sobota, 23 marca 2013

XXVII.

Hehehe... Hej! xD Było pięć komentarzy? Było! Więc teraz jest kolejny rozdział :) Tak, wiem, nie musicie mi dziękować xD... Coś mi odbija. No, w każdym razie zapraszam do nowego rozdziału. Będzie... Dość... Dziwny. Inaczej nie umiem się wysłowić.

Hmm... Pewnie zauważyliście nowy wygląd bloga. Cóż, nie gwarantuję, że jeszcze nie zmienię, ale najpierw muszę znaleźć coś odpowiedniego.
No, a na koniec dołączam mały słowniczek francusko-polski, bo się przyda:
Salut, mademoiselles - cześć/witam, panienki
Bonsoir - dobry wieczór
Comment ça va? - jak się masz? 
Magnifique - wspaniale
Merci - dziękuję
C'est - to jest...

A teraz zapraszam do czytania :)
_____________________________________________________________________________________
___________________________________________________________
__________________________________

- I jak? - Michelle obraca się dookoła.
       Jej czarna spódnica wiruje wesoło. Kremowa góra ślicznie kontrastuje z brzoskwiniową karnacją dziewczyny. Na stopach ma czarne szpilki na mega obcasie, wysadzane kryształkami.
- Ładnie, ale czegoś mi tu brakuje. Jakiejś bransoletki, błyszczącej. Do tego naszyjnik lub kolczyki.
- Dzięki. - uśmiecha się i odwraca w stronę toaletki w poszukiwaniu biżuterii. Włosy nawinięte na wałki latają luźno. - A ty mi pokaż no zaraz swoją kieckę! Bo cię nie wypuszczę z pokoju.
       Rozglądam się dookoła. Dostałyśmy wielki pokój ze ścianami w kolorze beżowym. Wyposażenie sypialni utrzymane jest w tej tonacji z połączeniem bieli, czerni i ecru. Olbrzymie okna wychodzą na ogród i przy okazji prowadzą na balkon. W ocienionym rogu pokoju stoi wielkie łoże z baldachimem - mam je dzielić dziś z Michelle. Jakby nie patrzeć, to wszystko jest tu wielkie.
- No, pokazuj! Albo zapomnij o balu. - grozi wesoło.
       Wzdycham i podnoszę wieko pudełka. Dziewczyna podchodzi zaciekawiona. Na wierzchu leżą szare buty. Odkładam je na dywan i delikatnie unoszę bibułę. Biorę w ręce gorset i wyciągam suknię.
- Aa... Przymierzaj, już! - ponagla i wskazuje parawan, za którym przebierała się i ona.
        Parę długich minut później kończę zapinać guziczki i zakładam buty. Zbieram fałdy materiału w garść, żeby nie przeszkadzały przy chodzeniu i wychylam się z ukrycia.
- Mała, wyglądasz ślicznie! - woła z zachwytem w głosie i oczach. - Do tego zrób sobie tamtego warkocza, no, wiesz... I załóż jakiś duży naszyjnik. - jest w swoim żywiole.
- Nie mam takiej ozdoby. - mruczę do siebie.
- Ale ja mam. - odpowiada Michelle z uśmiechem i grzebie w kuferku.
       W końcu znajduje to czego szukała - granatowe pudełko, a w nim błyszczący naszyjnik z dużymi kamieniami. Już od samego patrzenia boli mnie szyja i klatka piersiowa; wydaje się okropnie ciężki. I taki jest, gdy dziewczyna zapina sprzączkę na moim karku.

- A co, jeśli palnę jakieś głupstwo? - pytam szeptem, gdy schodzimy do sali, w której ma się dobyć przyjęcie, czy jak to tam zwą.
- Nie palniesz. Poza tym wyglądasz jak arystokratka z krwi i kości. A z taką urodą darują ci wszystko.
- Zamknij się! Nie jestem ładna. - zaprzeczam, na co Michelle tylko się uśmiecha.
- Dobry wieczór, panie Russel. - zwraca się do jakiegoś sędziwego jegomościa zajętego paleniem fajki. - Zobacz, kto do nas idzie. - piszczy uradowana do mojego ucha. Patrzę na nią jak na wariatkę. Skąd niby mam wiedzieć, o kogo jej w tym tłumie chodzi?
- Michelle! - woła stojący przy drzwiach do sali wysoki szatyn z wymodelowanymi falującymi włosami.
       Ubrany w dobrze skrojoną granatową kamizelkę, popielatą koszulę rozpiętą pod szyją i czarne spodnie wygląda jak jakiś model. Gdy podchodzi bliżej przyglądam się jego twarzy. Wystające lekko kości policzkowe, dołeczki, gdy się uśmiecha i zielone oczy okolone peleryną długich, gęstych i ciemnych rzęs sprawiają, że pewnie niejedna o nim marzy.
- Salut, mademoiselles. - uśmiecha się szeroko i całuje nas w dłonie.
- Bonsoir, Alexandre. - wita się z nim zadowolona Michelle. - Comment ça va?
- Magnifique, merci. - szczerzy się Alexandre. - Nie przedstawisz mi swojej towarzyszki? - patrzy na mnie z zainteresowaniem.
- Oczywiście. - przytakuje. - Julio, poznaj mojego kuzyna i brata Charlotte, Alexandra. Alexandre, c'est Julia, moja przyjaciółka.
- Miło mi cię poznać, Julio.
- Nawzajem, Alex...
- Mów mi Alek. - przerywa wesoło.
- Ej, ej, ej, Alexandre, zachowuj się! - upomina go Michelle. - Ona ma chłopaka... Ekhem, narzeczonego.
- Narzeczony? - jest zaskoczony. - To ile ci wiosenek stuknęło?
- Osiemnaście.
- O matko, dziewczyno! Jeszcze mi powiesz, że latem wesele, a na święta dziecko. Nie za szybko?
- Emm... Jak na razie w planach mam tylko kilkuletnie narzeczeństwo.
- Uff, całe szczęście. - wzdycha z teatralną przesadą. - Dobra, my tu sobie plotkujemy, a trzeba przecież iść. - staje między nami i wyciąga ręce. Chwytamy go za przedramiona; ja z prawej, a Michelle z lewej strony. - Panienki, ruszamy na podbój!
       Wchodzimy do jasno oświetlonej sali balowej. Gdziekolwiek spojrzę, widzę grupki pogrążone w rozmowie, pijące szampana lub przemieszczające się z miejsca na miejsce. W oczy rzuca się bogactwo kreacji. Nikt nie zwraca uwagi na nasze wejście, poza naprawdę wysokim szczupłym blondynem z opaloną twarzą. Ubrany jest całkiem na luzie, w czarną koszulę i brązowe spodnie rurki.
- Michelle, w końcu się zjawiłaś. - uśmiecha się ciepło. - I jak zwykle ślicznie wyglądasz. - patrzy na mnie i Alexandra. - Salut, mademoiselle. Alexandre. - kiwa nam głową. - Porwę waszą towarzyszkę, dobrze?
       Nie czekając na naszą odpowiedź idzie z dziewczyną na środek sali, po drodze coś jej żywo opowiadając.
- Kto to jest? - pytam.
- On? To Adrien, syn francuskiego gościa z Loży Lordów w Wielkiej Brytanii. Można by rzec, że są parą, ale jeszcze nie wiedzą, co wobec siebie czują.
- Ile ma lat?
- W tym roku kończy dwadzieścia jeden.
- A ty?
- Droga Julio, ja natomiast mam dwadzieścia lat. W porównaniu z tobą, to jestem starym dziadem.
- Nieprawda. - zaprzeczam.
- To w takim razie ile lat ma twój wybranek?
- W święta skończy dwadzieścia dwa.
- Oo, to faktycznie... A znam go może?
- Jeśli jesteś na bieżąco ze światem muzyki, to owszem.
- W takim razie zgaduję, że jest on z Wielkiej Brytanii, prawda? - przytakuję. - Hmm... Chyba jest bardzo popularny. - znowu kiwam głową. - I gra w zespole?
- Tak. - uśmiecham się.
- No to The Wanted albo One Direction. Ale jeśli patrzeć według popularności, urody, liczby fajnych piosenek, to wygrywa One Direction. A tam, jak wiadomo, najstarszy jest Louis Tomlinson. Słynie on z miłości do pasków, marchewek, gołębia Kevina i pewnej dziewczyny. "Przypadkiem" ma dziewczynę o imieniu właśnie Julia. Tak więc chodzi o niego?
- Dokładnie.
- W takim razie zazdroszczę szczęściarzowi. - kręci głową. - Dobra, bierzemy szampana i na dwór, co?
- Może być.
      Bierzemy po kieliszku musującego napoju ze znikomą liczbą procentów z tacy przechodzącego obok kelnera i kierujemy się na świeże powietrze, Po chwili znajdujemy się już na zewnątrz, z dala od gwaru i tłumów. Siedzi tu tylko malutka garstka ludzi. Prawie nie ma światła, jedynym jego źródłem jest lampa nad drzwiami balkonowymi. Taras ogrodzony jest starymi kamiennymi barierkami. Z boku, po prawo od wejścia, są szerokie schody prowadzące do ogrodu.
- Usiądziemy? - wskazuje na kamienną ławkę przy schodach.
       Przytakuję i siadamy. Kieliszki trzymamy w dłoniach.
- Opowiedz coś o sobie. - proszę go.
- A co by ci opowiadać? Urodziłem się jako trzeci z siódemki dzieci moich rodziców. Najstarsza Charlotte ma dwadzieścia trzy lata, najmłodszy Nicholas ma dwanaście. Moją słabością są szybkie sportowe auta i słodycze. A ty?
- Ja? Jestem najstarsza spośród mojego rodzeństwa. Mam słabość do muzyki, książek i gry na waltorni. Uwielbiam projektować, a ta sukienka jest tego zajęcia efektem.
- Serio? - przygląda się mojej kreacji. - Nie znam się, ale chyba jest niezła.
        Posyłam mu uśmiech i patrzę na niebo, gwieździste tej nocy. Wypatruję konstelacji, jak kiedyś z koleżanką. Siedziałyśmy w jej ogrodzie na dużej huśtawce, grubo po północy w jedną z październikowych nocy. I rozmawiałyśmy. O naszych marzeniach, muzyce, chłopakach. O planach na przyszłość. To było w szóstej klasie. Do tej pory pamiętam, że wróciłyśmy przemarznięte, bo miałyśmy na sobie tylko cienkie bluzki z długim rękawem.
- Nie jest ci zimno? - pyta chłopak.
       Kręcę głową.
- Toaścik? - wskazuje na kieliszki szampana.
       Stukamy symbolicznie szkłem i pijemy. Już po chwili szumi mi w głowie. Cóż, nie mam mocnej głowy, o czy informuję chłopaka.
- Przejdziemy się, to dobrze ci zrobi, co?
        Nie musi mnie dłużej namawiać. Energicznie, za energicznie, wstaję i łapię go za rękę. Powoli schodzimy schodami i ruszamy wąską alejką wysypaną drobnym żwirem. W szpilkach nie da się tak iść, więc prędko je zdejmuję i przechodzę na trawnik. Buty biorę w jedną rękę, w drugiej ściskam dłoń Alexandre. Prowadzi mnie na tył budynku, do altanki. Jest tu stolik, jakaś ławka i krzesła. Kładę buty na ziemi i siadam na ławce. Tuż obok przysiada Francuz.
- Wiesz, że cię lubię? - zagaja.
        Patrzę na niego z dziwną mieszanką uczuć. W końcu pochylam się i całuję go w usta...

_____________________________________________________________________________________
____________________________________________________________________
______________________________________

No, tak to wygląda. Wiem, Julka jest okropna! Źle zrobiła... Ale tak ma być i koniec!! :D
Następny rozdział będzie jeszcze dziwniejszy, o ile to możliwe. I dodam go prawie na sto procent w czwartek.
Uspokoję Was: jeżeli nie pomiesza mi się w ostatniej chwili w głowie, to jest szansa na powrót Zatii. :)
Poza tym... Co mam powiedzieć? Jesteście wspaniali :D Dziękuję i do następnego.

5 komentarzy - następny rozdział

4 komentarze:

My live:) pisze...

Tam, tam, tam... To Ty jesteś wspaniała :) Dzięki z rozdział, mogłabyś tak co tydzień dodawać :D
A co do moich wrażeń po przeczytaniu to jestem zszokowana. Jak ona mogła?! Rozumiem... Alkohol itp, ale to... To... Nie wierzę!
Hehhe... Moja bulwersacja :)
Już się nie doczekam następnego :)

Mrs. X pisze...

Oemdżi..<3
Nie wiem od czego zacząć.:D
to jest... wow. weź. zatkało mnie. no normalnie. Ale, że Julia? Nie wierzę... Przecież ona.. Nei ważne.xd
1. jesteś genialna, kocham cię.<3
2. rozdział fantastyczny, tak jak i poprzedni, ale nie miałam kiedy skomentować bo czytałam przez telefon i się nie chciał komentarz dodać...:/
3. czekam na następny.
4. wspaniały wygląd. xoxo

Ja Kotecek pisze...

Podoba mi się zarówno rozdział jak i wygląd ;) Co prawda wolałabym by Julka spędziła trochę czasu po za pracą ale to tylko moja wola. Pisz dalej, powodzenia ;3

Marciak pisze...

Może być. Wygląd tak samo:) Chociaż poprzedni bardziej mi się podobał. ;p Czekam nn ;*

Prześlij komentarz

Proszę, zostaw szczery komentarz. Ja wiem, doskonale, że to, co piszę, nie jest dopracowane i zbyt ciekawe, ale to opowiadanie traktuję tylko i wyłącznie jako ćwiczenie. Dlatego proszę o wyrozumiałość :)
Pozdrawiam,
Julia :)