego przez łzy. Jego twarz promieniowała złotym blaskiem odbitym od ulicznej latarni. Wokół nich panowała cisza i pustka, na niebie błyszczał samotny księżyc w pełni.
- Boli cię coś? - Chłopak przejął się na dobre. Pomógł jej wstać i mocno przytulił. - Proszę, nie płacz. Ja nie chciałem, żebyś coś sobie zrobiła. To moja wina. Nic mi dzisiaj nie wychodzi, rozstałem się z dziewczyną, postarzałem o rok...
     Gwałtownie wciągnął powietrze i wypuścił z objęć dziewczynę w czerwonym płaszczu.
- Mam na imię Louis, a ty?
- Rosalie. Rosalie Christina Madson. Nic mi nie jest. Przepraszam, że zabrałam ci czas.
     Ruszyła przed siebie, nie oglądając się na wysokiego szatyna o niebieskich oczach. Od śmierci nie umiała patrzeć na innych ludzi, tak radosnych i beztroskich.
     Dotarła nad Tamizę. Tutaj się wszystko zaczęło, tutaj się wszystko skończy. Drżącymi nogami kroczyła w stronę mostu, a potem na jego środek. To tutaj na barierce wyryli kiedyś swoje inicjały. To w tym miejscu po raz pierwszy się pocałowali. To tu się poznali. Tu chciała wszystko skończyć.
     Przybliżyła się do barierki i spojrzała na niespokojną Tamizę. Wychyliła się niebezpiecznie, oceniając odległość. I wtedy to zobaczyła. Pomiędzy elementy barierki wpięto łańcuszek i przyczepioną do niego buteleczkę. Wychyliła się po nią tak mocno, że niemal wypadła. W ostatniej chwili ktoś pociągnął ją do tyłu.
     Upadła na coś miękkiego i ciepłego, co jęknęło z bólu. Była jednak zbyt osłupiała, by zwrócić na to uwagę, w spoconej dłoni trzymała buteleczkę.
- Dziewczyno, życie ci niemiłe?! - wydarł się na nią znajomy męski głos. - Rosalie, nie musisz się przeze mnie zabijać.
     Podniosła się zaskoczona, z dłoni wypadł jej flakonik. Louis przysiadł na chodniku i spojrzał na nią z dziwnym błyskiem.
     Sięgnęła po buteleczkę i odkorkowała ją. W środku była kartka z podpisem "Do Rose Ch. M.". Drżącymi dłońmi rozłożyła wilgotny papier. Z oczu pociekły łzy.
- "Droga Rosalie, gdy przeczytasz ten list, będę już pewnie martwy. Przepraszam, skarbie, że cię opuściłem." - Czytała. - "Opuściłem... Wiem, że nie pokonam choroby i na pewno odejdę. Rose, kocham cię. Będę cię kochał także po tamtej stronie. Będę przy tobie zawsze i zawsze będę pilnował, żeby nie stała ci się krzywda.
  To taki jakby mój testament. Proszę, pokaż go też moim rodzicom i powiedz im, że ich kocham. Oto moja ostatnia wola...".
     Przerwała i czytała dalej w ciszy:
"1. Nie wyprowadzaj się z naszego mieszkania. Choćby moi rodzice byli temu przeciwni, nie postępuj wbrew swojej woli.
2. Spełnij swoje marzenia. Idź na studia, bądź prawniczką.
3. Moje rzeczy z domu niech zostaną sprzedane przez rodziców, a pieniądze niech przeleją na konto fundacji pomagającej chorym na raka.
4. Rose, zakochaj się. Świat nie kończy się na mnie. Wyjdź za mąż, wychowaj dzieci. Zrób to z miłości, nie z rozsądku... Skarbie, pewnego dnia ześlę ci kogoś, z kim spędzisz szczęśliwie życie. Kto wie, może będzie to mój ostatni prezent świąteczny...
5. Pogódź się z rodzicami, pierwsza wyciągnij do nich rękę. Będzie dobrze, uwierz.
6. Nigdy się nie poddawajcie.
7. Kochani rodzice, traktujcie Rose jak córkę, której nigdy nie mieliście. Zróbcie to ze względu na mnie...".
     Brakowało dalszej części tekstu i podpisu. Jakby Josh go nie dokończył. Jakby bał się zakończenia.
     Spojrzała na Louisa. Los zetknął ich ze sobą po raz drugi tego dnia, chociaż wydawało się to niemożliwe. Kiedyś być może wyśmiałaby swoje myśli, że Louis jest tym wybranym przez Josha. Teraz skłonna była w to uwierzyć. W końcu cuda się zdarzają, a szatyn uratował jej życie.
- Hej, mała. - Louis przysunął się do Rosalie i objął ją. - Wszystko w porządku?
- Możesz się mną zaopiekować? - zapytała z nadzieją.

***

     Choć zespół One Direction nie przetrwał próby czasu, związek jego byłego członka - Louisa Tomlinsona - z Rosalie Madson kwitł w najlepsze. Ludzie mówili, że los lubi płatać figle i zmieniać bieg wydarzeń. Oni coś o tym wiedzieli, a Josh wciąż strzegł ich na każdym kroku.



No, to by było tyle. Mam nadzieję, że się podobało. Siedziałam nad nim jakiś tydzień :P. No i ten... W Nowy Rok ogłosimy z Karoliną wyniki, a że nikt nie napisał komentarza pod ostatnią notką w tej sprawie, nie przyjmuję już (od jutra - poniedziałku) zgłoszeń. :)

Próbuję nagryzmolić rozdział, ale póki co lepiej idzie z imaginami. xD
Tak poza tym, ten imagin zgłaszam do konkursu na stronce One Direction To Są Chłopcy Nie Z Tej Planety :). Oceńcie go szczerze, proszę. Ostatniego imagina pisałam w marcu i czuję, że wyszłam z wprawy, dlatego zależy mi na opiniach. I proszę, komentujcie tego imagina na blogu opowiadania-balibliss.blogspot.com, na którym powinien zostać opublikowany.

Buziaki,
Julia :****

4 komentarze:

Rose i Lena pisze...

Jak przeczytałam imię głównej bohaterki to po prostu w oczach stanęły mi łzy. Nie wiem czy to imię wybrałaś przez przypadek - czy nie, ale szczerze zrobiło mi się miło :)
Bardzo podoba mi się ten imagin jest taki inny, wyjątkowy. ;)
Spodziewałam się od razu, że będzie z Lou <333
Dobra, to ja już kończę niestety muszę...
Pozdrawiam bardzo serdecznie!!
Rose xxx
Ps. Zapraszam wszystkich do siebie!! :)

Weronika Sternal pisze...

Wydaje mi się, że można szkła korekcyjne, bo ja również miałam taką opcję ;3

Majciak ∞ pisze...

Po długiej przerwie wracam do bloggera i pierwsze co zrobiłam, to wejście na Twojego bloga. Uzależnienie? Prawdopodobnie! :D
Ale nie żałuję. Imagin jest cudowny, wspaniały, fenomenalny, fantastyczny. Naprawdę. Stęskniłam się za Twoimi dziełami, haha. Za chwilę nadrabiam opowiadanie, więc potem prawdopodobnie pojawi się jeszcze jeden komentarz ode mnie. Trzymaj tak dalej, a ja tymczasem uciekam nadrabiać zaległości, buziaki.:*

Po prostu Kasia pisze...

Wszystkiego najlepszego z okazji nadchodzącego 2014 roku, oby był lepszy niż poprzedni, sprawił Ci radość i żebyś nie musiała się martwić.
Pozdrawiam.
____________________
MAM CEL:
Do końca roku 1111 obserwatorów. Dodasz się?
http://malinowe-ciasto.blogspot.com/

Prześlij komentarz

Proszę, zostaw szczery komentarz. Ja wiem, doskonale, że to, co piszę, nie jest dopracowane i zbyt ciekawe, ale to opowiadanie traktuję tylko i wyłącznie jako ćwiczenie. Dlatego proszę o wyrozumiałość :)
Pozdrawiam,
Julia :)