piątek, 29 marca 2013

XXXVIII.

Hej! Taa, wiem, ogłaszałam niektórym, że rozdział wczoraj miałam dodać, ale pojawiły się pewne komplikacje. No cóż, w każdym razie jest! :D A że wstałam drugi dzień z rzędu zaraz po siódmej, co mi się prawie nie zdarza w dni wolne, to zasiadłam do komputera i skończyłam przepisywać :)
Dobra, już się przywitałam, to może powiem, co i jak.
Otóż wczoraj skończyłam pisać epilog pierwszej części. Tak, to smutne. No, ale są plany na drugą część!!! Tak! xD Jeszcze nie zaczęłam jej pisać, ale jeśli macie jakieś propozycje co do wydarzeń w niej zawartych, to piszcie na maila: something0more@gmail.com.
_____________________________________________________________________________________
_________________________________________________________________
_______________________________________

    Zdaję sobie sprawę z tego, co robię dopiero po dłuższej chwili.
- Przestań! - odpycham go i wstaję tak gwałtownie, że kręci mi się w głowie. Opieram się o stolik.
- Przecież sama zaczęłaś.
- Nigdy więcej alkoholu. - mruczę do siebie, po czym dodaję już głośniej - Ale to nie zmienia faktu, że odwzajemniłeś... Jezu, jak ja się pokażę Louisowi? - panikuję.
- Nic mu nie powiesz.
- Zamknij się! - warczę. Biorę buty i ruszam z powrotem do budynku.
- Julia, przecież do niczego nie doszło. - Alexandre dogania mnie parę za altanką. - To był zwykły pocałunek...
- Może dla ciebie! - wołam i idę dalej.
     Zatrzymuję się u stóp kamiennych schodów i zakładam buty. Czym prędzej wchodzę do góry, a potem do sali i wypatruję Michelle. W końcu widzę ją przy oknie, pogrążoną w rozmowie z Adrienem i dwójką nieznanych mi osób, dziewczyny i chłopaka. Podchodzę do nich, siląc się przy tym na opanowanie.
- Julia, gdzie ty się podziewałaś? - pyta Michelle.
- Byłam na zewnątrz.
- Mam nadzieję, że nie walnęłaś nic głupiego. - ni to kiwam, ni to kręcę głową. - Dobrze. Moi drodzy - zwraca się do towarzystwa - C'est Julie, moja przyjaciółka. Julia, poznaj Adeline, Jeana i Adriena. - wskazuje po kolei.
       Przyglądam im się bliżej. Adeline to drobna drobna brunetka o rozpuszczonych, kręconych włosach z rozjaśnianymi końcówkami. Ubrana jest w subtelną lnianą sukienkę w kolorze pudrowego różu. Jean jest wysoki, a na głowie ma burzę czekoladowych loków, prawie jak Harold. Ubrany jest w czarny garnitur i szarą koszulę.
- Bonsoir, mademoiselle. - wita się szatyn.
- Bonsoir. - odpowiadam i zwracam się do Michelle - Możemy pogadać?
- Przepraszamy na chwilę.
      Odchodzimy na bezpieczną odległość i opowiadam o zdarzeniu. Dziewczyna jest, delikatnie to ujmując, zszokowana.
- Co ja mam powiedzieć? Alexandre...
- On tak do każdej, co? - wcinam się jej w słowo.
- Nie wiem. - wzdycha. - A co do Louisa, to może nic mu nie mów, co?
- Coś wielu rzeczy mu nie mówię... - mruczę do siebie. Poprawiam sukienkę. - Dobrze, ja idę do pokoju. Nie mam siły i ochoty na nic. A zwłaszcza na jakieś bale.
- Ej, zaczekaj! - woła, gdy jestem już przy wyjściu do korytarza. - Nie jesteś na mnie zła? - kręcę głową. - Dobrze... A jak będziesz czegoś chciała do jedzenia i picia, to przy drzwiach jest taki czarny jakby telefon. Dodzwonisz się do dyżurki, tam zawsze ktoś siedzi.
- Okej. - posyłam jej wymuszony uśmiech i idę w stronę schodów.
      Zatrzaskuję drzwi do wielkiego pokoju i rzucam się na łóżko. Twarz chowam między poduszkami. Leżę tak przez nieokreśloną ilość minut rozmyślając nad tym, że to, co było, tego nie zmienię. Z tego transu wyrywa mnie pukanie do drzwi, połączone z okrzykiem: "Zamówienie!". Ruszam tyłek, zdejmuję wreszcie buty i podchodzę do drzwi. Uchylam je delikatnie i mówię:
- Przecież nic nie zamawiałam.
- Czyżby? - pyta Alexandre, próbując wejść.
- Owszem, a tobie nic do tego. Wynoś się, bo cię nie lubię. - przytrzaskuję mu rękę.
- Auu! Już idę, nie denerwuj się. - wzdycha i rusza z miejsca.
- Ty tak po prostu idziesz? - pytam, otwierając szeroko drzwi i opierając się o framugę. - Nie walczysz? Nie jesteś nachalny?
- Jak widać - nie. Jestem dżentelmenem. Chociaż nie przeczę, intrygujesz mnie. - uśmiecha się. - Mogę wejść?
- Nie jestem damą i przegonię cię. - wycofuję się i zamykam mu drzwi tuż przed nosem.
       Zbieram po drodze kosmetyki, luźne ciuchy i idę do łazienki. Odkręcam pozłacane kurki i patrzę, jak do podłużnej, delikatnej białej wanny na srebrnych nóżkach spływają z dwóch kranów cieknie strumienie ciepłej, lecz nie gorącej wody. Po chwili namysły i rozglądania się po przestronnej biało-czerwonej łazience podchodzę do półki przy wannie i przeglądam jej zawartość. Pudełeczko z płatkami róż, balsam do ciała, kokosowy olejek nawilżający, czekoladowy płyn do kąpieli, migdałowy szampon, truskawkowy żel pod prysznic, rumiankowa odżywka, jaśminowa maseczka do suchej cery i wiele innych. Sięgam po niepozorny różowy flakonik z etykietką oznajmiającą, iż jest to ''przeganiacz trosk''. I właśnie ten napis sprawia, że jednak się jakoś wyróżnia. Uśmiecham się do siebie i siadam na dywanie. Wyciągam korek i wlewam do wanny to, co nie okazuje się choćby mgiełką, a bladoróżowym pyłkiem, który po zetknięciu z wodą eksploduje mieszanką mocnych, egzotycznych zapachów. Każda drobinka błyszczy złoto-tęczowym blaskiem. Gdy na to patrzę, robi mi się ciepło koło serca. Wstaję i idę po telefon, magnetofon i stołek. Stawiam taboret przy wannie, kładę na nim komórkę i odbiornik, który włączam do gniazdka. Akurat leci "Zombie" The Cranberries. Wchodzę do wanny i zaczynam nucić słowa piosenki.
- And the violence caused such silence, who are we mistaken? Let he see, it's not me, it's not my family. In your head, in your head, they are fighting. With their tanks and their bombs, and their bombs and their guns. In your head, head there are crying... In your head, in your head zombie, zombie, hey, hey, hey. What's in your head, in your head? Zombie, zombie, zombie?
     Przestaję nucić, czy w moim przypadku: wyć. Obmywam moje ciało wodą. Do suchej ręki biorę telefon. Na tapecie mam zdjęcie moje i Lou z dnia wypadku. Zero esemesów, zero nieodebranych połączeń. Spokój, błogi spokój! Zanurzam się całkowicie w wannie, biorąc wcześniej głęboki oddech. Pod taflą przezroczystej cieczy wirują drobiny "przeganiacza" i jeszcze bardziej błyszczą. Mimo zatkanego nosa do moich nozdrzy wciąż wpływa zapach miodu, konwalii, pomarańczy i cynamonu. Spostrzegam, że się rozmnażają, wypełniają całą wannę. Zaczynają przylepiać się do mojego ciała na pełnej jego długości i szerokości, czuję to poprzez mrowienie. Próbuję skupić swoje myśli na czymkolwiek, ale jest to zbyt trudne. Drobinki jakby mi w tym przeszkadzają, jak gdyby wysysały ze mnie troski i to, co negatywne. Pośrednie uczucie.
     Gdy czuję, że jestem czysta w głębi siebie, wynurzam się z wody. Krople kapią mi z włosów na ramiona. Wyciągam rękę po szampon i stwierdzam, że żadnego nie szykowałam. Na szczęście muszę tylko mocniej się wychylić, by dosięgnąć do półki. Biorę grejpfrutowy szampon i wmasowuję we włosy. Po chwili spłukuję.

- Cześć, tu Louis. Nie mogę teraz rozmawiać, najpewniej mam jakiś występ. Jeśli mam zapisany twój numer, na pewno później oddzwonię. A teraz... Harry, idź stąd!... A teraz zostaw wiadomość po sygnale. pii!
- Louis, zgaduję, że teraz macie koncert. Ja jestem we Francji i... Kocham cię, cokolwiek stanęłoby nam na przeszkodzie. Nie chcę cię zranić, bo jesteś dla mnie bardzo ważny, ale... Powiem, gdy się spotkamy, nie jestem aż takim tchórzem, żeby... Chyba... - nie wytrzymuję napięcia, puszczają mi nerwy i zaczynam chlipać. - Boję się, a jednocześnie... Przepraszam, że w ogóle dzwonię... Cześć, Louis, tu Julka... - rozłączam się, wyłączam telefon i opadam na łóżko.
     Zaczynam nucić piosenkę, którą lubiłam śpiewać kiedyś w zaciszu - "I can" zespołu Blue.
- It's like rain falling down, drops of pain hit the ground, I can't speak, there's no sound when you're gone. I can, I will, I know. I can untile these hands. Get back up again. Get back again... - poprzez moje łkanie nie przechodzi żadna czysta nuta. Tylko złość na samą siebie. I strach.
- Znowu śpiewasz. - odzywa się starsza kobieta. - I znów coś się stało.
     Spoglądam na nią ze zdziwieniem. Dziś ma na sobie błękitną bluzkę na krótki rękaw i czarną spódnicę. Siedzi w fotelu i bawi się sznurkiem perełek.
- Dobry wieczór... - szepczę cicho, ocierając pospiesznie twarz szorstkim rękawem szlafroka.
- Nie ukrywaj łez. Płacz to okazanie swoich trosk i smutku, ale też pokazanie komuś, że ma się serce i uczucia. Tylko ludzie zimni, źli i podstępni nie płaczą.
- Wiesz, co głupiego, babciu, zrobiłam?
- Wiem, Julia, wiem. Nie cofniesz czasu, by się temu przeciwstawić.
- Ale co z Louisem? Może to był tylko pocałunek, ale mimo wszystko... - siadam na rogu łóżka.
- Będzie co ma być. Nic niczego nie zmieni. Tylko szczera rozmowa.
- A czy to, co mu powiem, nie zagrozi naszej przyszłości?
- Jeśli dobrze to rozegrasz i zrozumiesz jego uczucia, to owszem. Nie odwróćcie się teraz od siebie. - wstaje. - Do zobaczenia. - uśmiecha się, obraca w miejscu i znika. Na fotelu zostaje sznur pereł.
     Opadam wyczerpana na łóżko. "Zrozumiesz jego uczucia"... O co w tym wszystkim chodzi? Co takiego czuje Louis? Co właściwie czuję ja? Masa pytań wciąż leży bez odpowiedzi, a pośrodku tego - ja. Bezkresne oceany, a ja - mała wysepka.
     Patrzę w stronę okna balkonowego. Przez niebo przemyka spadająca gwiazda. Ech, Lou...

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________
_____________________________________

Dobrnęliście do końca? Super! :) Nie wiem, jak to oceniacie, ale... No cóż, według mnie jest okej. Jak oceniacie ''nawrócenie'' Julii? :P Za późno, co? Pocieszę jednak tych, którzy są oburzeni Julią, że Louis też będzie miał ''przygodę''. Co jeszcze mogę zdradzić? Że za dwa rozdziały coś zmieni się w życiu takiej dwójki. :P Ale o tym za dwa rozdziały. Hmm... Nie wiem, kiedy wrzucę następny rozdział, a to zależy od was, więc... Życzę Wam udanych i wesołych Świąt Wielkanocnych. :)
Co jeszcze mogę powiedzieć? Na 10.000 wyświetleń miałam marzenie zrobić filmik z podziękowaniami, ale od pół roku nie działa mi aparat, a moim telefonicznym ziemniakiem 2 MP nie będę robić pośmiewiska. Chociaż... Może kiedyś coś takiego zrobię, kto wie? :) 

W następnym odcinku: Z punktu widzenia Louisa. Kłótnia Nialla z Harry'm. Rozmowy. Mecz.


Następny rozdział - 5 komentarzy.

Do zobaczenia, napisania itd. :)

6 komentarze:

My life:) pisze...

Matko... Ja się cieszę, że w ogóle Julka, jak ty to powiedziałaś, "nawróciła się". Ale rozdział jest super. Mam nadzieję, że Lou i Julka będą szczerzy wobec siebię i sobie wybaczą. No i że Lou nie zrobi czegoś, czego będzie żałował mocniej niż Julka.
Nie doczekam się następnego.
A Tobie i wszystkim czytelnikom życzę też Wesołych Świąt, oraz mokrego i śmiesznego Śminguso- Dynguso- Prima- Aprillis (nie wiem jak się pisze, ale oba są w ten sam dzień) :)

Mrs. X pisze...

Wspaniale.<3 Wiesz o tym? Jak zwykle... Wprost rozpływam się czytając twoje opowiadanie. Jest takie wyjątkowe, u mnie postawione na pierwszym miejscu. Czekam nn.:) x

paulla pisze...

O boziu zajebisty. Czekam na nexta, a w wolnej chwili wpadnij do mnie
http://magic-story-with-1d.blogspot.com/

Ja Kotecek pisze...

Julia bardzo dobrze robi ,ze chce powiedzieć Lou. Oby on też był na tyle dorosły by powiedzieć jej potem o swojej przygodzie ;) Weny ;D

Sophie96 pisze...

Rozdział świetny. Jestem ciekawa jak obje zareagują na te swoje "przygody". Czekam nn. Zapraszam do mnie:
real-life-sophie.blogspot.com

Unbroken Girl pisze...

zajebisty! tak jak ktoś wyżej napisał, Julia dobrze robi że chce powiedzieć Lou :)

przy okazji, u mnie nowy;
http://the-story-about-one-direction.blogspot.com/

liczę na twój komentarz <3

papa!

Prześlij komentarz

Proszę, zostaw szczery komentarz. Ja wiem, doskonale, że to, co piszę, nie jest dopracowane i zbyt ciekawe, ale to opowiadanie traktuję tylko i wyłącznie jako ćwiczenie. Dlatego proszę o wyrozumiałość :)
Pozdrawiam,
Julia :)