niedziela, 28 kwietnia 2013

XLV. part 3.

Cześć! No i jak wrażenia po poprzednich dwóch częściach? Mam nadzieję, że miłe. Ta część jednak powinna spodobać się Wam najbardziej. Niestety, Louis nie wyjdzie na scenę i nie wyzna, jak bardzo kocha Julię, jak chciała Fruśka.xoxo, ale podobna akcja będzie całkiem niedługo. :)
Dobra, czytajcie, a na dole czeka na Was reszta informacji. :))


- Uff, wreszcie cię dopadłem. - Louis pojawia się u mego boku. - Możemy pogadać?
- Jeśli tego chcesz... - kiwam głową.
     Chwyta moją dłoń i prowadzi w stronę stolika blisko baru. Siadamy na miękkich fotelach.
- Co słychać? - Julia, co się z tobą dzieje?! Twoje uczucia wyparowały czy co?
- Prawie dobrze. Życie się toczy. Ale... - urywa i patrzy na mnie niewidzącym spojrzeniem. - Nieważne. A ty? Widzę, że wiedzie ci się nieźle.
- Bywało lepiej. Dawniej, gdy byliśmy...
- Nie kończ, proszę. - przerywa mi.
     Smutno kiwam głową.
- To... o czym chciałeś pogadać? - pytam.
- Czy to było celowe? Ta cała piosenka, podziękowania? Chciałaś mnie dobić?
- Nie... Chciałam ci w ten sposób podziękować. Chociaż tyle jestem ci winna. - nerwowo strzelam palcami.
- Nie przejmuj się. Widać tak miało być. - jego słowa wskazują, że w końcu przyjął to wszystko do wiadomości. Jednak głos i sposób, w jaki to mówi, świadczą o czymś zupełnie innym. - Może jednak nie jesteśmy sobie pisani? A może nasze losy połączą się znów, ale za jakiś czas? Niczego nie możemy być pewni.
- W sumie, to chyba masz rację - stwierdzam. - Muszę chyba iść. - denerwuję się. - Znajdę cię później, dobrze?
     Wstaję i patrzę na Louisa. Ubrany w fioletowe spodnie, błękitną koszulę, granatową marynarkę i czarne buty ''lakierki'' wygląda... smutno. Smutno i przystojnie... Ech, ja to umiem zawodzić ludzi, nie ma co.
     Przechodzę obok niego, pochylam się i całuję Lou w policzek. Idę dalej, podczas gdy do oczu cisną się łzy złości na samą siebie.
- Julia, chodź no! - woła do mnie Katya. - Jesteś wredna, wiesz?
- Jak to? - spoglądam na nią tępo.
- Po co wysyłałaś do mnie Zayna?
- Ja go nie wysyłałam. - zaprzeczam. - Nic nie wiedziałam do wczorajszej rozmowy na Skype...
- Aha - mruczy uspokojona.
- A jak tam u ciebie? - zmieniam temat. - Zayn czy Valentin?
- Ja... Nie wiem. Jeszcze nie wiem.
- Rozumiem... - wzdycham.
- Ej, nie przejmuj się mną. Czy się mylę, czy dziś jest twój dzień? - przytula mnie. - Nieźle ci to wyszło.
- Oj tam... - uśmiecham się lekko. - To prawda, że jak Lolita Valentina leje parasolką z frędzlami, tak ty lałaś Zayna batonem? A te kaktusy?
- Aaa... To nic. - szczerzy się, aż parskam śmiechem. - Gorzej by było, gdybym zadzwoniła po Dmitrija i jego bandę...
- Ale?
- Ale ostatnio się nie dogaduję. Ze wszystkimi, z Valentinem też.
     Przytulam ją mocno. Jest dla mnie prawie jak starsza siostra. Dlatego to, co jest dla niej przykre, odczuwam i ja.
- Nie martw się, będzie dobrze. - szepczę. - Rozmawiałaś z Zaynem na ten temat?
- Jeszcze nie.
- No to na co czekasz? Leć. - popycham ją w stronę Zayna, który właśnie koło nas przechodzi.
     Samotnie krążę między gośćmi, wysłuchując zarówno pochwał, jak i krytyki. Co jakiś czas jestem zatrzymywana, by odpowiedzieć na parę pytać lub by zrobić zdjęcie.
     Gram pewną siebie dziewczynę, uśmiecham się, ale w głębi duszy chcę już zakończyć tę grę. Denerwuję się, bo nigdzie nie ma Louisa. Szukam go wszędzie, ale na próżno.
- Julia, sprzedałyśmy już osiem sztuk. - mówi pani Clark, gdy na nią wpadam.
- Super. - mówię beznamiętnie. Patrzę na wszystko pustym wzrokiem. Mam wrażenie, jakbym była robotem pozbawionym uczuć i emocji.
     Idę dalej, przeszukuję do końca ogród. Gdy to nie przynosi rezultatu, wracam do budynku. W kolejnych pomieszczeniach napotykam tylko pustkę. Zrezygnowana siadam na schodach prowadzących na piętro, do pokoi. Twarz chowam w dłoniach.
- Płaczesz? - pyta ktoś ze szczytu schodów.
     Nie podnoszę głowy, nie odwracam się, ale przytakuję.
- Przeze mnie? Nie warto.
     Tym razem odwracam głowę w stronę tego ''ktosia''.
- Przecież nic dla ciebie nie znaczę, czyż nie? -kontynuuje Louis. - Postawiłaś na nas krzyżyk. A ja? Co ja mam powiedzieć? - podnosi głos. - Że się zawiodłem? To mało powiedziane. Bo ja cię wciąż kocham! Co z tego, że ty chcesz przyjaźni, kiedy dla mnie to o wiele za mało? Co się stało z tamtą uroczą Julią, którą poznałem? Kto ją podmienił? Czy nie widzisz, że boli mnie serce? W każdej chwili, gdy jestem przy tobie, modlę się, żebyś zmieniła zdanie.
- Louis, ja...
     Wstaję i, chwiejnym z emocji krokiem, wspinam się do niego.
- Nie tłumacz się, to nic nie da. Wiem, że chciałaś dobrze, ale, jak widać, coś nie wyszło.
     Siadam koło Louisa. W tej chwili chłopak wyciąga zza pleców butelkę. Pociąga z gwinta duży łyk, krzywiąc przy tym twarz w grymasie.
- Czemu pijesz? - pytam.
- A czemu pytasz?
- Proszę, nie rób tego. Nie niszcz się.
- Nagle cię obchodzę? - pyta zimno.
- Cały czas...
- I mam ci uwierzyć? - znów pije.
     Wykorzystuję okazję i przytulam go. Zachowuję się jak małe dziecko, które nie wie, czego chce, ale czuję, że oboje tego potrzebujemy.
- Ale... - Louis urywa.
     Obejmuje mnie mocno. Siedzimy tak przez jakiś czas, aż się reflektuję:
- Louis, chodź do mnie. Co tu będziemy tak siedzieć? - opieram głowę o jego ramię.
- A goście?
- A goście przeżyją. Mam coś ważniejszego do zrobienia - muszę z tobą pogadać. - podnoszę się z miejsca.
     Ciągnę go za rękę, aż i on wstanie. Idziemy do mojego pokoju. Piszę jeszcze esemesa do pani Clark z prośbą, by mnie zastąpiła i zajmuję się niezbyt trzeźwym Louisem. Rozmawiamy ze sobą całkiem długo.
- Spać mi się chce. - mruczy Louis.
- To idź spać na moim łóżku.
- A ty?
- Ja przeżyję. To ty piłeś.
- Co to to nie. - zaprzecza. - Też musisz się wyspać.
- To co proponujesz?
- Śpimy razem? - czy mi się wydaje, czy powiedział to z nadzieją?
- Eee...
     Koniec końców, z racji tego, że w pokoju nie ma żadnej kanapy czy foteli (jeśli nie liczyć małej pufy), idę spać w jednym łóżku z Louisem. Zasypiamy na odległych końcach mebla. Nim odlecę do krainy snów, przez głowę przemyka mi jeszcze pewna myśl... Może jeszcze będzie dobrze.


No... Mi się strasznie podoba takie zakończenie rozdziału :) Tym bardziej, że wiem, co będzie dalej. :P A Wy jak oceniacie? Co jeszcze... Mam parę pytań:
1. Chcecie epilog podzielony na dwie części??
2. Co Wy na to, żeby zrobić notkę albo podstronę z najwspanialszymi komentarzami od Was? :)
3. Jakie bonusowe notki (i o czym) chciałybyście w trakcie przerwy między częściami?
4. O czym chciałybyście więcej przeczytać w drugiej części lub jakie akcje mogłyby się wydarzyć?

To tyle z pytań. I wiecie... Strasznie dziękuję za to, że jesteście, czytacie i komentujecie. Może wczoraj były tylko cztery komentarze, ale powaliliście mnie liczbą wyświetleń - 159!! Trochę brakuje do rekordu, ale to nieważne :) Ważne, że ja mam Was. (A Wy mnie, co nie? :P). Dobra, już nie smęcę. Ale pamiętajcie: 5 komentarzy = następny rozdział! 
A!, jakbyście chciały się czegoś dowiedzieć, o coś zapytać czy co tam wpadnie Wam do głowy, to piszcie na maila podanego na dole.

No, to do następnego :*
Julia Avis - something0more@gmail.com

Edytowane 28.04.2013 o godzinie 15.54, bo... Mam taką fajną historyjkę :)

Bo wiecie, śniło mi się, że jadę autobusem i jest mega ścisk. Stoję z przodu, za mną jakaś banda, no i okazuje się, że wszyscy gadają po angielsku. Odwracam się i widzę chłopaków, ale bez Louisa. I kierowca pyta się Nialla, czemu ma okulary przeciwsłoneczne, bo słońca nie ma. Ten coś mamrocze, a ja, po polsku, mówię "Bo chciał wyglądać bardziej modnie". Chłopcy parskają śmiechem, gdy słyszą mój głos, a Liam, który stoi po mojej lewej stronie, pyta, co powiedziałam. Więc przetłumaczyłam, a on stwierdził, że musi dać mi swój numer telefonu, który daje tylko bardzo fajnym osobom. I ja się tu tym jaram, przychodzi Louis i... Sen się urywa. A już się tak cieszyłam, że będę miała numer telefonu któregoś z nich... -,-

sobota, 27 kwietnia 2013

XLV. part 2.

Jak zapowiadałam, jest i druga część. Już jutro dodam trzecią część tego rozdziału... Jeju, wciąż nie mogę uwierzyć, że to prawie koniec. Dobra, nieważne, więcej napiszę pod częścią :)
Czytajcie :)


     Wyglądam przez drzwi i widzę pełną salę. Kamerzyści i fotografowie kręcą się tu i tam, szukając dogodnego miejsca do rozstawienia się. Wytężam wzrok i dostrzegam świętą piątkę wraz z Katyą, Michelle, Sophie i Danielle. Przemykam niezauważona pod oknem do przygotowanego dla mnie miejsca.
     Nie chcę, żeby mnie zobaczyli, bo zaczęłoby się gadanie. Oni nie są głupi, pewnie już skojarzyli, albo chociaż podejrzewają, że Carlicten to ja. Ale mimo to chcę potrzymać ich w niepewności do samego końca.
     Wybija godzina ósma. Światła przygasają, ludzie cichną. Wychodzi pani Clark.
- Dobry wieczór państwu. Chciałam was gorąco powitać i podziękować za przybycie w imieniu dzisiejszej gospodyni, Carlicten Orcoto. - przez salę przebiega szmer. - Tak... Zatem zapraszam na obejrzenie pokazu.
     Odchodzi i znika w drzwiach. Włączam w magnetofonie melodię z podkładem fortepianu. Jako pierwszy utwór gram melodię z 'Titanica'. Jest to jednocześnie znak do wyjścia pierwszej modelki, Andrei. Słyszę jakieś oklaski, co oznacza, że tragedii nie ma. Parę osób kołysze się w rytm muzyki, która wzmocniona jest delikatnie przez mikrofon.
     Między modelkami są dłuższe odstępy, co spowodowane jest rozmiarem sali i koniecznością przemierzenia jej większej połowy. W międzyczasie gram już 'We are young' grupy Fun.
     Zaczynam się denerwować. A co, jeśli coś nie wypali? Próbuję powstrzymać drżenie rąk, przez które ciężko wciska mi się wentyle. Już nie patrzę na wybieg. Co ma być to będzie. Najwyżej spalę się ze wstydu. Ale... przecież... Za co mam się wstydzić? Przecież spełniam swoje marzenia, tego nikt mi nie zabroni! Co najwyżej ktoś schrzani coś po drodze.
     Zręcznie przechodzę z melodii do melodii. Wreszcie, gdy wychodzi jedna z czterech ostatnich modelek, z leciutkim uśmiechem zaczynam grać 'They don't know about us'. Zbieram się na odwagę i zerkam na Louisa, który siedzi po drugiej stronie. Jego smutny uśmiech zawiera wspomnienia i ból, widzę to.
     Jakże szybko leci ten czas! Już koniec utworu. Wstaję, wkładam instrument do futerału, włączam 'Sacrifice' Eltona Johna i znów przemykam chyłkiem za gośćmi. Znajduję się w pobliżu drzwi w chwili, gdy wraca ostatnia modelka. Prostuję się i spokojnie idę przez salę. Na twarzy Louisa (i nie tylko) maluje się zdziwienie. Idę pod ciężarem spojrzeń innych. Chyba nigdy się tak nie stresowałam. Mimo to cały czas się uśmiecham.
     I jest tak, jak zaplanowałam. Gdy zawracam, patrzę cały czas na Louisa. A z głośników wypływa tak dobrze nam znana piosenka:
- Look into my eyes - śpiewa Bryan Adams. - You will see...
     I wtedy patrzymy sobie w oczy. Bezgłośnie poruszamy ustami, nucąc dalszy tekst "naszej" piosenki.
     Niestety, muszę iść dalej. Ale idę pewniejsza siebie i z piosenką na ustach. Nie boję się już tego, co powiedzą inni. I chyba nie jest za późno na naprawienie niektórych błędów, co?
     Zatrzymuję się przy kominku, zabieram z gzymsu mikrofon i znów ruszam do przodu. Za mną podąża reszta dzisiejszych modelek. Zatrzymujemy się i kłaniamy. Wychodzę przed szereg i czekam, aż dziewczyny i kobiety wrócą na miejsce. Ogarniam wzrokiem publiczność i przemawiam:
- Dobry wieczór wszystkim. Dziękuję za obejrzenie debiutanckiej kolekcji Carlicten Orcoto, czyli mnie... Cóż, nie spodziewałam się tak licznej obecności. Jeszcze raz dziękuję. Chciałabym też podziękować grupie osób, dzięki którym możemy być i oglądać tę niedoskonałą kolekcję...
     Wymieniam każdego po kolei, każdemu dziękuję. Tylko jedną, najważniejszą osobę zostawiam na koniec.
- I... Z całego serca dziękuję Louisowi Tomlinsonowi, który był przy mnie kiedy tylko mógł. To on tchnął w to wszystko radość, kolory i... marchewki. Bo... - zasycha mi w gardle. - 'Carlicten Orcoto' powstała po przestawieniu liter w 'Carrot Colection'... Dobrze, już kończę. Teraz kilka aktualności. - potrząsam delikatnie głową. - Jeśli komuś spodobała się któraś kreacja, to zapraszam do mini sklepu po lewo od głównego wejścia. Zapraszam też wszystkich na coś, co nazywa się after party, a które odbędzie się w ogrodzie. Dziękuję.
     Idę do modelek i gratuluję im występów. Po chwili podchodzą ludzie z kamerami, aparatami i dziennikarze z mikrofonami. Ustawiam się z dziewczynami do zdjęcia.
- Nie powiedziałaś, Julio, kto dla nas grał. A więc kto to? Na czym grał? - podsuwa mi dyktafon jakaś kobieta w szarej garsonce.
- To byłam ja, Julia-samosia. Grałam na waltorni.
- Julio, dlaczego ukrywałaś się pod pseudonimem? - pyta Eloise Tyler.
- Nie chciałam, by myślano, że chcę wykorzystać swoje pięć minut. Duma i honor nie pozwalają mi na to. A ja jestem Polką i jestem dumna ze swego pochodzenia. Nie jestem zbytnio urodziwa, ale nie to jest w życiu najważniejsze. - patrzę prosto w oczy kobiety.
- Czy to prawda, że ty i Louis przeżywacie kryzys? - dziennikarka nie traci zimnej krwi.
- A po co to komu wiedzieć? - oburzam się, ale robię przy tym jedną z moich nielicznych uroczych min. - Poza tym dzisiaj nie o tym powinniśmy rozmawiać, czyż nie?


Noom... Jak oceniacie? Może być? No, a jutro trójka. Według mnie - najlepszy fragment. Ostrzegam, że będzie smutno, więc wrażliwi mogą się wzruszyć, a łza może się zakręcić w oku... No cóż, to tyle z opisu trójki :) Na resztę czekajcie, dopóki nie będzie CZTERECH KOMENTARZY! Okej? :)
No więc wiecie... Planuję, z racji tego, że po zakończeniu części i w trakcie dwutygodniowej przerwy między epilogiem a pierwszym rozdziałem będę miała trochę więcej czasu. Tak więc mam pytanie: chcecie jakieś bonusy w trakcie przerwy? :) Jeśli tak, to co?
Dobra, to tyle na dziś. Jeśli czegoś chcecie się dowiedzieć, chcecie coś zaproponować, to piszcie na maila

Do następnego,
something0more@gmail.com - Julia Avis :*

piątek, 26 kwietnia 2013

XLV. part 1.

Hey! Hi! Hello! Tsa, coś często dodaję te rozdziały. Rozpieszczam Was... :P Dobra, przechodząc do rzeczy... Mam dla Was rozdział, z którego miałam zrobić dwa osobne, ale po dłuższym namyśle stwierdziłam, że to nie miałoby sensu. Dlatego podzieliłam ów rozdział na trzy części, które zamierzam dodawać codziennie przez ten weekend. Tak więc, jeśli będą wymagane cztery komentarze, następna część powinna ukazać się jutro, znów przed północą. Tsa... To wyjaśniłam. No więc podzieliłam to na bardzo różne, zaskakujące części.
A teraz czytajcie!!!


     Siedzę w wynajętym pokoju w Gala del London i maluję paznokcie. Słucham radia. Odkładam buteleczkę jasnożółtego lakieru i czekam, aż paznokcie wyschną.
- Dzień dobry, mamy naprawdę słoneczną sobotę, a taka pogoda trafia się nam rzadko. - przemawia radiowa dziennikarka, Eloise Tyler. - To całkiem dobry dzień na imprezę, co od dawna przeczuwała Carlicten Orcoto, szykując na dziś swój debiutancki pokaz mody, który odbędzie się w Gala del London. Co ciekawe, prawie nikt nie zna tożsamości Carlicten Orcoto. Zaszczytu tego, jakim jest poznanie i współpraca z Carlicten, dostąpiła Allyson Clark, sponsor i organizator wydarzenia, oraz dziewczyna znana jako Julia Avis i jest ona narzeczoną Louisa Tomlinsona z boybandu One Direction. A co się tyczy tego zespołu - wiemy, że mają się pojawić na pokazie. Jeśli wy również chcecie tam być, piszcie na maila swoje ciekawe przygody z modą i znanymi ludźmi. Do zgarnięcia jest pięć podwójnych wejściówek. Teraz "Sacrifice" Eltona Johna, a następnie informacje ze świata sław.
      Myślę nad dzisiejszym wieczorem., który dopiero ma nadejść. Czy ciuchy się przyjmą? Zresztą, to teraz nieważne... Bo jak zareaguje Louis na fakt, że to ja jestem Carlicten? W ogóle to wszystko... Nie powiem, boję się. Mam wątpliwości co do swojego ewentualnego sukcesu. Zaczynam podejrzewać, że to będzie niewypał. Ale mam też w pamięci i na uwadze słowa pewnej osoby: "Ludzie mądrzy i osiągający sukces nie wierzą w swoje możliwości. Nie są pewni tego, czy zrobili coś dobrze, gdy jest bardzo dobrze. Myślą wtedy, że mogli zrobić to lepiej, a nie zauważają, że jest dobrze."
      Zamyślona patrzę na fioletowe ściany, ciemne meble, paznokcie pomalowane na cytrynowo i beżową pufę, na której spoczywają moje stopy.
- Witam po przerwie. Mam dla was świeże newsy. Czy wiecie, jak wypoczywa One Direction w przerwie w trasie? Otóż Zayn Malik i Liam Payne przebywają obecnie w Rosji. Czyżby odwiedzali byłą dziewczynę pana Malika?
     Po pierwsze, to oni już wrócili z Rosji.
- Natomiast Louis Tomlinson widywany jest albo samotnie, albo w towarzystwie kolegów z zespołu, albo z siostrami, które przyjechały do Londynu na wakacje. Czyżby to oznaczało kryzys w związku Louisa i Julii, niezbyt urodziwej Polki? Miejmy nadzieję, że to tylko stan przejściowy, bo ich rozstanie to rzecz niemożliwa.
     Po drugie - to prawda, nasze rozstanie wydaje się niemożliwe...
     Zmieniam stację i zerkam na biały zegarek na przegubie mojej lewej ręki.
- Już po czwartej... - mówię do siebie. - Wypadałoby się zbierać.
     Poprawiam białą sukienkę, tą, którą miałam na zakończeniu roku szkolnego. Zakładam czarne balerinki i zaplatam włosy w warkocza, ostatnio moją ulubioną fryzurę.
     Wychodzę z pokoju i przemierzam pusty korytarz w poszukiwaniu schodów. Na dole, w recepcji, kręci się parę mało znanych i w ogóle nieznanych ludzi. Idę w stronę sali balowej, by zobaczyć przygotowania do wieczoru.

- Dobry wieczór. Nazywam się Eloise Tyler i jestem z Radio Centre. Zostałam z moją ekipą zaproszona na pokaz Carlicten Orcoto. - mówi średniego wzrostu szatynka.
- Już sprawdzę... - odpowiadam.
     Spoglądam na klipser, który trzymam w dłoniach. Jest...
- Trzeci rząd po lewo, miejsca od ósmego do jedenastego.
- Dziękuję, Julio. - uśmiecha się. - Czy Louis będzie?
- Tak, takie są plany. - odpowiadam i odhaczam przybyłych.
     Pół godziny temu wybiła siódma. Zajmuję się odfajkowywaniem gości na liście. Pojawili się już prawie wszyscy, prócz One Direction i Katyi.
- Julia, idź się przygotuj. Ja zajmę się ostatnimi gośćmi. - proponuje Jake.
- Nie, zostanę. Czekam na Louisa i resztę.
- Idź. - prosi. - To twój dzień, ale nie musisz robić wszystkiego sama.
- No... Dobrze. Ale pilnuj, żeby nie weszli za kulisy.
     Idę do pokoju i zakładam przygotowaną na dziś sukienkę z krótkim rękawem. Biała, doszywana do gorsetu góra koszuli z postawionym czarnym kołnierzykiem obszyta jest pozłacanymi dżetami do połowy rękawków. Szary gorset ma czarne wstawki na biodrach. Na brzegach boków czarnej, rozkloszowanej spódnicy przyszyte są posrebrzane dżety.
     Poprawiam włosy, maluję usta błyszczykiem i zakładam czarne buty na lekkim obcasie. Tak wyszykowana mogę iść. Zabieram jednak jeszcze z szafy futerał oraz statyw i dopiero wychodzę. Bo będę oryginalna. Ostatnimi czasy strasznie zaniedbałam granie, ale na początku czerwca postanowiłam to zmienić i gram teraz regularnie na waltorni. A na dziś przygotowałam ciekawy, moim zdaniem, repertuar.


Nom... Wiem, nie mogłam się wprost powstrzymać przed opisem sukienki. Taka moja wada. Na szczęście darowałam Wam opisy makijażu i innych pierdół :) Hymm... Dobrze się dzisiaj czuję, bo ominęła mnie druga matma (samo zło! xD) i wf... Why? Bo miałam wizyty u lekarzy. Taa, ale się cieszę, bo zwłaszcza wizyta u psychologa bardzo mi pomogła. Tak, chodzę do psychologa i tego nie ukrywam, mhm... No, i zapisałam się do okulisty. Niby tylko na kontrolę, ale coś czuję, że bez wymiany szkieł na mocniejsze się nie obejdzie. Zaczynam ślepnąć...
Dobra, przepraszam, kończę te smęty. Teraz mam coś ważnego do zakomunikowania.
Otóż w komentarzach pod poprzednim rozdziałem pisałyście, że nie chcecie, żeby Julia wyjeżdżała. No cóż, niestety, nie mogę nic na to poradzić, ale Julia zniknie. Dosłownie. Czekajcie do weekendu majowego, to dowiecie się, o co chodzi. A w następnych częściach: pokaz mody, rozmowa z Katyą, Louisem i przemyślenia Julii. 
Rany, nie wierzę, że oto ostatni rozdział. Niby podzielony na trzy, ale to wciąż jedno. Te pięć miesięcy, które upłynęło w środę, minęło strasznie szybko. A Wy jesteście ze mną, komentujecie i tak dalej... Dziękuję :***
Jeszcze coś jeszcze chciałam... Tak, wyrażajcie w komentarzach szczere, powtarzam: SZCZERE opinie. Jutro dam nexta, ale muszą być 4 komentarze! Da radę?

No, to BYE :*
something0more@gmail.com

środa, 24 kwietnia 2013

XLIV.

Hej!! Tsa, pozdrowienia ze środka tygodnia. Od tygodnia pracuję nad swoim angielskim, hah. Właśnie teraz słucham One Republic - Secrets. Całkiem fajna melodia :) A ja znów dodaję rozdział po nocy...
Dalej... Są wyniki konkursu ortograficznego, w którym ja i Katya startowałyśmy. Niestety nie jesteśmy choćby laureatkami. Mówi się ''trudno''. Ale test był okropny i nawet najlepsi polegli. No... Może poza taką jedną, która wygrała, a która jest córką dyrektorki jednej ze szkół... Ale czy to ważne? Ważne, że się próbowało.
Cóż mogę rzec więcej... Może teraz o rozdziale. Tak więc przenosimy się blisko miesiąc do przodu, do cukierni ''Sweet Mariposa''. Ktoś kojarzy nazwę? Wystąpiła już w opowiadaniu. No, będzie całkiem wesoło. Tsa, bo nie umiem za bardzo smęcić. Katya jest od tego.
Dobra, czytajcie! I krytykujcie.


- Proszę bardzo i zapraszam ponownie - uśmiecham się podając zapakowane ciasto wysokiej szatynce.
- Do widzenia - żegna się.
     Zerkam na żółty zegar nad wejściem. Zostało piętnaście minut do końca pierwszej zmiany. Za niecałe dziesięć minut do cukierni "Sweet Mariposa" wejdzie niska brunetka ubrana, jak zwykle, w zwiewne suknie. Założy fartuch, zwiąże długie gęste włosy w kitkę na czubku głowy i przyczepi do fartucha identyfikator z imieniem "Telimena". Równo o czternastej zajmie miejsce za wiśniowym kontuarem, by móc obsługiwać kolejnych klientów. Wtedy ja, odwiesiwszy swój fartuch na wieszak za zasłonką, zabiorę torbę i opuszczę pomalowaną na żółto, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz, cukiernię
- Cześć, co dziś polecasz? - z zamyślenia wyrywa mnie głos należący do Tiny, naszej stałej klientki.
- Chyba mogę zaproponować szarlotkę lub ciasto bananowe. - mówię wskazując na kontuar.
     Kobieta waha się. Ma krótkie fioletowe włosy. Dzięki nim nie wygląda na trzydzieści lat, które niedawno skończyła.
- Ech, skuszę się na ciasto bananowe. - posyła mi uśmiech.
- Ile kawałków?
- A wiesz, że... Daj sześć.
     Wyciągam zza szybki ciasto. Rozkładam papier na tekturce i kroję równe kawałki. Ważę, pakuję i podaję zakupy.
- Coś jeszcze?
- O, wiem! Chleb krojony poproszę.
     Podliczam zakupy i wydaję resztę w chwili, gdy wchodzi dwudziestoośmioletnia Telimena.
- Cześć! - woła.
- Cześć. - odpowiadam.
- A ja już idę. Do zobaczenia. - Tina żegna się i wychodzi.
- To co, Julia, koniec?
- Tak, ostatecznie.
- Co ty będziesz robiła po odejściu, co? Przecież sobie radzisz. - wzdycha Greczynka i sięga po fartuch.
- Tel... Jaki jutro jest dzień?
- Dwudziesty lipca?
- Dokładnie. A co w związku z tym?
- Coś tam ma być... A idź mi! Nie umiem się żegnać, ty mi niczego nie ułatwiasz. - marudzi, ale uśmiecha się przy tym ciepło.
- To co? Do zobaczenia kiedyś tam?
- Chyba tak. Idź już.
- To do zobaczenia.
     Biorę torbę i ruszam do drzwi. Pech chce, że zderzam się z jakimś jegomościem.
- Bardzo przepraszam, ja... - urywam na widok twarzy mężczyzny. - Och, Paul, to...
- Nic się nie stało, ale też przepraszam. Możemy gdzieś pogadać?
- Tak. Właśnie skończyłam pracę. A o co chodzi? Co u chłopców?
- Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Chodźmy do Alpen Cafe, co? - wnioskuję, że Paul jest dość mocno zdenerwowany. Lewą dłoń zaciska na pasku torby z laptopem.
     Przytakuję i kierujemy się do pobliskiej kawiarni. Parę minut później siedzimy przy stoliku, a ja popijam wodę z butelki.
- To... co się stało?
- Julia, Zayn i Liam są w Rosji. - wyznaje.
- Ale że co?! - krztuszę się wodą.
- Zayn dowiedział się, że zaprosiłaś Katyę, a ta nie chce przyjechać. Wytrzasnął wizy, zabrał Liama do negocjacji i siedzą tam już czwarty dzień.
     Wyciąga laptopa i uruchamia system.
- Zaraz z nimi pogadamy, jak umówiłem się z Liamem. Mam nadzieję, że pamiętał.
     Otrzymujemy swoje zamówienia. Paul loguje się na Skype i dzwoni do Liama. Po chwili odbierają.
- Paul, powiedz, co robimy nie tak? - pyta rozżalony Zayn. - Po przylocie pojechaliśmy z kwiatami, pogadaliśmy i było fajnie. Przedwczoraj nie wpuściła nas do mieszkania, a wczoraj rzucała w nas doniczkami. Z kaktusami. - kończy dramatycznym szeptem.
- A dzisiaj? - pytam ze śmiechem.
- O, cześć, Julia - wita się Liam. - Dzisiaj rzuciła się na Zayna i jest cały podrapany. Ja ''tylko'' oberwałem drzwiami w nos. Specjalnie zresztą.
- Ona jest jakaś inna i szalona - skarży się Malik.
- Katya mi mówiła, że przypominacie jej, cała banda, o wszystkim. A ona chce zapomnieć. Ale przyznała też, że tęskni za tobą, Zayn. - no dobra, to nie było uczciwe zagranie! Nie jest to zbytnio prawda, ale czego to się nie robi...
- Liam, słyszałeś? - chłopak ożywa. - Wracamy do niej!
- Nie, bałwanie.
- Ej, ona musi być jutro w Londynie. Nie odpuszczę ci tego...
      Rozlega się pukanie do drzwi. Zayn zrywa się z siedzenia i leci otworzyć. Po chwili da się słyszeć arabskie, zapewne, modlitwy.
- On zwariował, prawda? - pytam cicho.
- Czekaj, czekaj - ucisza mnie Liam. - Zaraz będzie ciekawie, bo Katarinka przyszła.
      Wymieniam z Paulem zaniepokojone spojrzenia, które wyrażają lęk o zdrowie umysłów chłopców.
- Zayn, żeby nie było, to nie przyszłam tu dla ciebie. - ostrzega Rosjanka wchodząc do pokoju. - O, cześć, Liam. Paul? Jula?
- Cześć. - uśmiecham się.
- Cześć, cześć. Zayn, podobno dzisiaj wracacie. Lecę z wami. Ale to tylko i ze względu na Julkę, zrozumiano? Tak samo ze względu na nią wsiądę do samolotu, którego cholernie się boję.
- Tak jest, szefowo. - mamrocze chłopak. - A jesteś spakowana?
- No raczej, proszę pana - ironizuje. Widzę, że świetnie bawi się, dogryzając Zaynowi.
- Taa, to my kończymy. Niedługo mamy samolot. - mówi Liam i rozłącza się.
- No i co ty na to? - pyta mężczyzna.
- Noo... Jeśli tylko nie próbowali rosyjskich samogonów, to myślę, że jest okej.
- Mam też do ciebie prośbę... Spraw, żeby zmądrzeli.
- Wiesz, na to już chyba za późno. Poza tym niedługo wyjeżdżam.
- Czyli mówili prawdę? - kiwam głową. - Dziewczyno, widziałaś ostatnio Louisa? Nawet marchewki mu nie smakują, zakłada skarpetki... To dość niecodzienny widok.
- Przykro mi. - podnoszę się.
- Nie, zostań. To nie tak. Po prostu martwię się. O tamtą piątkę, ale i o ciebie.
- Przepraszam - szepczę siadając. - Umiem tylko mieszać.
- Julia, posłuchaj mnie, dobrze? Ja pomyślałem, gdy pojawiłaś się przy Louisie, że teraz będzie z nim tylko lepiej, że stworzycie wspólnie przyszłość. Cóż, nie pomyliłem się zbytnio. Był przełom, kibicowałem wam. Ale mówi się ''trudno''. Takie jest życie. Wiedz jedno: gdy będziesz miała problem, to dzwoń. Pogadamy, pomyślimy, pomożemy. Dobrze?
- Dobrze.
      Nigdy bym nie powiedziała, że Paul, człowiek, który prawie wywalił Louisa z zespołu za przylot do Polski, okaże się tak... tak dobrym, przyjaznym człowiekiem. Do dziś miałam o nim całkiem odmienne zdanie, a tu proszę! - myliłam się.
- Julia, obiecaj, że skontaktujesz się ze mną, choćby to był środek nocy. Zrób to dla siebie i Louisa. Przede wszystkim dla Louisa.
- Spróbuję.

      Głośna muzyka zagłusza moją szarpaninę z bagażami i ciuchami, które do nich pakuję. Najpóźniej za dwa dni, w niedzielę, muszę zabrać ostatnie rzeczy. Mieszkanie zostało sprzedane z zyskiem. Pieniądze pomogą mi w dużym stopniu rozpocząć życie w nowym miejscu.
- Julia, jesteś tam? - słyszę wołanie dobiegające z klatki schodowej.
      Wyłączam muzykę i wychodzę z pokoju.
- No raczej, że jestem. - mówię do Nialla i Harolda po otwarciu. - Co chcieliście?
- Pogadać, pomóc w pakowaniu. - odpowiada blondyn.
- Louisa nie ciągnęliście ze sobą? - upewniam się.
- Nie. Powiedzieliśmy, że jedziemy na zakupy. Później tam pojedziemy, ale teraz jesteśmy tu. - szczerzy się Harry.
- Dobra, dobra - podpieram się pod boki. - Jaki jest prawdziwy cel waszej wizyty?
- Rany, no i kto mi w domu mówił, że pójdzie łatwo? - wzdycha Niall. - No więc chcemy cię namówić, żebyś została.
- Nie da rady, chłopaki. Mieszkanie sprzedane, wszystko przygotowane.
- To gdzie się przeprowadzasz? - pyta Harry.
- Nie wiem, mam parę typów. Myślę nad Kanadą, Francją i Finlandią. I może coś jeszcze.
- Aaa, to tanie buty. Już łapię... Ej, będziemy mogli cię odwiedzać? - pyta Niall.
- Możliwe. - stwierdzam i prowadzę ich do pokoju.
- Czemu tylko: możliwe? - miączy loczkowaty. - Czemu nie powiesz tak: kochani, wspaniali chłopcy, w każdej chwili możecie do mnie wpaść? No, proszę ja ciebie, czemu taka jesteś?
- Proszę cię, Harry! - irytuję się i patrzę mu w oczy. - Za tobą są drzwi. Idź i sprawdź, czy klamka z drugiej strony działa.
- Ej, co jest? - dziwi się Niall.
- Nic! Po prostu denerwuję się jutrem, bo dużo tam pomagałam... Będziecie?
- Będziemy na pewno. Zayn i Liam przybędą z Katyą, wiesz?
- Wiem. Spotkałam się z Paulem i w międzyczasie rozmawialiśmy przez kamerkę z tą świętą trójcą.
- Wiesz, jak ta dziewczyna ich maltretowała? - pyta ze śmiechem Harry.
- Owszem. - rozchmurzam się. - Kaktusy, drzwi, pazurki - wyliczam.
- Lała ich jeszcze pałką mażoretkową. - dodaje blondyn. - Taak, nie ma to jak ich przekomarzanki.
- Chcecie pomóc pakować mi rzeczy? - przytakują. - No to chodźcie.
       Daję im za zadanie ogarnąć kuchnię i moją biblioteczkę. Na swoje barki biorę pakowanie reszty ciuchów, jakichś pierdół i kosmetyków. Ogółem: rzeczy prywatne.
       Po dwóch godzinach kończymy. Reszta zostaje na jutro. Wtedy też zjawi się samochód z ekipą od przeprowadzek. Zabiorą wszystkie moje rzeczy, a ja przeczekam parę dni w swoim pokoju u rodziców. A potem? Zobaczymy...


No i jak? Podobało się? Mam nadzieję. Bo ten rozdział, jeden z weselszych, uważam za udany. I Katarinka zawsze śmieje się z rozmowy przez Skype. Tak, widziała to parę razy. Inne rozdziały też :) Może uważać się za farciarę, bo tylko jej pokazuję szkice. :D Taa, to tyle na temat rozdziału, krytyka leży w waszych rękach i klawiaturach.

Co tam jeszcze powiem... Dotknęły mnie hejty na Harry'ego i resztę ze strony paru osób. Że to geje, pedały... Jak w ogóle można słuchać ich muzyki... Najwięcej się sypnęło na Hazzę, ''bo w Bravo pisali, że to gej''. Nawet jeśli nim jest, to nikomu nic do tego, bo każdy może być kim chce, czyż nie? A Bravo to od jakiegoś czasu chłam. Jedyne, co widzę w tym wartościowego, to plakaty. Tak więc proszę, jeśli to czytacie, zrozumcie mój gust muzyczny. Nie lubię rapu, nie przepadam zbytnio za rockiem, zwłaszcza tym z ostatnich lat. A że słucham One Direction, Michaela Jacksona, Eltona Johna... To jest mój wybór. Uszanujcie to, proszę. Nie zmienicie mnie, żebym słuchała czegoś innego, bo to nierealne. I nie da rady zmieniać ludzi na własne potrzeby. Ja nie obrażam innych artystów (no, może poza tymi od disco polo). Piszę opowiadanie o 1D, ale to dlatego, że chcę spróbować swoich sił w pisaniu. Wykorzystuję temat 1D, bo takich opowiadań jest full, niektóre to perełki zdolnych osób. I ja chciałabym być taką ''perełką'', a na czymś próbować muszę. Więc jeśli uważacie, że to bzdety, durnostwo, marnowanie czasu i w ogóle coś do niczego, to po co czytacie? Nie potrzebuję wsparcia, żeby się rozwijać. Ale jeśli coś ci się nie podoba w tym, że to piszę, że słucham 1D, to znaczy, że marnujesz czas na przeglądaniu tego bloga...

Hmm... No, jeszcze trzy rozdziały do końca tej części. Ale nie martwcie się, kończę nr 10 części drugiej. Emm... Tak się zastanawiam... I chciałam wam powiedzieć o czymś smutnym... Tak. Bo wiecie... KOCHAM WAS, MOI WSPANIALI CZYTELNICY!!! xD 
No, a rozdział następny będzie w weekend, jeśli będzie
5 komentarzy = następny rozdział

No, to ciao! Do następnego :) Jak coś ode mnie chcecie, to piszcie na maila: something0more@gmail.com. Spróbuję pomóc :)

sobota, 20 kwietnia 2013

XLIII.

No więc witam Was serdecznie w to sobotnie popołudnie :) Jeszcze w czwartek było naprawdę gorąco, ale teraz też nie możemy narzekać. Bo w końcu zima sobie poszła! Yeah! xD
Jeeny!!! Przez ten tydzień nabiliście prawie tysiąc wejść, wiecie? Kocham Was za to :*
Co tam jeszcze... Jeszcze tylko cztery rozdziały do końca pierwszej części. Hmm... Możliwe, że dodam jakiś rozdział w tygodniu, bo od wtorku do czwartku mam wolne (3. gimnazjum pisze testy). No, więc prawdopodobnie tą część zakończymy w weekend majowy... Ale nie martwcie się, powstaje dziewiąty rozdział drugiej części. :)
Dobra, czytajcie i komentujcie! :)

- Dzień dobry, kochani uczniowie, szanowne grono pedagogiczne i drodzy rodzice. - wita nas wszystkich dyrektor w pewne gorące, czerwcowe przedpołudnie. - Zebraliśmy się tu, by pożegnać i uhonorować dzisiejszych absolwentów tej szkoły.
      Tak, tak oto nastał dwudziesty pierwszy czerwca, ostatni dzień wiosny i szkoły. Siedzę w drugim rzędzie i trzymam kciuki. Marzę o dwóch rzeczach, które wzajemnie się wykluczają - by Louis pojawił się tutaj, ale też, by się nie  pojawił. Boję się swojej reakcji na jego widok. Tym bardziej, że...
- A teraz poproszę pannę Julię o przemowę. - wstaję i idę w stronę podwyższenia. - Julia należy do najlepszych absolwentów tego roku. Przez półtora roku wykazała się dużą widzą, mimo że musiała się zaaklimatyzować po przyjeździe z Polski. Taka uczennica to skarb. Mimo dłuższych rozstań Julia szybko umiała nadrobić zaległości.
      Dyrektor jest gorszy niż Zayn, gdy gada o Katyi, a tego trudno przebić. Jeszcze zacznie gadać, czego to nie zrobiłam... I to wtedy, gdy nie byłam w szkole! To co na początek? Julia i Louis? Julia we Francji?.. Ach, jak ja lubię ironię. Tyle, że przeważnie o niej zapominam. Staję w końcu koło dyrektora. - Oddaję teraz głos pannie Julii. - no, nareszcie! - Dziękuję bardzo, panie dyrektorze. - szepczę, poprawiam mikrofon i wyjmuję kartkę z tekstem. - Witam wszystkich zgromadzonych. Dziś kończy się pewien rozdział w naszych życiach. A piękne, słoneczne zakończenie wiosny jakby chciało wynagrodzić nam czas poświęcony na szkołę. Spędziłam tu ledwo półtora roku, ale nie przeszkodziło mi to w nawiązaniu przyjaźni. Wiem, że inni również odnaleźli swoich towarzyszy doli i niedoli... Drodzy nauczyciele, nie zawsze byliśmy wspaniałymi uczniami, ale wiadomo, młodość musi się wyszaleć. Mimo to przepraszamy. Koledzy i koleżanki, nie złośćmy się więcej na naszych profesorów... Wybaczmy sobie nieporozumienia.
  Dziś nasze drogi rozchodzą się i zmieniają dotychczasową trasę. Możliwe, że o tej czy tamtym, którzy się nie wychylają, usłyszymy nieraz. Może być tak, że ci, którzy zapowiadają się obiecująco, nie osiągną w życiu wiele. Ale może być i na odwrót. Bo niezbadane są wyroki tego, który rządzi wszechświatem. W imieniu uczniów dziękuję wam, szanowni nauczyciele, za to, że przetrwaliście z nami ten czas. Wam, koledzy i koleżanki, życzę, byście byli sobą i nie poświęcali się temu, dla kogo lub czego jesteście nikim. Życzę, byście żyli chwilą, bo wszystko jest niepewne. Są to słowa dzisiejszych absolwentów, którzy nie mogli się tutaj pojawić. Rozwińcie swoje skrzydła i potencjał. Pozwólcie nieść się marzeniom, nie brońcie się przed nimi. Wielu stoi w kolejce po szczęście, a wystarczy tylko krok. Mam nadzieję, że wszyscy osiągniemy sukces, życzę tego z całego serca. Dziękuję. - odchodzę od mównicy i rozlegają się pojedyncze oklaski.
- Julio, zaczekaj. - prosi dyrektor Adams. - Wręczymy teraz dyplom i nagrodę. - zwraca się przez mikrofon do publiczności. - Do pomocy poprosiłbym panią Mitchel.

      Obok mnie pojawiają się Sophie i Zuza. Obie coś do mnie mówią, ale nie mogę zrozumieć - co.
- Czemu nic nie powiedziałaś, że dostaniesz stypendium? - pyta siostra.
- Bo nic nie wiedziałam. 
- Ale cię wyróżnili! - mówi Sophie. - I to jak! Dwieście funtów... Naprawdę nieźle.
- Mhm... Zostajemy czy wracamy do domu? - odzywa się Zuza.
- Chyba zostajemy. Jeszcze ma być poczęstunek i takie inne sprawy.
- Julia! - słyszę za plecami znany mi głos.
      Zatrzymuję się w furtce przy wejściu do szkoły. Odwracam się i widzę Michelle drobiącą na niebotycznie wysokich szpilkach w naszą stronę.
- Co tu robisz? I gdzie byłaś przez cały czerwiec? - pytam trochę niepewnie.
- Cześć. Przepraszam, że się nie odzywałam, ale byłam w Australii z Adrienem i Ale...
- Nie mów mi o nim! Proszę. - przerywam jej.
- Dobrze, dobrze. - uśmiecha się. - Przedstawisz mi swoje towarzyszki?
- A, tak, faktycznie. Michelle, ta mała to Zuza, moja siostra. A to Sophie, moja bliska koleżanka. Dziewczyny, poznajcie Michelle, moją bardzo bliską koleżankę.
- Cześć. - Soph wyciąga dłoń do szatynki. Ta ją ściska.
      Patrzę na ulicę i widzę żółte, znane mi auto. Mam nadzieję, że to tylko zbieg okoliczności, ale, niestety, kierowca i mężczyzna obok niego mówią sami za siebie.
- Schowajcie mnie albo nie mówcie, że tu jestem. - szepczę nerwowo i wsuwam się za dziewczyny.
- O co ci cho..?
- Nie gadaj! - przerywam siostrze.
      Auto zatrzymuje się. Przemykam za porośniętym bluszczem płot. Wątpię, żebym została niezauważona przez nikogo, bo moja biała sukienka jest aż nadto widoczna. Słyszę pięć ożywionych głosów zbliżających się do dziewczyn.
- Cześć, jak zakończenie? Pewnie się spóźniliśmy... - odzywa się Zayn.
- Tak, spóźniliście się. Co do zakończenia, to Julia, ekhem... Wygłosiła niezłą przemowę. - odpowiada Sophie.
- Susannah, jest jeszcze Julia? - pyta cicho Louis.
- Po pierwsze, to na imię mam Zuzanna. Po polsku. A po drugie, to może jest, może nie.
- Jest. Skoro ty jesteś, to ona też musi być.
- No... Faktycznie. A co od niej chcesz?
- Spotkać się z nią i pogadać.
- Nie wiem, czy ona tego chce. - odpowiada Michelle.
- A gdzie jest? - odzywa się Liam. - Nie mamy zbyt wiele czasu.
- Szukajcie jej, może znajdziecie. - Sophie przepuszcza Louisa w furtce i podchodzi do Nialla.
     W tym samym momencie zaczynam biec w stronę Gaju. Biała sukienka furkocze w pędzie, rozpuszczone włosy ''lecą'' za mną. Za plecami słyszę Louisa wykrzykującego moje imię. Czuję się jak w jakimś śnie albo filmie.
     Zdyszana opadam na tę samą huśtawkę, na której siedziałam pewnego feralnego dnia, gdy to wszystko się zaczęło. Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj. Upadek na matmie, przeprosiny Louisa, złość wywalona na Liama, szczera rozmowa z Payne'm w Gaju na huśtawkach. A także tajemnicze zaproszenie... Zaczynam się bujać.
- Mogę czy nie chcesz mnie widzieć? - pyta głośno.
- Możesz zostać. - odpowiadam cicho.
      Siada na drugiej huśtawce i wyciąga rękę w moją stronę. Nie zwracam na to uwagi, choć serce mówi co innego. Chłopak zabiera dłoń.
- Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Domyśliłem się. Poza tym byłaś całkiem nieźle widoczna, więc znałem kierunek.
- Ile masz czasu?
- Półtora godziny. Potem na lotnisko, żeby zdążyć na koncert.
- Chcesz zmarnować półtora godziny z osobą, która cię odrzuciła? - pytam z powątpiewaniem.
- Chcę. Bo wiem, że mamy jeszcze szansę. - patrzy na mnie.
- Chciałabym, żeby to była prawda.
- Ale?
- Ale nie wiem. To nie jest raj, trzeba też cierpieć. Ale wyjadę. Pod koniec lipca zobaczymy się po raz ostatni tu, w Anglii. Jeśli będziesz chciał, to będziesz mógł mnie odwiedzić tam, gdzie zamieszkam...
- Julia, dlaczego wyjeżdżasz? Uciekasz ode mnie?
- Chcę, byś był szczęśliwy.
- Nie będę, jeśli ciebie nie będzie blisko.
       Przestaję się huśtać. Zerkam niepewnie na chłopaka, który do niedawna znaczył dla mnie naprawdę wiele.
- Ja tak nie mogę - szepczę przez ściśnięte gardło. - Nie mogę być blisko i widzieć, jak przeze mnie pęka ci serce. - patrzę na niego.
      Milczymy. Tkwimy we wszechświecie i milczymy. Nie ma tu miejsca na zbędne słowa. Wyciągamy ręce ku sobie, splatamy je w uścisku i czekamy. Czekamy na lepszy czas.
- Louis, muszę już iść. - mówię pół godziny później.
- Nie zostaniesz?
- Nie. - puszczam jego dłoń i wstaję.
- Mogę chociaż odwieźć cię do domu? - Louis także wstaje i staje naprzeciwko mnie.
- Proszę, nie. Zobaczymy się za miesiąc. Wtedy spełnię twoje prośby. Nie wszystkie, ale...
- Rozumiem. - przerywa mi i potrząsa głową. - Dobrze. Mogę jednak odprowadzić cię do reszty? Chyba, że tego też nie chcesz.
- Jeśli chcesz iść ze mną... - waham się.
- Więc chodźmy.

- Cześć! - wołamy z Zuzą.
- Cześć, jak tam? - mama wygląda z kuchni.
- Nieźle. - odpowiadam.
     Zdejmujemy buty i prowadzę Michelle oraz Sophie przez salon na taras. Zuza zostaje w jadalni. Wracam jeszcze lemoniadę w dzbanku i szklanki i dołączam do dziewczyn. Na tarasie rozkładamy parasol i leżaki.
- Jak się czujecie u progu wakacji? - pyta Sophie.
- Całkiem nieźle. - uśmiecha się Michelle.
     Rozsiadamy się na leżakach. Wystawiam twarz do słońca i zamykam oczy.
- Macie jakieś plany? - kontynuuje szatynka.
- Praca, treningi, a w sierpniu wyjazd z Danielle na Karaiby. - mówi wesoło Sophie.
- A mi się marzy rejs z Adrienem u wybrzeży Afryki. Jednak rodzice już załatwili mi inne lato i zapisali mnie na obóz językowy.
- Czego ty się będziesz uczyć? - pytam, otwierając oczy.
- Rodzice stwierdzili, że masz na mnie bardzo dobry wpływ i zdecydowali, że mam się uczyć polskiego. W waszej stolicy.
- Żartujesz sobie? - parskam śmiechem. - Ile będziesz tam siedzieć?
- Dwa miesiące, czyli sierpień i wrzesień.
- No, to trochę się oswoisz. A do sierpnia mogę cię trochę przygotować. - proponuję.
- Ty nie masz żadnych planów na wakacje?
- Hmm... Praca, jakiś staż i przeprowadzka. To mnie czeka przez najbliższe miesiące.
- Czyli będziemy miały pracowite wakacje. - podsumowuje Soph.


No i koniec. Dobra, taki średni ten rozdział. Ale w następnym naprawdę będzie się działo. Bo będzie... Zayn i Russia, co oznacza, że pojawi się Katya. No... Będzie wesoło, nawet bardzo. I tak jakoś dobrniemy do końca...
Jaki chcecie epilog? Smutny czy wesoły? Co chcecie, żeby się wydarzyło w drugiej części? Piszcie w komentarzach i w mailu (something0more@gmail.com).
Nom, tydzień temu wspominałam o konkursach, w których brałam udział... No cóż, z recytacją nie wyszło, ale przynajmniej podbudowałam swoją pewność siebie i dykcję. A ortograficzny... Wyniki w poniedziałek, to dam znać :)
Taa... Wiecie, waltornia mi się zepsuła i nie mogę grać ;(((( No, szkoda. Powiedziano mi wczoraj, że nadaje się tylko na żyletki. A szkoda, bo ta waltornia jest ze mną osiem miesięcy. To dużo i zdążyłam ją polubić :)
Kurczę, nie umiem kończyć!.. No więc ten... Zaczęłam czwarty zeszyt. Taa...
Jak ktoś chce ze mną pogadać, to zapraszam, piszcie maile :D
No, i tak na koniec...

5 komentarzy - następny rozdział :)

Bye :)

niedziela, 14 kwietnia 2013

XLII.

No cześć... Widać, że jednak jest rozdział. Dziękuję gorąco za tamte trzy komentarze. Tak mi się miło wtedy zrobiło. Chciałam bardzo, bardzo podziękować za prawie 10300 wyświetleń. :*** Co jeszcze? Nie podoba mi się ten rozdział, tak w ogóle. Jest drętwy, dialogi są martwe... Ale skoro ma być rozdział, no to proszę bardzo :) 
Czytajcie i komentujcie! :)


- Julia, mamy pierwsze potwierdzenia obecności. Pojawią się redaktorzy londyńskich pism o modzie. Namówiliśmy też parę sław. - oznajmia od progu Tao Li, asystentka pani Clark.
      Dzisiaj ubrała fioletową sukienkę w pudrowo-różowe róże i motyle. Wraz z gorącym czerwcem także i w biurokracji zapanował luz w ubraniach. Ja natomiast założyłam kwiecistą, czerwono-różową zwiewną sukienkę przed kolano, a do tego czerwone buty na koturnie.
- Dziękuję za informację. - uśmiecham się. - Czy pani Clark jest u siebie?
- Jest, wchodź.
- Dzięki.
      Wchodzę do gabinetu. Kobieta siedzi na kanapie i przegląda jakieś dokumenty. Pukam do drzwi, żeby oznajmić jej swoje przybycie. Podnosi głowę.
- Witaj, Julio - uśmiecha się. - Tao przekazała ci nowiny?
- Tak - siadam w fotelu.
- To dobrze. Wczoraj skończono produkcję sukni. Zostały jeszcze ostatnie trzy projekty, na które mamy ponad miesiąc.
- I skończymy przed  czasem. - kończę. - Jak sala?
- Czeka na nas, powoli szykuje się zaplecze na pokaz. Selene i Danniel będą do naszej dyspozycji razem z ich asystentami. Oświetlenie przygotowane, choć jeszcze nie zamontowane.
- A wracając do strojów... Będzie stoisko do sprzedaży, prawda?
- A, tak, tak. - potwierdza. - Ale przejechałabyś się w weekend zobaczyć, co i jak?
- Jak trzeba to pojadę - wzruszam ramionami.
- Dobrze. Kończysz teraz szkołę, tak? - kiwam głową. - Zatem będziesz miała czasu na planowanie drugiej kolekcji.
- No... nie wiem. Planuję wyjazd w połowie wakacji.
- Na jak długo?
- Nie wiem. Być może na parę miesięcy. Ale może i dłużej.
- Dlaczego? Masz taką szansę na karierę, a ty chcesz ją zmarnować? - dziwi się pani Clark.
- Po prostu... Tak się ułożyło.
- Rozumiem... Ale naprawdę chcesz wszystko to, co wypracowałyśmy, porzucić?
- Tak, chyba tak. Czuję, że tak będzie lepiej.

- Mówił, że nie ma po co żyć. Tłumaczył się, że nie ma nic. Bo stracił dom i młodzieńcze sny. Nie miał siły by opanować łzy. - popłynęły z głośników słowa piosenki Farby, "Małego Księcia". To jedna z nielicznych polskich piosenek, które mogę słuchać i słuchać. - Kolejny dzień nie cieszył go i nie czekał na pierwszy promień słońca. Nie uśmiechał się, wciąż ocierał łzy. Myślał "Jestem sam. Może jestem zły?"... - wyłączam piosenkę.
     Dlaczego muzyka czasem tak dobrze oddaje ludzkie uczucia? Może dlatego powstała? Żeby ludzie mogli ze sobą coś utożsamić? Możliwe.
     Zastanawiam się, gdzie wyjadę. Polska? Francja? Finlandia? Dania? Nie, na pewno nie polecę do Polski. W Anglii też nie zostanę. Czyli co? Czy czeka mnie Odyseuszowa tułaczka po świecie?
     Przeglądam oferty mieszkań we Francji, w Finlandii i Danii. Niedługo historia będzie się zapisywać na nowych, czystych kartach.
- Julia, otworzysz? - słyszę Sophie na klatce schodowej.
     Niechętnie zwlekam się z fotela, poprawiam białą sukienkę oraz włosy związane w kitkę i idę otworzyć. Za drzwiami stoi blondynka ubrana w kwiecisty kombinezon z szortami. W dłoniach ściska rączkę piknikowego kosza.
- Cześć. Idziesz na piknik? - pytam.
- Tak, z tobą. I cześć, tak w ogóle. - uśmiecha się.
- Nigdzie nie idę - zaprzeczam, na co ona się śmieje.
- Idziesz, idziesz. Nie pozwolę ci się tu kisić. Osiemnastka na karku, a ty co? Siedzisz, marudzisz... Ja się dziwię, że udało ci się wyrwać Louisa.
- Też mnie to zastanawia - mamroczę. - A tak w ogóle, to gdzie się wybierasz na ten piknik?
- Po pierwsze, to wybieramy się obie. Ty wybierasz miejsce, to po drugie.
- Widzę, że nie odpuścisz. - wzdycham i kręcę głową. - No dobra, i tak miałam jechać do La Gala London...
- To możemy tam jechać - wcina mi się w słowo.
- A masz auto?
- No raczej... - puka się w głowę.
- No to wchodź, tylko się przebiorę.

     Godzinę później parkujemy na parkingu przy La Gala London. Z radością rozprostowuję nogi, a następnie sięgam po torbę i idę do furtki. Naciskam guzik domofonu i czekam.
- Kto tam? - pyta męski głos.
- Nazywam się Julia Avis, jestem asystentką pani Allyson Clark i Carlicten Orcoto. Przyjechałam obejrzeć przygotowana do dwudziestego lipca. - odpowiadam znudzonym głosem.
- Proszę wejść. - odpowiada facet i otwiera furtkę przyciskiem.
     Wchodzimy na posiadłość. Wszędzie rosną zielone drzewa, krzewy, kolorowe kwiaty. Idziemy szerokim podjazdem, wysypanym drobnym żwirem, w stronę dużego pałacyku. Wchodzimy głównym wejściem po schodkach i zatrzymujemy się w progu wysokiego hallu. Na lewo, w recepcji, stoi wysoki kontuar z rzeźbionym kwiatowym ornamentem. Po prawo rozlokowane są kanapy i stoliki, a za szklaną szybą mieści się restauracja. Podłogę ścieli czerwona wykładzina. Ściany są pomalowane na kremowo. Z białego sufitu zwiesza się na grubym łańcuchu żyrandol z kryształkami.
- Kim jest ta Carlicten Orcoto? I czemu podajesz się za asystentkę? - szepcze mi do ucha Sophie.
- To jest top top secret, zrozum. Zaczekaj miesiąc i jeden tydzień to się dowiesz.
- Oj, Jula... - jęknęła.
- Panna Julia Avis, tak? - pyta bezsensownie młody chłopak w marynarce. Z ostatniej wizyty zapamiętałam, że jest synem właścicieli i ma na imię Jake.
- Tak. A to jest Sophie Jones. Trzeba się wpisać do księgi gości?
      Chłopak podsuwa wielką, oprawioną w skórę, księgę gości. Wpisujemy się i prowadzę blondynkę do sali. Pokonujemy kilka stopni i skręcamy w lewo. Dochodzimy do potężnych dębowych drzwi. Otwieram je i naszym oczom ukazuje się bardzo duża sala z wypastowanym parkietem. Z sufitu zwieszają się cztery żyrandole średniej wielkości.
- No i co ty na to? - pytam Sophie.
- No... Jestem pod wrażeniem. - uśmiecha się.
- Będzie nieźle. Tam, po lewo - wskazuję na drzwi w rogu po drugiej stronie - będą wychodzić modelki. Drzwiami po prawo będą wracać. Pośrodku będą szły, krzesła ustawi się po bokach... Chcesz zobaczyć nasze kulisy? - powoli wlatuje we mnie nowy duch.
- Chętnie.
       Przemierzamy szybkim krokiem salę i docieramy do drzwi po prawo. Wchodzimy do ciemnej salki z jednym, zasłoniętym zasłonką, oknem. Zapalam światło. Przy ścianie po drzwiach stoi rząd toaletek w liczbie osiem. Po drugiej stronie jest sześć przebieralni. W rogu ustawiono trzy wieszaki na kółkach; na razie są one puste. Klimatu pomieszczeniu dodają żółte choinkowe lampki oplatające lustra toaletek i lustra na ścianie. Po lewo są drzwi z mlecznego szkła. Prowadzą one do drugiej salki. Gasimy światło.
- Julka, tam ktoś jest - szepcze blondynka wskazując na wejście do pomieszczenia.
       Po cichu wchodzimy garderoby. Światło się pali, ale nikogo nie ma.
- Jest tu ktoś? - woła wysoki szatyn wchodząc do pomieszczenia. W rękach trzyma jakieś pudełko.
- My jesteśmy. - odpowiadam i patrzę na chłopaka. - Cześć, Danniel.
- Julia? - pyta zdziwiony i odkłada pakunek.- Co ty tu robisz?
- A co mogę robić, jeśli nie sprawdzać przygotowania? - uśmiecham się. - Sophie, poznaj Danniela, naszego nadwornego fryzjera. Danniel, poznaj Sophie, dziewczynę, która wyciągnęła mnie dziś z domu, a na co dzień powala naszego Horanka.
- Cześć - blondynka wyciąga dłoń do chłopaka.
- Cześć. To jak oceniacie przygotowania?
- Źle nie jest, ale gotowe są w sumie tylko garderoby. - wzruszam ramionami. - Poznałeś już Selene?
- Oczywiście. Była wczoraj, ma się też pokazać w przyszłym tygodniu.
- Okej. Dogadujecie się?
- Taa, dobrze nam się pracuje.
- No, to świetnie. - uśmiecham się. - My będziemy już iść, skoro wszystko okej.
- To do zobaczenia. - mówi chłopak, a my wychodzimy.
       Pięć minut później jesteśmy już poza posesją. Dodatkowa chwila namysłu wystarcza, by zdecydować się na piknik nad pobliskim jeziorem.
- Chcesz wodę, sok pomarańczowy czy kawę? - pyta Soph, gdy rozsiadamy się na kocu.
- Sok. Sophie, dlaczego tak się mną zajmujesz?
- Bo cię, dziecinko, lubię. Gubisz się w tym świecie, to ci robię za przewodnika.
- Oj, dziewczyno... - wzdycham.
- Taak? I trzymaj. - podaje mi szklankę z napojem. - Co ty chcesz w życiu robić? Spać, snuć marzenia i narzekać? Bo na razie tylko to robisz.
- Chciałabym wyjechać za granicę i nauczyć się fińskiego. Na razie, poza moim ojczystym polskim, znam angielski i trochę francuskiego i niemieckiego. Marzę o byciu projektantką, a to powoli się realizuje... - urywam, by się zastanowić. - Chciałabym kochać Louisa od początku. - kręcę głową. - Co ja w ogóle mówię? To nie przychodzi na zawołanie... A ty? Co chcesz robić w życiu?
- Chcę spełniać swoje marzenia. Chcę dopiąć swego. Chcę móc kiedyś powiedzieć: "Zrobiłam to. I było warto.". A przede wszystkim, z całego serca, pragnę zobaczyć to, co innym nie jest dane ujrzeć. Zobaczyć prawdziwą twarz człowieka, nie maskę czy pozory. Bo ocenianie po wyglądzie, ubraniach i wszystkim innym bez dokładnego poznania człowieka jest czymś okropnym. Nie chcę być taka. Chcę umieć być takim człowiekiem, jakim był polski papież. Chcę umieć wybaczyć osobie, która pragnie mojej śmierci. Bo umiejętność wybaczania jest czymś ważnym. Na wybaczenie zasługuje każdy, bez wyjątku. - uśmiecha się.
- To prawda. Sophie, wiesz, że jesteś niezwykłą osobą?
- Tak... A do tego mam mnóstwo wad.
- Coś w to nie wierzę. - uśmiecham się.
- Musisz. - wgryza się w jabłko. - To prawda, że wyjeżdżasz?
- Tak.
- Gdzie? - pyta cicho.
- Jeszcze nie wiem. Myślałam nad Finlandią, Francją... Może Szwecja albo Kanada... - wyciągam się na kocu.
- Julia, powiedz szczerze: czemu chcesz wyjechać?
- A jak myślisz? Chcę zacząć życie od nowa. Nie chcę ranić Louisa i innych swoją bliskością, obecnością.
- Julia, nie myśl i nie mów tak! - sprzeciwia się.
- Będę mówić. Bo to jest prawda. A przynajmniej tak mi się wydaje. Przeze mnie on nie jest szczęśliwy.
- Tutaj chyba masz rację. Ale też nie do końca. No on, mimo wszystko, nie jest okropnie przygnębiony. Uśmiecha się, bo cieszy się, że dano mu taką szansę. Uśmiecha się, bo wie, że to nie koniec. Wie, że jeszcze jest dla was szansa.


No i koniec! Durny rozdział... Co mogę powiedzieć? Sama nie wiem... W tym tygodniu czekają mnie dwa konkursy: jutro szkolne eliminacje konkursu recytatorskiego (mówię fragm. książki "Harry Potter i Insygnia Śmierci" - Opowieść o Trzech Braciach, wiersz Gałczyńskiego - "Dwóch plotkarzy") i powiatowy konkurs ortograficzny w czwartek. Mam nadzieję, że chociaż  w jednym mi się uda.
Poza tym... Trwają prace nad szóstym rozdziałem drugiej części. Mogę już teraz zdradzić, że będzie wątek Larry'ego xD Zgadujcie, o co chodzi. 
A, tak! Od mniej więcej dwóch tygodni zapominam opowiedzieć o czymś, co zobaczyłam w Niedzielę Wielkanocną w kościele na rezurekcji... Otóż w kościele u mojej babci jest taki zwyczaj, że wartę nad grobem pełnią turkowie. I tam był taki chłopak... Normalnie polski Harry Styles! xD Loczki, dołeczki w policzkach itd. Z tego, co kojarzę, to nawet w zbliżonym do Hazzy wieku. No i cały czas się uśmiechał. Inni poważni, a on nie. Heh, no jak Harold, mówię wam :D

Dobra, a teraz wiadomość, że 5 komentarzy - następny rozdział

i do napisania :)


Bye,
something0more@gmail.com

piątek, 12 kwietnia 2013

Ważne!!

Hej. W ten weekend rozdziału raczej nie będzie, bo...
Po pierwsze: nie ma sześciu komentarzy.
Po drugie: mam ważniejsze rzeczy na głowie, tj. uczę się wiersza i prozy na konkurs recytatorski, przygotowuję się do konkursu ortograficznego, mam lekcje i w ogóle...
Po trzecie: nie mam humoru i nastroju.
Po czwarte: pewni ludzie (nieważne kto, ważne, że ja wiem) sprawiają, że nie chce mi się dalej pisać.
Po piąte: 
myślę nad zawieszeniem bloga na jakiś czas.
Po szóste: 
rozdziały będą teraz nie częściej niż raz na dwa tygodnie.
Po siódme: 
dziękuję za 10 tysięcy wyświetleń i, jak na razie, 240 komentarzy. Jesteście naprawdę wspaniali.
Po ósme: 
...

To by było na tyle. Jeśli chcecie dalej czytać, to piszcie, bo choćby dziś było jak na razie ponad 100 wyświetleń i żadnego komentarza. Czuję się... źle? Smutno mi, że nie komentujecie... I piszcie na maila something0more@gmail.com. Prooszę... 

Jeśli dalej chcecie czytac to ''opowiadanie'' - komentujcie i piszcie na mailu.

sobota, 6 kwietnia 2013

XLI.

Heii! To znowu ja. Widzę, że spodobała się Wam czterdziestka. Cieszę się i jest mi bardzo miło :) Co mogę powiedzieć? Możecie się na mnie obrazić bardziej niż za akcję z Alexandre.
Więcej rozdziałów w ten weekend nie przewiduję, bo muszę skończyć na wtorek "Opium w rosole". Ale... Kto wie?
Czytajcie i komentujcie!


- Julia! - woła Louis, widząc mnie w wąskim korytarzyku prowadzącym między innymi do garderób. - Paul cię wpuścił? - kiwam głową.
     Cały miesiąc, koncert, rozdawanie autografów i drogę za kulisy martwiłam się reakcją Lou i jego telefonem. Rozmawialiśmy potem wiele razy, ale te tematy pomijaliśmy.
     Patrzę na niego z uczuciem smutku, niepewności i radości.
- Louis... - uśmiecham się delikatnie. Podchodzę do niego i... nie wiem, co dalej.
     Chłopak wyręcza mnie w tej kwestii; obejmuje mnie w pasie, przysuwa do siebie i całuje w czoło. Spogląda na moją twarz poważnym wzrokiem.
- Co u ciebie? - pytam drżącym głosem.
- Dobrze. Jeśli ty jesteś blisko, to jest dobrze. Julia...
- Louis, możemy pogadać? Ale gdzie indziej, na spokojnie.
- Dobrze, chodź. - mówi i łapie mnie za rękę.
     Idziemy do jego garderoby. Siadamy w fotelach.
- Julia... co się wydarzyło we Francji? - pyta cicho.
     Milczę. W środku czuję się taka pusta, wyssana z myśli i uczuć. Jestem otępiała. Jedyne, co jeszcze odczuwam, to wzbierający się we mnie płacz i dotyk jego ciepłej dłoni na moim policzku. Zaczynam się trząść, z oczu lecą ciurkiem łzy. Co ja mam powiedzieć? Że w sercu zamiast miłości czuję pustkę? Że chyba się wypaliłam? Tak mocno... Ból z powodu uczucia pustki wykrzywia moją twarz. Nie wytrzymuję, wylewam z siebie to, co się stało.
- Julia, ja... - i opowiada swoją "przygodę".
     Obejmuję kolana dłońmi, zaczynam się bujać w przód i w tył. Wstrząsa mną szloch. Pochylam głowę, by nie patrzeć na nic.
- Julia, co z tym zrobimy?
- Skąd mam wiedzieć? Lou, ja... Nie wiem, no... Boję się, że nie czuję do ciebie tego, co dawniej. - nie podnoszę wzroku. - Może powinniśmy dać sobie spokój?
- Dziewczyno, dlaczego tak mówisz? - pyta zaniepokojony.
- Nie wiem. Czuję się okropnie pusta tam w środku. Mam ochotę wyjechać i porzucić to wszystko.
- Dlaczego?
- Żeby zacząć wszystko od nowa, z czystym kontem.
- A co ze mną?
- Tego nie wiem. Nic już nie wiem. Nawet nie wiem, czy wciąż cię kocham. - zerkam na niego i natychmiast spuszczam wzrok. Louis jest równie zdenerwowany jak ja.
     Zła na siebie przesiadam się do niego i przytulam się do Louisa. Głaszcze mnie po głowie.
- I co my mamy ze sobą zrobić? - pyta głosem przesyconym bólem. - Co ja mam powiedzieć? Ja cię kocham nieprzerwanie. Co do ciebie... Zrozumiem, jeśli będziesz chciała przerwy. Ale proszę, nie wyjeżdżaj.
- Spróbuję... Jest mi ciężko, gdy to mówię. Bo nie chcę cię ranić. To jest okropne, dlatego tak bardzo przepraszam.
- Nic się nie stało. - mówi sztywno. Wiem, że chce teraz zgrywać twardziela.
- Nie udawaj, że cię to nie obchodzi, proszę. Wiem, że zawiniłam i tego nie ukrywam. Przyznaję się. Zrozumiem każdą twoją decyzję, ale nie tą, w której twierdzisz, że nic się nie stało.
- Przecież nic się nie stało. Takie są koleje losu.
- Przecież ty w to nie wierzysz! Nie oszukuj siebie czy mnie, dobrze?
- Julia... Kocham cię, nie rozumiesz tego? To tak trudno znieść, gdy ukochana ci osoba tak się zachowuje. - wyrzuca z siebie i odtrąca mnie. - Przyjdź do nas jutro. Niall może przyprowadzi swoją przyszłą dziewczynę.
- Louis...
- Nie chcę słuchać twoich przeprosin. Skoro tak uważasz, to chyba z nami koniec.
- Louis!
- Co?! - wybucha. - Czy nie dość, że moje już za tobą tęskni i płacze? - pyta gorzko.
- Proszę, pojaw się z chłopakami dwudziestego lipca tam, gdzie podam wam adres. Miejcie czas wieczorem Potem już o mnie nie usłyszysz, jeśli takie jest twoje życzenie.
     Wstaję i wychodzę z pokoju. Nie reaguję na słowa chłopaka, który wyszedł za mną. Ocieram łzy wierzchem dłoni i wychodzę z budynku w ciemny mrok. Powoli kończy się w moim życiu najpiękniejszy rozdział.

- Hej, Mała, dobrze, że przyszłaś. - wita mnie od progu Liam w sobotni dzień pierwszego czerwca. - Wytłumaczysz mi, co się stało Louisowi? Siedzi u siebie, nie odzywa się do nikogo i wywalił z pokoju Kevinka oraz marchewki. Drzwi zamknął na klucz i cisza.
- Ech, wiedziałam, że tak będzie. - wzdycham smutno i wchodzę do środka.
- Co się stało?
- Pogadaliśmy. Przy okazji coś mu powiedziałam i nie dziwię się, że tak zareagował. - mówię lekko drżącym głosem.
- Co powiedziałaś?
     Wyjaśniam mu pokrótce sytuację, biorąc co chwila głębokie oddechy, by się uspokoić.
- Julia, dlaczego? - pyta Louis, pojawiając się na szczycie schodów. - Obiecałem, że cię nie skrzywdzę. Słowa dotrzymałem.
- A ja obiecałam twoim siostrom, że cię nie zranię. Niestety, słowa nie dotrzymałam.
- Julia... - patrzy na mnie raz czule, raz chłodno.
- Tak?
- Nie umiem ci powiedzieć "idź, bo cię nie kocham''. To byłoby kłamstwo. Powiedziałbym: "zostań, bo jesteś całym moim życiem''. - schodzi do nas na dół. Liam wymyka się do salonu. - Wciąż żyję nadzieją, że nasza wczorajsza rozmowa okazała się koszmarem sennym.
- Ja też. - szepczę. Obejmuje mnie w pasie. - Lou, co ja zrobiłam po drodze nie tak?
- Nie mam pojęcia. Ale będę czekał. Może nie całą wieczność, ale parę lat... Powiedz, jeśli coś się zmieni. - patrzy na mnie swoimi błękitnymi oczętami.
- Dobrze. Idziemy do reszty? - pytam odrywając się od niego.
      Wchodzimy do salonu. Harry siedzi na stole i nuci coś pod nosem. Liam i Zayn opowiadają o czymś żywo Danielle, siedzącej na kanapie. Liam bawi się jej włosami i zaplata z nich warkoczyki.
- A gdzie Niall? - pytam.
- Nasz Horanek wybył po swoją pannę. Za nic nie chciał nam nic zdradzić. - tłumaczy Harry, przerywając śpiewanie.
- Okej... A wy? Co ciekawego opowiadacie? - zwracam się do Ziama.
- Gadamy o teledysku. - odpowiada Zayn. - Zaczęliśmy zdjęcia do "Summer Love", ale wciąż nam brak dziewczyny.
- To zadzwoń po Katarinkę. - mruczę pod nosem.
- Weź się ze mnie nie śmiej, co? - pyta urażony.
- Ale czemu? - protestuje Liam. - Przecież Zayn jest głównym bohaterem teledysku. - szczerzy się.
- Weź się... - mamrocze Zayn. - Wiesz może, co u niej? - patrzy na mnie.
- No wiem. - właśnie wkroczyliśmy na ciężki temat. Proszę zapiąć pasy bezpieczeństwa, a ja będę dawkować informacje. - Jest w Rosji i ma się dobrze. Nawet bardzo, choć przeszkadza jej jedna rzecz.
- Brak mojej osoby? - woła z nadzieją.
- Nie. Przeszkadza jej to, że Valentin chce się z nią żenić. Oświadczył się...
- Zgodziła się? - pyta ze złością i niedowierzaniem.
- Nie przerywaj, okej? No więc nasza Katya nie wyraziła się w tej kwestii...
- Tak! Moja dziewczyna! - mówi do siebie, co powoduje uśmiechy na twarzach większości z nas.
- Nie chce też gadać na twój temat.
- A niech to szlag! - woła i wyciąga spod kanapy paczkę papierosów i zapalniczkę. Zapala jednego i zaciąga się nikotyną. - Coś jeszcze?
- Nie wraca do Anglii. Zostaje w Rosji.
- Ludzie, powiedzcie mi, dlaczego to zawsze spotyka mnie? - pyta z żalem.
- Nie wiem. - odpowiada Liam po chwili ciszy przerywanej podśpiewywaniem przez Harry'ego piosenki o krasnoludkach. - Ale szukaj dalej. Czy Katya to ta jedyna? A może za rogiem czeka inna, lepsza?
- Liam, to była ta jedyna! - woła. - Ale przeze mnie, tylko przeze mnie, to się skończyło.
      Milczymy, nawet Harry. W pewnym momencie Danielle podnosi się i idzie do kuchni (''Przyniosę coś do picia''), a ja podążam za nią.
- To nie są już ci sami chłopcy co trzy lata temu. - mówi.
- To prawda... - wzdycham.
      Wyciągam z lodówki sok i rozlewam go do przygotowanych szklanek. W tym czasie Danielle wyciąga z zamrażarki lody i nakłada je na talerzyki. Stawiamy to wszystko na tacach i zanosimy do salonu.
- Cześć! -słyszymy Horanka i trzaśnięcie drzwi. - Jesteśmy!
      Wymieniam spojrzenie z Dan i idziemy do kuchni po dodatkowe porcje.
- Sophie, poznaj chłopaków. Chłopaki, poznajcie Sophie. - oznajmia blondyn uroczystym tonem. - Dziewczyn nie ma?
- Są w kuchni. - odpowiada Liam. - Poza tym... Cześć, Sophie. Ja cię skądś znam.
- Wczorajsza akcja przy podpisywaniu? - sugeruje dziewczyna. Ja skądś znam ten głos...
- Nie, wcześniej. - zaprzecza chłopak.
       Wracamy do pokoju. Odkładamy naczynia, a chwilę później Danielle wisi na szyi blondynki. Tej samej, którą poznałam w parku. Jaki ten świat jest mały. Uśmiecham się pod nosem i podchodzę do ''białogłowych''.
- Niall, uważaj na Hedwigę. - szepczę do ucha Niallowi. - Może przyczepić się do Hazzy.
- Ale że sowa? - pyta z głupią miną.
- To siostra Sophie. - śmieję się i przechodzę do dziewczyny. - A my to chyba lubimy się spotykać w najmniej oczekiwanych momentach, co?
- Tak, chyba tak. Julia, czemu wtedy uciekłaś? Heddy chciała cię szukać.
- Miałam swoje powody. - milknę i wspominam tamten dzień. - Trochę się wtedy zmieniło.

- Mogę cię odprowadzić? - pyta Lou. Dochodzi godzina piętnasta.
- Jak chcesz. - wzruszam ramionami. - Ale przecież później masz koncert.
- Dopiero o dwudziestej.
- Więc rób, co chcesz.
- Czyli cię odprowadzę.
      Wychodzimy na ulicę. Samochody prawie nie jeżdżą, nie widać pieszych. Także rowerzyści są rzadkością. Słońce niemiłosiernie praży, co jest w Londynie rzadkością. Idziemy w milczeniu, po drodze mijamy domy, sklepy, park, wieżowce.
- W mieszkaniu nie jest przypadkiem za gorąco?
- Trochę. Ale otwieram okna i jest dobrze.
- Nie masz balkonu. - zauważa.
- Ale mam ten przywilej i mogę siedzieć na dachu. - uśmiecham się.
- Zawsze coś.
- Mhm... Zawsze coś. - powtarzam. - Louis?
- Co tam?
- Wpadniesz kiedyś do mnie? Jako przyjaciel czy coś... - pytam prawie niedosłyszalnie.
- Jeśli będziesz chciała, to tak.
- Będziesz na zakończeniu roku? W ogóle, to będzie zakończenie szkoły, no i...
- Kiedy jest?
- Dwudziestego pierwszego czerwca. O dziesiątej.
- Nie wiem, zobaczymy.
- Będziesz dwudziestego lipca?
- Możliwe. - przystaje i odwraca się do mnie. - Co się wtedy wydarzy?
- Niespodzianka. Nie powiem ci.
- Ej, no... - robi minę pokrzywdzonego psiaka.
- No nie. - śmieję się. - Nie będzie wtedy zaskoczenia.
- A jakaś podpowiedź?
- Eee... Myślę, że się nie wynudzicie i będzie na czym zawiesić oko.
- No powiedz, no... - marudzi. A ja głośno się śmieję.
       Scena istnie bajkowa i wesoła. Robi mi się głupi przez moją decyzję. Ale poza przyjacielskimi stosunkami nie stać mnie na nic więcej, jeśli chodzi o uczucia. Więc w sumie postąpiłam słusznie.
- Chodź do cukierni. - próbuję odwrócić jego uwagę.
- To na co jeszcze czekamy? - promienieje. - Chodź!
       Już po paru minutach wcinamy naszą tradycyjną szarlotkę na gorąco z bitą śmietaną i lodami.
- Chcę cię takim zapamiętać na całe życie. - mówię z pełnymi ustami. Przełykam zawartość szczęk. - Takiego zadowolonego, szczęśliwego, beztroskiego... wiecznego dzieciaka.
- Ja też chcę cię taką zapamiętać: szczerą, ambitną, dziecięcą, roześmianą, pozytywną... Piękną.


I jak? Obrażone jesteście na mnie? Jeśli tak, to mówi się trudno xD
Mogę powiedzieć, że wielkie odliczanie czas zacząć! Do końca pierwszej części zostało 5 rozdziałów!
A teraz przedstawię spóźnioną listę pytań do Liebster Award:
1. Jakie masz hobby?
2. Które zakątki świata byś chciała odwiedzić?
3. Określ siebie w trzech słowach.
4. Jaki jest twój ulubiony blog?
5. Lato vs. zima.
6. Kiedy masz urodziny?
7. Masz drugie imię? Jeśli tak, to jakie?
8. Najmniej lubiany przedmiot?
9. Czy jesteś ''uzależniona'' od swojego telefonu?
10. Kim chcesz być w przyszłości?

I jeszcze:
następny rozdział - 6 komentarzy


something0more@gmail.com

XL.

Hej wszystkim :) Jest sobota, na moim zegarku pół godziny po ósmej. I mam dla Was rozdział. Fajnie, co? xD Dzisiaj mam dla Was rozdział ani o Louisie, ani o Julii, ale... Zobaczycie :) Bardziej wyszedł mi jak imagin, ale nic na to nie poradzę. I mam  jeszcze taką ważną informację... Nie licząc tego rozdziału, pozostało jeszcze sześć rozdziałów pierwszej części. A potem zrobię dwa tygodnie przerwy i dopiero będę dodawać drugą część.
Dobra, czytajcie! Komentujcie! :)


    Spojrzała krytycznie w lustro i obróciła się dookoła. Różowo-zielona sukienka zawirowała wesoło. Poprawiła blond warkocza i musnęła usta błyszczykiem.
- Heddy! - zawołała siostrę.
- Co chcesz? - mała pojawiła się w drzwiach.
- Jak wyglądam?
- Jak zwykle, czyli jak modelka i tancerka.
- Dobrze. - uśmiechnęła się. - A robię wrażenie?
- No prawie. Jakbyś miała loczki i dopiero wtedy warkocz... Ładnie by było.
- Dobra, to idź. - Sophie wygoniła Hedwigę Jones z pokoju.
      Zamknęła za nią drzwi. Włączyła płytę swojego ukochanego zespołu i wyciągnęła z szuflady drobne papiloty. Zaczęła nawijać włosy na wałki. W pewnym momencie przerwała, by załadować meet.me.uk, stronę, na której poznała tajemniczego N.
   Może to dziwne, ale dziewiętnastolatka czuła, że jest zauroczona właścicielem tego nicka. Nie widziała jego zdjęć, a on jej. A mimo to czuła, że to coś więcej niż internetowa znajomość. Oboje są fanami Nialla, Nandos i One Direction. Dlatego zdecydowali się na spotkanie na koncercie, a potem na wyprawę do Nandos. A wszystko to dzisiejszego wieczoru, w dniu trzydziestego pierwszego maja.
- If I'm louder, would you see me? Would you lay down in my arms and rescue me. Cause we are the same, you save me, but when you leave it's gone again... - zaśpiewała solówkę "More Than This" z Niallem, jej ulubionym członkiem zespołu, dalej nawijając włosy.
     Urwała w pół ruchu i przyjrzała się bliżej wiadomości od N.
"Hej, Soph :) Bardzo Cię przepraszam, ale na koncercie się nie zobaczymy. To znaczy... Ty mnie chyba zobaczysz, a czy ja Ciebie... Nie wiem.
Prosiłbym Cię, żebyś po koncercie czekała w uliczce przy bocznym wyjściu po lewej stronie sceny. Tam się powinniśmy znaleźć.
N."


Szybko odpisała:
"N., co się stało? Boisz się tego spotkania? Za trzy godziny koncert, a Ty informujesz mnie dopiero teraz?
Dobrze, zaczekam przy wyjściu. Ale będę po koncercie. Mam bilet VIP, więc zostaję na podpisywaniu i zdjęciach. A Ty? W której części masz miejsce? Po czym poznam, że Ty to Ty?
Sophie"


Odpisał, gdy skończyła nawijanie włosów.
"Tak, boję się tego spotkania. Przede wszystkim tego, jak na mnie zareagujesz. Być może spodziewasz się jakiegoś przystojniaka, ale informuję: ja nim nie jestem.
Przeżyję to, że będę musiał na Ciebie zaczekać, ale... W sumie, to sam zostaję na podpisywaniu. Cóż... Poznasz mnie po aparacie na zęby lub czerwonej koszulce polo. A Ciebie po czym znajdę?
N."


"Będę miała warkocza, włosy blond. Różowo-zielona sukienka i do tego kremowa ramoneska.
N... Nurtuje mnie jedno pytanie. Dlaczego jeszcze nie znam Twojego imienia?
Sophie"


"Soph, moje imię jest dziwne, ale na pewno dzisiaj je poznasz. Mam nadzieję, że Cię nie zanudzę.
N."


     Nie odpisała. Bała się. Bo jeśli miną się w tłumie? Jeśli on okaże się jakimś starym dziadkiem? Westchnęła i zeszła na dół po sok pomarańczowy. Napiła się i zagapiła się w widok za oknem. Zobaczyła sąsiada parkującego na podjeździe. Zobaczyła Jake'a idącego chodnikiem w stronę jej domu, który jednak jak zawsze minie obojętnie. Jak zawsze.
     Jake był jej pierwszą, nieodwzajemnioną zresztą, miłością. A potem trafiła na casting dla modelek. Nie przyjęto jej, ponieważ była "za gruba". Ważyła wtedy mmiej niż sześćdziesiąt kilogramów.
     Przerzuciła się więc na taniec. Wreszcie została zauważona. Zaprzyjaźniła się z Danielle Peazer. Tańczyły w X Factorze, osobno i razem na różnych występach. Nigdy nie była jakoś specjalnie znana, ale jej to wystarczyło do szczęścia. No i w końcu pojawiły się oferty modelingu, więc korzystała i z tego.
     Odłożyła szklankę po napoju do zlewu i wróciła do pokoju. Wybrała numer i zadzwoniła do przyjaciółki.
- Dan, masz chwilkę? - zapytała.
- Teraz tak. Coś się stało? On w ogóle przyjdzie?
- Przyjdzie, przyjdzie... Ale poradź mi, jak się zachować?
- Bądź spokojna, a będzie dobrze.
- Wykorzystujesz to przy Liamie? - uśmiechnęła się do siebie. - Będziesz na koncercie?
- Będę po.
- Okej. To... na razie?
- Na razie. - rozłączyły się.

     Dotarła pod scenę, nim zegar wybił szóstą wieczór. Rozejrzała się dookoła. Same obce twarze. Zerknęła na scenę. Chłopcy jeszcze nie wyszli. Zamknęła oczy i usłyszała melodię.
- Hey girl, I'm waitin' on ya, I'm waitin' on ya. Come on and let me sneak you out. And have a celebration, a celebration. The musics up, the windows down. Yeah, we'll be doing what we do, just pretending that we're cool and we know it too. Yeah, we'll be doing what we do, just pretending that we're cool, so tonight...
- Cześć, Londyn! - zawołał Niall.
     Otworzyła wreszcie oczy. Spojrzała w stronę blondyna. Chłopak patrzył w jej stronę. Ale czy na pewno? Chłopcy zaczęli śpiewać ''Heart Attack".

     Koncert minął szybko. Zdecydowanie za szybko. Sophie próbowała utrwalić w pamięci każdą sekundę z tych prawie dwóch godzin. Gdy chłopcy zeszli już ostatecznie ze sceny, ruszyła w stronę tej części, w której miały być rozdawane autografy i robione zdjęcia. Minęła jakiegoś blondyna w czerwonej koszulce, ten jednak nie zwrócił na nią uwagi. Po drodze minął ją blondyn w czerwonej koszulce. Nie zwrócił na nią jednak uwagi.
     Odstała w kolejce blisko godzinę, nim przypadła jej kolej. Harry uśmiechnął się do niej promiennie.
- Jak masz na imię? - zapytał. - Wiesz, żebym mógł napisać przy dedykacji.
- Sophie. - odparła.
- Ładnie. - zauważył i zaczął pisać. Następnie podał kartę Niallowi. - Przejdź już do Liama.
     Podeszła tam, gdzie jej wskazano. Payne wyciągnął w jej stronę dłoń z kartą, gdy niespodziewanie jakiś blondyn zabrał pamiątkę, powiedział "przepraszam" i zaczął coś pisać. Liam spokojnie do niego podszedł i zabrał kartę, gdy tamten skończył. Oddał własność Sophie i zaprosił ją do wspólnego pamiątkowego zdjęcia. Obok dziewczyny ustawili się Niall i Louis. Wszyscy uśmiechnęli się do aparatu Sophie. Zdjęcie zostało zrobione. Chłopcy pożegnali dziewczynę i ta wyszła bocznymi drzwiami. Oparła się o ścianę.
     Spojrzała na zdjęcie w aparacie. Niall ją przytulał. Coś wspaniałego. Następnie przyjrzała się autografom.
"Miło Cię poznać, Sophie.
N."


"Żebyś zawsze była uśmiechnięta. I dalej słuchaj naszej muzyki xx.
Niall Horan"


     Zaskrzypiały drzwi. Spojrzała w tamtą stronę. Najpierw ukazały się białe sneakersy, potem szare spodnie z obniżonym krokiem i szary sweter, spod którego wystawała czerwona koszulka. Postać okazała się blondwłosym chłopakiem w okularach na nosie.
     W pierwszej chwili pomyślała, że to tamten chłopak, który coś napisał. Ale różnili się wzrostem. Tamten był dość niski, ten natomiast wysoki. Nie drgnęła, odwróciła tylko wzrok.
- Cześć. - zagadał, podchodząc bliżej. Jego głos brzmiał bardziej niż znajomo.
- Znamy się? - zapytała odwracając głowę. Z trudem powstrzymywała drżenie rąk.
- Może nie osobiście, ale tak. Znamy się. Sophie - spojrzała na niego. Zdjął okulary, a ona głośno wypuściła powietrze. - To ja jestem "N.", a tak naprawdę to Niall. Rozumiesz już, dlaczego nie podałem ci mojego imienia? - niepewnie przytaknęła. - Wtedy byś raczej mi nie uwierzyła. Bo jak tu nie połączyć Nandos, One Direction i mnie w jedno? Poza tym... Wielu ludzi chciałoby się pode mnie podszyć i tak dalej.
- Niall - nadal nie wierzyła w to, co co się stało. - To nie dzieje się naprawdę. - pokręciła głową.
- Chyba musisz uwierzyć, że tak jest. - uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. - To jak, do Nandos?
     Poszli do Nandos. Po drodze rozmawiali. O wszystkim i o niczym. Sophie była w siódmym niebie, bo szła pod rękę z chłopakiem z marzeń, w które tak naprawdę nie wierzyła. Do dziś. Niall był w siódmym niebie, ponieważ wiedział, że się nie pomylił. Uważał, że dziewczyna obok niego to osoba idealna.
- Czym zajmujesz się na co dzień? - zapytał, gdy usiedli przy stoliku w Nandos.
- Tańczę, ewentualnie chodzę po wybiegu. - odparła.
- Nie mów, że tańczysz z Danielle Peazer. - mruknął zaskoczony.
- Tańczę. Nawet się z nią przyjaźnię. - parsknęli śmiechem. - Niall... Nie spodziewałam się, że będziesz taki... Inny, sympatyczny, wesoły.
- Bo taki jestem.
- Owszem, ale myślałam, że taki wizerunek kreujesz na potrzeby sławy czy coś... Nieważne.
- Mhm... - przytaknął. - Co zamawiasz?
- Kawę i spaghetti. A ty?
- Kawa i spaghetti. - wyszczerzył się i wstał. - Pójdę zamówić.
     Gdy zniknął, wyciągnęła telefon. Czekał na nią esemes od Danielle.
"I jak? Spotkałaś go? :P Kto to jest?
D. P. xx."


Wystukała odpowiedź:
"Jest... Fajnie. To takie dziwne, że aż nieprawdziwe...
Soph. xx."


"Muszę go kiedyś poznać. Jeśli coś z tego wyjdzie.
D. P. xx."


     Nie odpisała, bo wrócił blondyn. Uśmiechnęła się, gdy postawił przed nią talerz i kubek. Mimo godziny dziesiątej za pasem nie czuła się zmęczona. Niall czuł się tak samo.
- Spotkamy się jutro? - zapytał z nadzieją.
- Jeśli chcesz, to tak. - odparła po chwili namysłu. - Będzie mi miło.
- Mnie również.
     Zjedli i szybko wyszli, gdyż zamykano lokal. Niall odprowadził Sophie na stację metra. Odruchowo złapał ją za rękę. Nie wyrwała się, ścisnęła mocniej jego dużą i silną dłoń. Spojrzeli sobie w oczy.
- Naprawdę chcesz się ze mną jutro spotkać? - zapytała dziewczyna.
- Oczywiście. - pokazał jej szeroki uśmiech składający się z prawie prostych zębów i aparatu dentystycznego. - A nie uciekniesz mi?
- Nie. W razie czego znajdziesz mnie z pomocą Dan. Gdzie się umówimy?
- Tutaj przed południem... O jedenastej? - przytaknęła. - Dobrze. To do jutra?
- Do jutra.
     Ale nie puściła jego ręki. Nie spuściła z niego wzroku. Potrząsnęła głową i cofnęła dłoń. Ruszyła do wagonu metra, który właśnie zajechał.
- Nie spodziewałem się, że będziesz taka wspaniała. - mruknął Niall idąc w stronę wyjścia.
- Nie wiedziałam, że będziesz taki idealny. - szepnęła do siebie Sophie i usiadła na krześle w wagonie.


No, zakończenie do niczego mi wyszło. Reszta może być :) No i jak oceniacie spotkanie, Sophie i w ogóle wszystko? Hmm, mogłabym wspomnieć, że na pomysł, jak Niall i Sophie się spotkają, wpadła Marciak, ja tylko trochę przerobiłam ten pomysł. Dzięki wielkie, Marciak :)
Co dalej... Parę z Was zgodziło się na filmik. Nie wiem, kiedy powstanie, bo musi być na komputerze zainstalowana jakaś karta, której nie posiadam i inne takie, ale mam w planach taki filmik. Ale zadawajcie pytania, na które odpowiem xD Taa, głupia jestem, ale mi się trochę nudzi... :P
Co jeszcze... Piszcie na maila: something0more@gmail.com, jeśli chcecie. Piszcie o czym chcecie, możemy pogadać :))

I... Następny rozdział - 5 komentarzy
Wiem, że potraficie :)

Pa, do następnego :)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

XXXIX.

Hello! Dzisiaj z punktu widzenia Louisa. Emm... No cóż, dzięki za komentarze, za odwiedziny, za wszystko :)
I zapraszam do czytania.
__________________________________________________________________________________
_________________________________________________________________
_____________________________

- O czym tak myślisz? - pyta Niall, siadając obok mnie na fotelu.
     Wzruszam ramionami i dalej gapię się w niebo. Siedzę na balkonie na dwunastym piętrze hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Śpimy dziś w jednym, olbrzymim pokoju. Aż boję się, co zrobi mi Harold, gdy będę spał. Może znowu namaluje mi kota na twarzy niezmywalnym markerem?
- Louis, przecież ślepy nie jestem - wzdycha Irlandczyk.
- Powiedz, jak ty byś postąpił wobec dziewczyny, którą kochasz nad życie, a jednak... - urywam. Dalej kontynuuję szeptem. - Jednak ranisz ją poprzez "niewinne" akcje, czyli pocałunki i tak dalej, z inną?
- Może najpierw mi powiedz, która to? - Niall również ścisza głos.
- Tess... - wzdycham. - Boję się, co na to powie Julia.
- Dzwoniłeś do niej? I co za Tess?
- Nie. Po koncercie zapomniałem włączyć telefon. - wyciągam komórkę, wstukuję hasło i czekam na pełną gotowość urządzenia.
- Ktoś dzwonił?
- Mhm... - przeglądam wiadomości z poczty głosowej. - Są trzy nagrania.
- Dobra, ty tam sprawdzaj swoje i dzwoń do Julki, a ja idę pilnować tych głąbów i pisać... Nieważne.
- Nie ma sprawy. - odpowiadam i wciskam zieloną słuchawkę. Niall wraca do pokoju.
- Masz trzy nowe wiadomości. - informuje mechaniczny głos sekretarki.
     Pierwsza jest od Lottie, ale mówi razem z resztą bab z rodzinnego domu. Życzą udanego koncertu, jak co dzień od początku trasy. Drugi telefon jest od Paula ("Gdzie wy, łobuzy, jesteście? Zaraz koncert, a wam się zabawy w chowanego zachciało?"). Taak, chciało nam się wtedy bawić, wujku. Uśmiecham się. Jednak zaskakuje mnie telefon od Julii.
- Louis, zgaduję, że teraz macie koncert. Ja jestem we Francji i... Kocham cię, cokolwiek stanęłoby nam na przeszkodzie. Nie chcę cię zranić, bo jesteś dla mnie bardzo ważny, ale... Powiem, gdy się spotkamy, nie jestem aż takim tchórzem, żeby... Chyba... - zaczyna płakać. - Boję się, a jednocześnie... Przepraszam, że w ogóle dzwonię... Cześć, Louis, tu Julka... - koniec nagrania.
- Harry! Zayn! - wołam przez uchylone drzwi. - Niall! Liam!
- Co jest? - pyta blondyn. - Gadaliście?
- Nie wiem, jakie macie problemy, ale chodźmy do środka. - radzi Liam, więc wchodzimy i siadamy gdzie popadnie. - Dziennikarze wynajęli pokoje w bliskim sąsiedztwie. - wyjaśnia. - To o co chodzi?
- Pamiętacie Tess, dziewczynę, która włamała się nam do garderoby?
- No... nie. A co z nią? - dopytuje Zayn.
- Nie chciała wyjść, więc zgodziłem się z nią spotkać. To było jakoś w styczniu, a mi wyleciało to z głowy. Sęk w tym, że ona nie zapomniała i po pierwszym koncercie Take Me Home dała o sobie znać.
- Umówiłeś się z nią? - w głosie Hazzy czai się zdziwienie.
- Ona mnie zmusiła. Poszliśmy przedwczoraj do restauracji, pogadaliśmy, a potem... Upiła mnie, do czego dużej ilości alkoholu nie trzeba. Następne, co pamiętam, to jakiś pokój i pocałunki. Uciekłem stamtąd.
- Lou, to nie twoja wina, że tak się stało. Skoro ona cię upiła... - Liam klepie mnie po plecach.
- No, ale mimo wszystko... Do czegoś doszło. - mamroczę.
- Co było a nie jest, to nie jest już takie ważne. - ucina moje biadolenie Zayn.
- No. - przytakuje Horanek. - A dzwoniłeś już do Julii?
- Nie, dopiero będę dzwonił.
- To powiedz jej to, co trzeba, ale najpierw wybadaj sprawę. No, chyba że chcesz zobaczyć walizki. - doradza Harry.
     Nie odpowiadam na jego słowa. Trzymając telefon w dłoni idę w stronę swojego łóżka w rogu pokoju, a dokładniej w dużej wnęce. Siadam na materacu i opieram się plecami o ścianę. Wybieram numer z listy kontaktów, wciskam 'połącz' i przykładam komórkę do ucha.
- Julia Avis, nie mogę teraz siedzę i beczę, a ty i tak masz mnie w nosie. Chyba, że jesteś wyjątkiem, to zostaw wiadomość. pii!
- No i masz, jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Ja nie mam cię w nosie. Mam cię gdzie indziej, bo w sercu i głowie. Ja ciebie też kocham, cokolwiek by się stało. I chodzi mi tu o coś konkretnego. Bo... Nie jestem bez winy. Czuję, że z tobą jest podobnie. Ale nie martw się, będzie dobrze. Nie mogę się doczekać spotkania. Już coraz bliżej. Ale powiedz, co ty robisz we Francji? I tęsknię, Mała. Odezwij się. - kończę.
     Zsuwam się i leżę na łóżku. I myślę. Czy Julia zrozumie? Coś jest nie tak...
     Zasypiam.

- Wszystko okej? Co jej powiedziałeś? - Niall siada obok, tym samym budząc mnie z niespokojnego snu.
- Nic.
- Jak: nic? Coś przecież mówiłeś.
- Nagrałem się jej na pocztę.
- Rozumiem... Louis, pomożesz mi? - patrzy na mnie z nadzieją.
- A co się stało? Żelków zabrakło? - żartuję.
- Nie żartuj sobie, tu chodzi o poważną sprawę. - burzy się blondyn.
- Dobrze, już dobrze. To o co chodzi?
- Od jakiegoś czasu piszę z pewną dziewczyną - robię duże oczy ze zdziwienia. - Ona nie wie, że ja to ja. Podałem tylko "N" jako nich.
- No i co?
- Chyba się w niej zakochałem. Jest fanką Nandos i naszej bandy. I tak dobrze mi się z nią pisze...
- Niall, ciebie chyba podmienili.
- Nie gadaj mi... - wzdycha. - Ale wiesz... Ona chce się spotkać. Wie, że będę w Londynie za mniej więcej miesiąc. Wszystko okej, ja chcę się z nią umówić, ale... Ona chce iść ze mną na koncert. Nasz koncert! - histeryzuje.
- Jak ma na imię? - woła Harry.
- Sophie! - odkrzykuje blondyn.
- Ładnie - mruczę.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo! Problem w tym, że się boję. Że się wygłupię, powiem coś nie tak i będzie pozamiatane.
- Niall, kupić ci żelki? - pyta Hazza. - Bo może coś ci się w głowie z głodu poprzestawiało. - sugeruje.
- Ty nic nie rozumiesz! Myślisz, że jak nigdy nie miałem dziewczyny, to już tego nie zmienię? A ty... Ty zawsze będziesz takim podrywaczem?! Może jednak nie? - chłopak wybucha, - Ty i Zayn traktujecie dziewczyny jak zabawki. To dlatego Katya, Perrie, Selene i reszta odeszły. One czują, myślą, a wy ich nie doceniacie! Zazdroszczę Louisowi i Liamowi, że oni tę sztukę opanowali.
      Urywa, ciężko dysząc. Siedzi obok mnie i łypie groźnie na Loczka. Nagle wstaje i idzie na balkon, po drodze zabierając gitarę.
- Wiesz, Harry? Spróbuj czasem wczuć się w położenie innych, a będziesz bliżej sukcesu. - mówię i chowam głowę pod poduszkę.
- Louis, co jest grane? - tym razem obok mnie siada Liam.
- Skąd mam wiedzieć? Niall się zakochał i tyle. Ja jestem temu winny? - mamroczę spod poduszki. - Może to on jest temu winny, co? A może nasza... wasza dwójka czy trójka, że nie traktujecie go poważnie? - wyściubiam nos z kryjówki.
- Louis, to nie tak... - zaczyna Harry.
- A jak? - przerywam mu. - Powiedz, jak jest? Nie umiem patrzeć na ten brak zrozumienia dla jednego z moich kumpli. I dlatego mam głupie przeczucie, że z naszą ekipą może być przez takie drobnostki koniec. - wyznaję.
- A myślisz, że mnie nie nęka świadomość tego? - pyta Zayn. - Co noc mam koszmary, że to nasz koniec, że któremuś coś się stało...
- Więc się zmotywujmy i... Harry, co ty odwalasz? - Liam woła zaskoczony.
      Patrzymy na chłopaka. Hazza przytula butelkę Pepsi do siebie, ale gdy słyszy Liama, oskakuje od niej.
- Nic, nic...
- Nieważne. W każdym razie zmotywujmy się. Bądźmy dla siebie w porządku, a dla Nialla przede wszystkim. Chyba nie chcemy się pożegnać, co? - kiwamy głowami na słowa Liama.
- To co z Horankiem? Idziemy do niego? - pyta Zayn.
- Nie. - odzywa się Harry. - Pozwólmy mu się wyszumieć.

- Niall, co powiesz na mały meczyk na Xboxie? Zwycięzca zgarnia marchewki Louisa, szczotki Zayna, lokówkę Harolda i mój strój Batmana. I twoje żelki. - Liam wyszedł na balkon jakąś godzinę po naszej rozmowie.
- No, nie wiem... - Niall waha się, widocznie obawia się utraty swoich kochanych Haribo.
- Co ci szkodzi? Ewentualnie stracisz paczkę żelków.
- No... A jak wygra Zayn albo Lou?
- Oj tam. Poza tym oni zawsze oszukują.
- Nieprawda! - wołam. To nie moja wina, że jestem najlepiej obeznany w tym temacie.
- Cicho! To jak?
- Zaryzykuję. - Niall wstaje i wchodzi za Liamem do pokoju.
      Siadamy przed telewizorem plazmowym. Xbox i joysticki podłączone, płyta z FIFĄ 2013 włożona. Na stoliku przed naszymi pufami piętrzą się stosy przekąsek i butelki z napojami.
- Kto gra pierwszy? - pytam.
- Harry i Zayn. - odpowiada pan Payne.
      I tak też jest. Gramy energicznie. Krzyczymy do swoich zawodników, śmiejemy się i kibicujemy sobie nawzajem. Wreszcie, po dwóch godzinach walki, w finale znajduje się Niall i ja. Piję colę przed ostateczną rozgrywką. Chłopaki nie wiedzą, komu kibicować. Niall pochłania czwartą w trakcie przygotowań kanapkę.
- To jak, panie skrzacie, gotowy na mecz wszech czasów? - pytam wesoło.
- Oczywiście, panie marchewkowy. - odpowiada ze śmiechem.
      Zaczynamy grać. Motywowani okrzykami ekipy strzelamy kolejne bramki, wykonujemy rzuty karne, rożne, auty. Wreszcie zbliża się koniec. Remisujemy 4:4. Już mam strzelić piękną bramkę i wygrać, gdy Niall wykorzystuje okazję, w trakcie której drapię się po nosie, i zabiera mojemu zawodnikowi piłkę, podaje dalej i tuż przed końcem czarno-biała kulka pojawia się pod moją bramką. Jestem zaskoczony, bezsilnie i bezskutecznie próbuję bronić się przed golem. Niestety, piłka strzelona równo z gwizdkiem mówi sama za siebie.
- Brawo, Nialler. - klepię go po plecach z szerokim uśmiechem na twarzy. - Dzięki za grę, była świetna.
      Podajemy mu nagrody z zastrzeżeniem, że te niejadalne są do zwrotu. Dzwoni dzwonek do drzwi. Na korytarzu stoi kelner z obsługi z wózkiem pełnym jedzenia. No tak, tamto, co mieliśmy, już zjedliśmy.
- Na zamówienie pana Payne'a. Zgadza się?
- Tak. - obok mnie zjawia się Liam.
       Całkiem młody chłopak wprowadza wózek i wychodzi. Rzucamy się na jedzenie jak Zayn na Katyę, kiedy byli razem.
- Chłopaki - zaczyna Zayn. - W Londynie robimy imprezę?
- Jak tam chcesz. - mamrocze Harry z pełnymi ustami. - Ja nie mam nastroju. A co z Katyą?
- Jest w Rosji.
- Co w związku z nią? - pytam, choć już wiem, co odpowie.
- Odbiję ją.

___________________________________________________________________________________
____________________________________________________________
________________________________

Dobra, wesołego dyngusa i prima aprilis :)
Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca. Kto nie odpowiadał, proszę od odp. na pytania w poprzedniej notce.

Następny rozdział - 5 komentarzy.

Cześć i pozdrawiam :*