sobota, 9 marca 2013

XXXIV.

Cześć :) Czekaliście tydzień, mam nadzieję, że nie na darmo. Rozdział jak rozdział, ale jest. Oceńcie go, ale najpierw przeczytajcie.

Poza tym życzę wszystkiego najlepszego z okazji wczorajszego Dnia Kobiet :) Co dostałyście? Mam nadzieję, że nie takie coś, na co wysilili się chłopcy z mojej klasy... Stringi <facepalm>.
A z tej okazji, że wczoraj był Dzień Kobiet, w naszym miasteczku w MCEE odbył się wieczorek środowiskowy. Kobietom i mężczyznom prezentowały się grupy działające w centrum. Ja wystąpiłam z kabaretem, do którego należę. Jak myślicie, kogo zagrałam? Dziewczynę w dresie xD Jak zwykle ;D

Dobra, czytajcie i komentujcie :)
___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________________
_____________________________________________________



    Tajemnicza choroba rozłożyła mnie na łopatki i ponad tydzień. Układ odpornościowy osłabił się po wypadku, ale mówi się: trudno.
    Mama praktycznie u mnie zamieszkała, tak często i długo u mnie przesiaduje. By mieć mnie na oku, a w gratisie gotować posiłki. Sama nie posiadałam i nie posiadam siły prawie na nic. Tylko czytanie, leżenie, gorąca herbatka pomarańczowo-cynamonowa, słuchanie muzyki, jedzenie i ewentualnie oglądanie telewizji.

    Jest słoneczny sobotni poranek. Obudziła mnie krzątanina mamy, której najwyraźniej spodobało się moje mieszkanie. Trudno się dziwić; przestronne, mocno oświetlone za sprawą okien dachowych pokoje robią wrażenie. Rozlega się pukanie do drzwi. Mama wyłącza buczący odkurzacz, kieruje swoje kroki do drzwi i otwiera je.
- Tak? - pyta spokojnie.
- Czy jest Julia? - do moich uszu dociera głos o ciepłej barwie. Zaraz wkroczy brązowowłosy, niebieskooki chłopak kochający paski i marchewki. - Ale tak na początku to dzień dobry.
- Dzień dobry. Julia jest w pokoju i chyba śpi.
- Czy... mogę wejść? - pyta cicho, a ja słucham.
- Tak, wejdź. - wpuszcza go i gdzieś idzie, a po chwili woła - Idę na zakupy! - i wychodzi.
- Jak się czujesz? - odzywa się Louis wchodząc do pokoju. Wciąż ma na sobie dżinsową kurtkę z białym futrem.
- A jak mogę się czuć? - pytam zachrypniętym głosem. - Wszystko mnie boli, ledwo mówię...
- Coś się stało?
- Nie wiem. A powinno?
- Jula... - dotyka mojego ramienia. Nie reaguję. Tępo wpatruję się w punkt za jego plecami.
- Jak to jest być kimś normalnym? - pytam w końcu.
- Czemu pytasz? - nim dokończy ściąga kurtkę i pakuje mi się pod pościel. Po to, by mocno przytulić.
    Przygarnia mnie do siebie, a ciepło jego ciała rozlewa się po mojej duszy, sercu i usuwa wszelkie troski, niczym jakiś syrop. Biorę głęboki oddech i upajam się mocną wonią pomarańczy w jego perfumach.
- Chciałabym tak leżeć przez wieczność. - szepczę. - Tylko bez tej całej choroby.
- Jak zostaniesz moją żoną, to tak będzie. - odpowiada rozmarzony. - Będziemy mieć całkiem sporą gromadkę dzieci, może dziesiąteczkę, co? Duży dom na wsi z równie dużym ogrodem i basenem. Ty będziesz wziętą projektantką, a ja muzykiem, ewentualnie trenerem dziecięcej drużyny piłki nożnej w Doncaster. A po godzinach będziemy tylko dla rodziny. Zbudujemy dzieciakom domek na drzewie, my będziemy mieć sypialnię na poddaszu... I pole marchewek, tak z pięć hektarów! - oczy mu się błyszczą. Mimowolnie się uśmiecham.
- Louis... - zaczynam. - Nie mówię "nie" tym marzeniom, ale... Czy nie możesz poczekać? Przynajmniej rok. Całe życie przede mną, przed tobą też...
- Rozumiem. - odpowiada. - Don't you worry, don't you worry child. - nuci kawałek Swedish House Mafii.
- Wszystko się zgadza, poza tym "dzieciakiem".
- Nie czepiaj się szczegółów. - uśmiecha się.

    Przeszywający ból. Problemy z oddychaniem. Pulsująca czaszka, nasiąknięta bolesnym uczuciem. Szok, ukłucie w ramię i kojąca ulga.
- Co z nią? - pyta kobieta. - Długo to jeszcze będzie trwało?
- Nie wiem. To jedno z pierwszych takich doświadczeń na całym świecie. Musimy poczekać do końca.
- Panie doktorze, niech mi pan jeszcze raz powie: na czym to polega? - głos kobiety jest zrozpaczony. Próbuję uchylić powieki choćby na milimetr, ale nadaremnie.
- Nie wiemy, co się dzieje w jej umyśle. To ona tam rządzi. Być może poznała innych ochotników. Ogólnie chodzi o to, że w trakcie eksperymentu... - coś zaczęło zagłuszać słowa lekarza. - Przeżywa życie, które... zmarnowała. Gdy się... spokoju... eć...


    Ocknęłam się na podłodze ciężko dysząc. Co to było? Dotykam czoła; jest zimne i mokre. Czy to był tylko sen?
- Julia? - Louis klęczy nade mną. - Krzyczałaś przez sen i...
    Opowiadam mu wszystko. A następnie piję herbatę przygotowaną przez chłopaka. Powoli się uspakajam. Minęły ze trzy godziny odkąd przyszedł. Mama przyniosła niedawno zakupy, więc decydujemy się na domową pizzę z przepisu, który zostawiła mama. Szykujemy składniki, przybory i fartuchy. Louis  zabiera się do roboty, a ja idę się przebrać, bo w piżamach pracować się nie da.
    I tak zamiast słodkiej koszulki i spodni z króliczkami oraz marchewkami ubieram fioletową tunikę na długi rękaw w czarne paski. Do tego czarne rurki i puchate czerwone łapcie. Włosy upinam na czubku głowy w kitkę i po cichutku wracam do kuchni.
    Zakradam się do niego i łapię w pasie od tyłu. Przytulam twarz do jego karku i włosów. Tymczasem on obraca się do mnie z łobuzerskim uśmiechem i wyciągniętą ręką. Nim zdążę coś zrobić, Louis unosi dłoń nad moją głowę i z błyskiem w oku rozwiera palce. Na moją twarz i włosy opada mąka. Przez chwilę stoję osłupiała, co chłopak sprytnie wykorzystuje i obrzuca mnie jeszcze większą ilością białego pyłu. Otrzepuję się, podchodzę do blatu szafki i zajmuję się wyrabianiem ciasta na pizzę. Nie zwracam uwagi na Louisa, który usilnie próbuje dać mi o sobie znać.
- Posprzątaj w pokoju, to pogadamy. - mówię.
     Ponad godzinę później wstawiam dwie wielkie blachy pizzy do piekarnika. Na następną turę pozostają drugie dwie. Rozglądam się po kuchni - czysto. Inne pokoje też lśnią. Ścieram okruszki z szafki i idę przełożyć uwalane mąką i ciastem ubrania. Zgarniam kilka ciuchów z oparcia krzesła i kieruję się do łazienki. Zatrzymuję się jednak w progu i szukam wzrokiem Louisa. Odnajduję go śpiącego na materacu. Podchodzę bliżej, kucam, całuję go w czoło i przykrywam kocem. Uśmiecha się przez sen. Wyciągam telefon spod poduszki.
- Liam? Cześć, tu Julia. - mówię, gdy chłopak odbiera.
- O, cześć. Louis dotarł? Jak zdrowie? Co tam? - zasypuje pytaniami.
- Tak, pan pracowity posprzątał i śpi. - uśmiecham się pod nosem. - Ze mną lepiej, nie gryzę. A poza tym to mam pytanie... Co ty i chłopcy dziś robicie?
- Czekaj... Chłopaki! - wydziera się. - Mamy jakieś plany?
- Spanie! - woła Zayn.
- Jedzenie? - pyta Niall.
- Nic! - krzyczy Harry.
- No, więc sama słyszysz, że nic konkretnego dziś nie robimy.
- Rozumiem. W takim razie przybywajcie do nas, bo mamy pizzę, taką domową. To znaczy wiesz, ona się dopiero piecze, ale wyszły cztery blachy, których sami nie ogarniemy i jest potrzebna nam pomoc. Więc jeśli macie ochotę na pizzę, spotkanie i pogawędkę, to wpadnijcie gdzieś za półtora godziny.
- Niall, twoje marzenie się spełniło! Pizza się szykuje! - woła do blondyna. Ten śpiewa refren "We are the champions". - Okej, będziemy, ale za dwie godziny.
- Nie ma sprawy, to czekamy.
- Cześć. - rozłącza się.
- Louis, będziemy mieli gości! - mówię prosto do jego ucha.
     Wierci się niespokojnie. Otwiera i mruży oczy.
- Ale co, gdzie? - pyta nieprzytomnie. - Kto przyjdzie?
- Chłopcy, będą za dwie godziny. - podpiera się łokciem.
- Okej, okej. - opada na poduszkę.
- Ej! Nie śpij! - szturcham go po żebrach. Efekt jest natychmiastowy. Siada wyprostowany niczym struna. - I zapomniałeś mi o czymś powiedzieć.
- O czym znowu? Daj spać... - mruczy i przytula poduszkę.
- Nie będziesz spał. I chyba zapomniałeś mi powiedzieć, co ustaliliście z Paulem po, wiesz... Po waszej kłótni przez telefon.
- Aaa, to. Nie chce o tym gadać, przeprasza za swój wybuch, a jedyne sensowne, co powiedział, to to, że jeśli takie coś się powtórzy, to z moją przyszłością w zespole będzie cienko.
- A trasa? Zaczynacie ją za dwa tygodnie. Długo potrwa?
- Pierwsza tura trzy miesiące, do połowy lipca. Drugą połowę miesiąca odpoczywamy, a od sierpnia ciąg dalszy. Aż do grudnia.
- To długo. - wzdycham.
- Oj, Mała, Mała... Ja wiem. Ale pozostaną telefony i takie cudo zwane Skype'm. - głaszcze mój policzek. - Dobra, nie martw się na zapas i idź się przebierz, bo chyba taki miałaś plan. - wskazuje ciuchy na moich kolanach.
     Idę do łazienki, myję włosy i zakładam bluzkę baseball w kolorze limonki. Rękawy ma czarne. Do tego czarne spodnie. Wychodzę i wpuszczam Louisa. W czasie, gdy on siedzi w łazience, ja wyjmuję jedną porcję i wstawiam do piekarnika dwie blachy surowej pizzy.
     Obejmuje mnie w pasie i przykłada mokry policzek do mojego. Łaskocze mnie po brzuchu. Obracam się i lustruję go od góry do dołu. Limonkowe spodnie, czarna koszulka i limonkowe szelki. Uśmiecham się. On też.
- Skąd miałeś ciuchy?
- Kiedyś zostawiłem. - szczerzy się.
      Dzwoni dzwonek do drzwi. Idziemy do korytarza, ja otwieram i wpuszczam chłopców do środka...

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________________
_____________________________________________________

No, to by ten rozdział tak wyglądał. Komentujcie. Cieszę się, że taką rzeszą wchodzicie na bloga, nawet jeśli nie komentujecie. Jeśli liczyliście, że dodam wczoraj, to przepraszam, ale miałam ten wieczorek środowiskowy... A tak poza tym, to zapraszam do głosowania w ankiecie, którą znajdziecie na górze po prawo :D

Cześć i do następnego, który będzie w następny weekend.

PS. Możecie pisać na e-mail something0more@gmail.com :) To cały czas aktualne.

5 komentarze:

My live:) pisze...

Słodki :) Boje się o Julkę bo te sny itd. To ją wykończą. Ale mam nadzieję że będzie okej. Ciekawie będzie jak przyjdzie ta cała banda na pizze a z nimi jak zgadnę szalone pomysły :)
Ok... Będę musiała wytrzymać do następnego weekendu :( Niestety :( Ale dokładnie Cię Julka rozumiem. W końcu szkoła :)
No to czekam nn :)

Marciak pisze...

Miły rozdział. Zgadzam się z tą na górze, też boję się o te sny. Niech tylko nie odwali głodnej bandzie na pizzy :D czekam na następny ♥

paulla pisze...

świetny <3 weny i buziole ;**

Jedyna w swoim rodzaju Vivi pisze...

Zajebisty wpis!! Ja osobiści directonerką nie jestem ;]
Ale sposób w jaki piszesz i co piszesz jest naprawdę świetny! Nie raz tutaj zajrzę. Jestem ciekawa co dalej..te sny ...
Umiesz trzymać czytelnika w niepewności ;]

monisia pisze...

Zajebisty jak zawsze :) wbijaj do mnie
http://onedirectionkmania.blogspot.com/

Prześlij komentarz

Proszę, zostaw szczery komentarz. Ja wiem, doskonale, że to, co piszę, nie jest dopracowane i zbyt ciekawe, ale to opowiadanie traktuję tylko i wyłącznie jako ćwiczenie. Dlatego proszę o wyrozumiałość :)
Pozdrawiam,
Julia :)