niedziela, 31 marca 2013

Nominacje - Liebster Blog Award i The Versalite Blogger. I parę pytań

   Hej, dzisiaj nie ma rozdziału, niestety. A że jestem z rodziną u znajomych i mam dostęp do komputera, to w końcu, po miesiącu, kończę tę notkę. Bo odkąd zostałam po raz enty do Liebster Blog Award i po raz pierwszy do Versatile Blogger, zbierałam się, żeby zrobić notkę na ten temat.

Najpierw zacznę od Liebster Blog Award. Nie będę przedstawiać zasad, bo już to robiłam.
Zostałam nominowana przez my live :) oraz Mrs. X w obu wyróżnieniach ;)

Pytanie od my live :) :
1. Dużo znajomych wie, że piszesz bloga?

Tak, bo nie umiem tego utrzymać w ''sekrecie''. Czyli tak z pół klasy, sporo koleżanek spoza klasy, moja polonistka, nauczycielka muzyki i sporo innych...


A teraz czas na pytania od Mrs. X:

1. Ulubiona piosenka?


Hyhy... Musiałabym podać całą playlistę, bo nie mam tak naprawdę, naprawdę ulubionej xD A jeśli wierzyć statystyce mojego telefonu wg najczęściej odtwarzanych, to jest to "More than this" One Direction, cóż za zaskoczenie xD A tak poza tym, to są dwie: "Can you feel the love tonight" Eltona Johna oraz "Some nights" - Fun.

2. Co zainspirowało cię do założenia bloga?

Bazgroły, które tworzyłam w brudnopisie. W klasie od razu ktoś stwierdził, że jestem pisarką, choć miałam stworzony tylko jeden ''rozdział''. Stwierdziłam "Ciekawe, co inni o tym sądzą. Najwyżej będę pośmiewiskiem, ale spróbować można.". No i chyba pośmiewiska nie ma.

3. Kto jest twoim autorytetem?

Szczerze, to chyba takowego, który jest tym wzorem non stop, to nie mam. Ale takiego w chwili zwątpienia, smutku etc. to mam dwa "egzemplarze": osobę sławną oraz kogoś bliskiego. Są to Nick Vujicic i Katya, ta realna :)

4. Kim byś chciała zostać w przyszłości?

Odkąd pamiętam, to marzyło mi się aktorstwo. A teraz mam i kabaret. Dwa lata temu spodobało mi się projektowanie, a odkąd piszę to opowiadanie, to także pisarstwo... Więc szczerze to nie wiem. Pozostaje też kwestia z waltornią, ale o tym jeszcze nie myślę, bo dopiero zaczęłam granie, a na snucie takich planów jeszcze za wcześnie, bo może mi się odwidzieć.

5. Co uważasz za swoją największą zaletę?

Nie mam pojęcia... Że jestem takim kujonem? Że nieźle piszę? Że jestem człowiekiem ceniącym spokój? Nie wiem...

6. Co uważasz za swoją największą wadę?

Nie umiem się kłócić o swoje. No i nie umiem się przebić, wybić. Aaa... I strasznie wolno kojarzę fakty, taki przymuł ze mnie.

7. Ulubiona pora roku?

Każda po trochu.

8. Co uważasz za najważniejsze w swoim życiu?

Wszystko jest ważne, nie ma rzeczy nieważnych. Nie no dobra, biologia i fizyka są nieważne.

9. Kiedy został założony twój blog?

24. listopada 2012 r. Już jest tutaj ponad cztery miesiące, wow!

10. Kolor oczu?

Raz są zielone, raz szare, kiedy indziej szaro-zielone. A ostatnio wydawały mi się nawet niebieskie (WTF?!).


A teraz następne wyróżnienia, The Versatile Blogger.

 1. Powinnam pokazać nagrodę Versatile Blogger u siebie na blogu.
2. Powinnam podziękować osobie, która cię nominowała za nominowanie.
3. Powinnam ujawnić o sobie 7 faktów.
4. Powinnam nominować 10 osób (lub do 10 osób) i poinformować ich o tym wyróżnieniu.



Jako, że nie wiem, gdzie się dziękuje za nominację, to chciałabym podziękować tutaj, z tego miejsca, My live :) oraz Mrs. X za te nominacje :D Dziękuję bardzo, bardzo :)

No i jako, że byłam nominowana dwa razy, to spróbuję podać 14 faktów o mnie, ale nominuję góra 10 blogów...

1. Noszę okulary. Mam prawie identyczne oprawki jak Louis. Tylko trochę bardziej zaokrąglone. A gdy je wybierałam, nie byłam jeszcze Directioner. Zbieg okoliczności?? :D


2. Marzę o podróży do Finlandii, Francji, Wielkiej Brytanii i Nowego Jorku.
3. Kiedyś śniło mi się, że Louis robi na drutach ubranka dla marchewek xD
4. Kocham książki i muzykę.
5. Prawie nie rozstaję się z telefonem - taka moja wada, moje ''uzależnienie''.
6. Jestem fanatyczką jabłek, ale twardych.
7. Kiedy mi się przypomni, to noszę do szkoły marchewki i jem je na przerwach. I ewentualnie na wf-ie, jak nie ćwiczymy.
8. Będąc małym brzdącem byłam fanką Ich Troje.
9. W szkole mam szczęście do polonistek, zawsze mi się świetna nauczycielka trafi.
10. Miałam już sporo blogów, ale ten jest ''najpopularniejszy" czy też raczej najfajniejszy, tak wg mnie.
11. Gram na waltorni. 


Ta na zdjęciu to nie ja.
12. Dzięki temu, że piszę opowiadanie, poprawił się mój styl pisania (czy jak się to tam zwie), w każdym razie bardziej zwracam uwagę na budowę zdań, ich sformułowanie itd. I z tego powodu z 'głupiego' wypracowania na temat ''Balladyny'' dostałam 6, ponieważ moja ''praca wykracza poza umiejętności przeciętnego ucznia pierwszej gimnazjum'' - słowa mojej nauczycielki. 
13. Jestem tak zwanym ''mistrzem ortografii''. W szkole, gminie i powiecie ja i Katya rozwalamy system :)
14. Kojarzycie Lato z Radiem? No, więc na każdym koncercie, na którym jestem, a byłam już jakieś osiem-dziewięć razy, idę do plenerowego studia Lata z Radiem do Sławy Bieńczyckiej. Nagrywam się i gadam z nią, a potem mam ciekawą pamiątkę. Mój tata się śmieje, że szykuję sobie znajomości do pracy w radiu. Szczerze? To kto wie? A co jest w tym najlepsze? To, że w podsumowaniu wakacji LzR pani Sława o mnie wspomniała! Podczas któregoś z nagrań śmiała się, że ja i moja rodzinka będziemy rekordzistami czy coś xD Hmm... Byłoby fajnie. 

Takie pytanie: chcielibyście może jakiś filmik? I na jaki temat? Może kiedyś skombinuję takowy ;P
No i moje nominacje, do obu wyróżnień:

1. real-life-sophie.blogspot.com
2. the-story-about-one-direction.blogspot.com
3. karola-oliv.blogspot.com

No cóż, więcej tego nie ma, ale to dlatego, że te blogi, które chciałabym nominować, nominowały już mnie. A więcej jakoś tak nie czytam. 

No, to by było na tyle. jeszcze tylko kilka pytań do Was,na które prosiłabym o odpowiedź w komentarzach:
1. Chcecie jakiś filmik, np. jak powstaje taki rozdział? Nie wiem, nie znam się na filmikach i ich tematach, ale jeśli jakiś chcecie, to piszcie w komentarzach i pytania :) Kiedyś tam coś powstanie.
2. O czym chcecie czytać w drugiej części, nad którą aktualnie pracuję?
3. Co wam się najbardziej podobało w dotychczasowych rozdziałach?
4. Dlaczego czytacie tego bloga? Co sprawia, że tu zaglądacie?
5. Lubicie mnie choć trochę? ;P

Dobra, to tyle z mojej strony. Rozdział pojawi się najprawdopodobniej jutro (1.04.2013) po południu czy coś :)

piątek, 29 marca 2013

XXXVIII.

Hej! Taa, wiem, ogłaszałam niektórym, że rozdział wczoraj miałam dodać, ale pojawiły się pewne komplikacje. No cóż, w każdym razie jest! :D A że wstałam drugi dzień z rzędu zaraz po siódmej, co mi się prawie nie zdarza w dni wolne, to zasiadłam do komputera i skończyłam przepisywać :)
Dobra, już się przywitałam, to może powiem, co i jak.
Otóż wczoraj skończyłam pisać epilog pierwszej części. Tak, to smutne. No, ale są plany na drugą część!!! Tak! xD Jeszcze nie zaczęłam jej pisać, ale jeśli macie jakieś propozycje co do wydarzeń w niej zawartych, to piszcie na maila: something0more@gmail.com.
_____________________________________________________________________________________
_________________________________________________________________
_______________________________________

    Zdaję sobie sprawę z tego, co robię dopiero po dłuższej chwili.
- Przestań! - odpycham go i wstaję tak gwałtownie, że kręci mi się w głowie. Opieram się o stolik.
- Przecież sama zaczęłaś.
- Nigdy więcej alkoholu. - mruczę do siebie, po czym dodaję już głośniej - Ale to nie zmienia faktu, że odwzajemniłeś... Jezu, jak ja się pokażę Louisowi? - panikuję.
- Nic mu nie powiesz.
- Zamknij się! - warczę. Biorę buty i ruszam z powrotem do budynku.
- Julia, przecież do niczego nie doszło. - Alexandre dogania mnie parę za altanką. - To był zwykły pocałunek...
- Może dla ciebie! - wołam i idę dalej.
     Zatrzymuję się u stóp kamiennych schodów i zakładam buty. Czym prędzej wchodzę do góry, a potem do sali i wypatruję Michelle. W końcu widzę ją przy oknie, pogrążoną w rozmowie z Adrienem i dwójką nieznanych mi osób, dziewczyny i chłopaka. Podchodzę do nich, siląc się przy tym na opanowanie.
- Julia, gdzie ty się podziewałaś? - pyta Michelle.
- Byłam na zewnątrz.
- Mam nadzieję, że nie walnęłaś nic głupiego. - ni to kiwam, ni to kręcę głową. - Dobrze. Moi drodzy - zwraca się do towarzystwa - C'est Julie, moja przyjaciółka. Julia, poznaj Adeline, Jeana i Adriena. - wskazuje po kolei.
       Przyglądam im się bliżej. Adeline to drobna drobna brunetka o rozpuszczonych, kręconych włosach z rozjaśnianymi końcówkami. Ubrana jest w subtelną lnianą sukienkę w kolorze pudrowego różu. Jean jest wysoki, a na głowie ma burzę czekoladowych loków, prawie jak Harold. Ubrany jest w czarny garnitur i szarą koszulę.
- Bonsoir, mademoiselle. - wita się szatyn.
- Bonsoir. - odpowiadam i zwracam się do Michelle - Możemy pogadać?
- Przepraszamy na chwilę.
      Odchodzimy na bezpieczną odległość i opowiadam o zdarzeniu. Dziewczyna jest, delikatnie to ujmując, zszokowana.
- Co ja mam powiedzieć? Alexandre...
- On tak do każdej, co? - wcinam się jej w słowo.
- Nie wiem. - wzdycha. - A co do Louisa, to może nic mu nie mów, co?
- Coś wielu rzeczy mu nie mówię... - mruczę do siebie. Poprawiam sukienkę. - Dobrze, ja idę do pokoju. Nie mam siły i ochoty na nic. A zwłaszcza na jakieś bale.
- Ej, zaczekaj! - woła, gdy jestem już przy wyjściu do korytarza. - Nie jesteś na mnie zła? - kręcę głową. - Dobrze... A jak będziesz czegoś chciała do jedzenia i picia, to przy drzwiach jest taki czarny jakby telefon. Dodzwonisz się do dyżurki, tam zawsze ktoś siedzi.
- Okej. - posyłam jej wymuszony uśmiech i idę w stronę schodów.
      Zatrzaskuję drzwi do wielkiego pokoju i rzucam się na łóżko. Twarz chowam między poduszkami. Leżę tak przez nieokreśloną ilość minut rozmyślając nad tym, że to, co było, tego nie zmienię. Z tego transu wyrywa mnie pukanie do drzwi, połączone z okrzykiem: "Zamówienie!". Ruszam tyłek, zdejmuję wreszcie buty i podchodzę do drzwi. Uchylam je delikatnie i mówię:
- Przecież nic nie zamawiałam.
- Czyżby? - pyta Alexandre, próbując wejść.
- Owszem, a tobie nic do tego. Wynoś się, bo cię nie lubię. - przytrzaskuję mu rękę.
- Auu! Już idę, nie denerwuj się. - wzdycha i rusza z miejsca.
- Ty tak po prostu idziesz? - pytam, otwierając szeroko drzwi i opierając się o framugę. - Nie walczysz? Nie jesteś nachalny?
- Jak widać - nie. Jestem dżentelmenem. Chociaż nie przeczę, intrygujesz mnie. - uśmiecha się. - Mogę wejść?
- Nie jestem damą i przegonię cię. - wycofuję się i zamykam mu drzwi tuż przed nosem.
       Zbieram po drodze kosmetyki, luźne ciuchy i idę do łazienki. Odkręcam pozłacane kurki i patrzę, jak do podłużnej, delikatnej białej wanny na srebrnych nóżkach spływają z dwóch kranów cieknie strumienie ciepłej, lecz nie gorącej wody. Po chwili namysły i rozglądania się po przestronnej biało-czerwonej łazience podchodzę do półki przy wannie i przeglądam jej zawartość. Pudełeczko z płatkami róż, balsam do ciała, kokosowy olejek nawilżający, czekoladowy płyn do kąpieli, migdałowy szampon, truskawkowy żel pod prysznic, rumiankowa odżywka, jaśminowa maseczka do suchej cery i wiele innych. Sięgam po niepozorny różowy flakonik z etykietką oznajmiającą, iż jest to ''przeganiacz trosk''. I właśnie ten napis sprawia, że jednak się jakoś wyróżnia. Uśmiecham się do siebie i siadam na dywanie. Wyciągam korek i wlewam do wanny to, co nie okazuje się choćby mgiełką, a bladoróżowym pyłkiem, który po zetknięciu z wodą eksploduje mieszanką mocnych, egzotycznych zapachów. Każda drobinka błyszczy złoto-tęczowym blaskiem. Gdy na to patrzę, robi mi się ciepło koło serca. Wstaję i idę po telefon, magnetofon i stołek. Stawiam taboret przy wannie, kładę na nim komórkę i odbiornik, który włączam do gniazdka. Akurat leci "Zombie" The Cranberries. Wchodzę do wanny i zaczynam nucić słowa piosenki.
- And the violence caused such silence, who are we mistaken? Let he see, it's not me, it's not my family. In your head, in your head, they are fighting. With their tanks and their bombs, and their bombs and their guns. In your head, head there are crying... In your head, in your head zombie, zombie, hey, hey, hey. What's in your head, in your head? Zombie, zombie, zombie?
     Przestaję nucić, czy w moim przypadku: wyć. Obmywam moje ciało wodą. Do suchej ręki biorę telefon. Na tapecie mam zdjęcie moje i Lou z dnia wypadku. Zero esemesów, zero nieodebranych połączeń. Spokój, błogi spokój! Zanurzam się całkowicie w wannie, biorąc wcześniej głęboki oddech. Pod taflą przezroczystej cieczy wirują drobiny "przeganiacza" i jeszcze bardziej błyszczą. Mimo zatkanego nosa do moich nozdrzy wciąż wpływa zapach miodu, konwalii, pomarańczy i cynamonu. Spostrzegam, że się rozmnażają, wypełniają całą wannę. Zaczynają przylepiać się do mojego ciała na pełnej jego długości i szerokości, czuję to poprzez mrowienie. Próbuję skupić swoje myśli na czymkolwiek, ale jest to zbyt trudne. Drobinki jakby mi w tym przeszkadzają, jak gdyby wysysały ze mnie troski i to, co negatywne. Pośrednie uczucie.
     Gdy czuję, że jestem czysta w głębi siebie, wynurzam się z wody. Krople kapią mi z włosów na ramiona. Wyciągam rękę po szampon i stwierdzam, że żadnego nie szykowałam. Na szczęście muszę tylko mocniej się wychylić, by dosięgnąć do półki. Biorę grejpfrutowy szampon i wmasowuję we włosy. Po chwili spłukuję.

- Cześć, tu Louis. Nie mogę teraz rozmawiać, najpewniej mam jakiś występ. Jeśli mam zapisany twój numer, na pewno później oddzwonię. A teraz... Harry, idź stąd!... A teraz zostaw wiadomość po sygnale. pii!
- Louis, zgaduję, że teraz macie koncert. Ja jestem we Francji i... Kocham cię, cokolwiek stanęłoby nam na przeszkodzie. Nie chcę cię zranić, bo jesteś dla mnie bardzo ważny, ale... Powiem, gdy się spotkamy, nie jestem aż takim tchórzem, żeby... Chyba... - nie wytrzymuję napięcia, puszczają mi nerwy i zaczynam chlipać. - Boję się, a jednocześnie... Przepraszam, że w ogóle dzwonię... Cześć, Louis, tu Julka... - rozłączam się, wyłączam telefon i opadam na łóżko.
     Zaczynam nucić piosenkę, którą lubiłam śpiewać kiedyś w zaciszu - "I can" zespołu Blue.
- It's like rain falling down, drops of pain hit the ground, I can't speak, there's no sound when you're gone. I can, I will, I know. I can untile these hands. Get back up again. Get back again... - poprzez moje łkanie nie przechodzi żadna czysta nuta. Tylko złość na samą siebie. I strach.
- Znowu śpiewasz. - odzywa się starsza kobieta. - I znów coś się stało.
     Spoglądam na nią ze zdziwieniem. Dziś ma na sobie błękitną bluzkę na krótki rękaw i czarną spódnicę. Siedzi w fotelu i bawi się sznurkiem perełek.
- Dobry wieczór... - szepczę cicho, ocierając pospiesznie twarz szorstkim rękawem szlafroka.
- Nie ukrywaj łez. Płacz to okazanie swoich trosk i smutku, ale też pokazanie komuś, że ma się serce i uczucia. Tylko ludzie zimni, źli i podstępni nie płaczą.
- Wiesz, co głupiego, babciu, zrobiłam?
- Wiem, Julia, wiem. Nie cofniesz czasu, by się temu przeciwstawić.
- Ale co z Louisem? Może to był tylko pocałunek, ale mimo wszystko... - siadam na rogu łóżka.
- Będzie co ma być. Nic niczego nie zmieni. Tylko szczera rozmowa.
- A czy to, co mu powiem, nie zagrozi naszej przyszłości?
- Jeśli dobrze to rozegrasz i zrozumiesz jego uczucia, to owszem. Nie odwróćcie się teraz od siebie. - wstaje. - Do zobaczenia. - uśmiecha się, obraca w miejscu i znika. Na fotelu zostaje sznur pereł.
     Opadam wyczerpana na łóżko. "Zrozumiesz jego uczucia"... O co w tym wszystkim chodzi? Co takiego czuje Louis? Co właściwie czuję ja? Masa pytań wciąż leży bez odpowiedzi, a pośrodku tego - ja. Bezkresne oceany, a ja - mała wysepka.
     Patrzę w stronę okna balkonowego. Przez niebo przemyka spadająca gwiazda. Ech, Lou...

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________
_____________________________________

Dobrnęliście do końca? Super! :) Nie wiem, jak to oceniacie, ale... No cóż, według mnie jest okej. Jak oceniacie ''nawrócenie'' Julii? :P Za późno, co? Pocieszę jednak tych, którzy są oburzeni Julią, że Louis też będzie miał ''przygodę''. Co jeszcze mogę zdradzić? Że za dwa rozdziały coś zmieni się w życiu takiej dwójki. :P Ale o tym za dwa rozdziały. Hmm... Nie wiem, kiedy wrzucę następny rozdział, a to zależy od was, więc... Życzę Wam udanych i wesołych Świąt Wielkanocnych. :)
Co jeszcze mogę powiedzieć? Na 10.000 wyświetleń miałam marzenie zrobić filmik z podziękowaniami, ale od pół roku nie działa mi aparat, a moim telefonicznym ziemniakiem 2 MP nie będę robić pośmiewiska. Chociaż... Może kiedyś coś takiego zrobię, kto wie? :) 

W następnym odcinku: Z punktu widzenia Louisa. Kłótnia Nialla z Harry'm. Rozmowy. Mecz.


Następny rozdział - 5 komentarzy.

Do zobaczenia, napisania itd. :)

sobota, 23 marca 2013

XXVII.

Hehehe... Hej! xD Było pięć komentarzy? Było! Więc teraz jest kolejny rozdział :) Tak, wiem, nie musicie mi dziękować xD... Coś mi odbija. No, w każdym razie zapraszam do nowego rozdziału. Będzie... Dość... Dziwny. Inaczej nie umiem się wysłowić.

Hmm... Pewnie zauważyliście nowy wygląd bloga. Cóż, nie gwarantuję, że jeszcze nie zmienię, ale najpierw muszę znaleźć coś odpowiedniego.
No, a na koniec dołączam mały słowniczek francusko-polski, bo się przyda:
Salut, mademoiselles - cześć/witam, panienki
Bonsoir - dobry wieczór
Comment ça va? - jak się masz? 
Magnifique - wspaniale
Merci - dziękuję
C'est - to jest...

A teraz zapraszam do czytania :)
_____________________________________________________________________________________
___________________________________________________________
__________________________________

- I jak? - Michelle obraca się dookoła.
       Jej czarna spódnica wiruje wesoło. Kremowa góra ślicznie kontrastuje z brzoskwiniową karnacją dziewczyny. Na stopach ma czarne szpilki na mega obcasie, wysadzane kryształkami.
- Ładnie, ale czegoś mi tu brakuje. Jakiejś bransoletki, błyszczącej. Do tego naszyjnik lub kolczyki.
- Dzięki. - uśmiecha się i odwraca w stronę toaletki w poszukiwaniu biżuterii. Włosy nawinięte na wałki latają luźno. - A ty mi pokaż no zaraz swoją kieckę! Bo cię nie wypuszczę z pokoju.
       Rozglądam się dookoła. Dostałyśmy wielki pokój ze ścianami w kolorze beżowym. Wyposażenie sypialni utrzymane jest w tej tonacji z połączeniem bieli, czerni i ecru. Olbrzymie okna wychodzą na ogród i przy okazji prowadzą na balkon. W ocienionym rogu pokoju stoi wielkie łoże z baldachimem - mam je dzielić dziś z Michelle. Jakby nie patrzeć, to wszystko jest tu wielkie.
- No, pokazuj! Albo zapomnij o balu. - grozi wesoło.
       Wzdycham i podnoszę wieko pudełka. Dziewczyna podchodzi zaciekawiona. Na wierzchu leżą szare buty. Odkładam je na dywan i delikatnie unoszę bibułę. Biorę w ręce gorset i wyciągam suknię.
- Aa... Przymierzaj, już! - ponagla i wskazuje parawan, za którym przebierała się i ona.
        Parę długich minut później kończę zapinać guziczki i zakładam buty. Zbieram fałdy materiału w garść, żeby nie przeszkadzały przy chodzeniu i wychylam się z ukrycia.
- Mała, wyglądasz ślicznie! - woła z zachwytem w głosie i oczach. - Do tego zrób sobie tamtego warkocza, no, wiesz... I załóż jakiś duży naszyjnik. - jest w swoim żywiole.
- Nie mam takiej ozdoby. - mruczę do siebie.
- Ale ja mam. - odpowiada Michelle z uśmiechem i grzebie w kuferku.
       W końcu znajduje to czego szukała - granatowe pudełko, a w nim błyszczący naszyjnik z dużymi kamieniami. Już od samego patrzenia boli mnie szyja i klatka piersiowa; wydaje się okropnie ciężki. I taki jest, gdy dziewczyna zapina sprzączkę na moim karku.

- A co, jeśli palnę jakieś głupstwo? - pytam szeptem, gdy schodzimy do sali, w której ma się dobyć przyjęcie, czy jak to tam zwą.
- Nie palniesz. Poza tym wyglądasz jak arystokratka z krwi i kości. A z taką urodą darują ci wszystko.
- Zamknij się! Nie jestem ładna. - zaprzeczam, na co Michelle tylko się uśmiecha.
- Dobry wieczór, panie Russel. - zwraca się do jakiegoś sędziwego jegomościa zajętego paleniem fajki. - Zobacz, kto do nas idzie. - piszczy uradowana do mojego ucha. Patrzę na nią jak na wariatkę. Skąd niby mam wiedzieć, o kogo jej w tym tłumie chodzi?
- Michelle! - woła stojący przy drzwiach do sali wysoki szatyn z wymodelowanymi falującymi włosami.
       Ubrany w dobrze skrojoną granatową kamizelkę, popielatą koszulę rozpiętą pod szyją i czarne spodnie wygląda jak jakiś model. Gdy podchodzi bliżej przyglądam się jego twarzy. Wystające lekko kości policzkowe, dołeczki, gdy się uśmiecha i zielone oczy okolone peleryną długich, gęstych i ciemnych rzęs sprawiają, że pewnie niejedna o nim marzy.
- Salut, mademoiselles. - uśmiecha się szeroko i całuje nas w dłonie.
- Bonsoir, Alexandre. - wita się z nim zadowolona Michelle. - Comment ça va?
- Magnifique, merci. - szczerzy się Alexandre. - Nie przedstawisz mi swojej towarzyszki? - patrzy na mnie z zainteresowaniem.
- Oczywiście. - przytakuje. - Julio, poznaj mojego kuzyna i brata Charlotte, Alexandra. Alexandre, c'est Julia, moja przyjaciółka.
- Miło mi cię poznać, Julio.
- Nawzajem, Alex...
- Mów mi Alek. - przerywa wesoło.
- Ej, ej, ej, Alexandre, zachowuj się! - upomina go Michelle. - Ona ma chłopaka... Ekhem, narzeczonego.
- Narzeczony? - jest zaskoczony. - To ile ci wiosenek stuknęło?
- Osiemnaście.
- O matko, dziewczyno! Jeszcze mi powiesz, że latem wesele, a na święta dziecko. Nie za szybko?
- Emm... Jak na razie w planach mam tylko kilkuletnie narzeczeństwo.
- Uff, całe szczęście. - wzdycha z teatralną przesadą. - Dobra, my tu sobie plotkujemy, a trzeba przecież iść. - staje między nami i wyciąga ręce. Chwytamy go za przedramiona; ja z prawej, a Michelle z lewej strony. - Panienki, ruszamy na podbój!
       Wchodzimy do jasno oświetlonej sali balowej. Gdziekolwiek spojrzę, widzę grupki pogrążone w rozmowie, pijące szampana lub przemieszczające się z miejsca na miejsce. W oczy rzuca się bogactwo kreacji. Nikt nie zwraca uwagi na nasze wejście, poza naprawdę wysokim szczupłym blondynem z opaloną twarzą. Ubrany jest całkiem na luzie, w czarną koszulę i brązowe spodnie rurki.
- Michelle, w końcu się zjawiłaś. - uśmiecha się ciepło. - I jak zwykle ślicznie wyglądasz. - patrzy na mnie i Alexandra. - Salut, mademoiselle. Alexandre. - kiwa nam głową. - Porwę waszą towarzyszkę, dobrze?
       Nie czekając na naszą odpowiedź idzie z dziewczyną na środek sali, po drodze coś jej żywo opowiadając.
- Kto to jest? - pytam.
- On? To Adrien, syn francuskiego gościa z Loży Lordów w Wielkiej Brytanii. Można by rzec, że są parą, ale jeszcze nie wiedzą, co wobec siebie czują.
- Ile ma lat?
- W tym roku kończy dwadzieścia jeden.
- A ty?
- Droga Julio, ja natomiast mam dwadzieścia lat. W porównaniu z tobą, to jestem starym dziadem.
- Nieprawda. - zaprzeczam.
- To w takim razie ile lat ma twój wybranek?
- W święta skończy dwadzieścia dwa.
- Oo, to faktycznie... A znam go może?
- Jeśli jesteś na bieżąco ze światem muzyki, to owszem.
- W takim razie zgaduję, że jest on z Wielkiej Brytanii, prawda? - przytakuję. - Hmm... Chyba jest bardzo popularny. - znowu kiwam głową. - I gra w zespole?
- Tak. - uśmiecham się.
- No to The Wanted albo One Direction. Ale jeśli patrzeć według popularności, urody, liczby fajnych piosenek, to wygrywa One Direction. A tam, jak wiadomo, najstarszy jest Louis Tomlinson. Słynie on z miłości do pasków, marchewek, gołębia Kevina i pewnej dziewczyny. "Przypadkiem" ma dziewczynę o imieniu właśnie Julia. Tak więc chodzi o niego?
- Dokładnie.
- W takim razie zazdroszczę szczęściarzowi. - kręci głową. - Dobra, bierzemy szampana i na dwór, co?
- Może być.
      Bierzemy po kieliszku musującego napoju ze znikomą liczbą procentów z tacy przechodzącego obok kelnera i kierujemy się na świeże powietrze, Po chwili znajdujemy się już na zewnątrz, z dala od gwaru i tłumów. Siedzi tu tylko malutka garstka ludzi. Prawie nie ma światła, jedynym jego źródłem jest lampa nad drzwiami balkonowymi. Taras ogrodzony jest starymi kamiennymi barierkami. Z boku, po prawo od wejścia, są szerokie schody prowadzące do ogrodu.
- Usiądziemy? - wskazuje na kamienną ławkę przy schodach.
       Przytakuję i siadamy. Kieliszki trzymamy w dłoniach.
- Opowiedz coś o sobie. - proszę go.
- A co by ci opowiadać? Urodziłem się jako trzeci z siódemki dzieci moich rodziców. Najstarsza Charlotte ma dwadzieścia trzy lata, najmłodszy Nicholas ma dwanaście. Moją słabością są szybkie sportowe auta i słodycze. A ty?
- Ja? Jestem najstarsza spośród mojego rodzeństwa. Mam słabość do muzyki, książek i gry na waltorni. Uwielbiam projektować, a ta sukienka jest tego zajęcia efektem.
- Serio? - przygląda się mojej kreacji. - Nie znam się, ale chyba jest niezła.
        Posyłam mu uśmiech i patrzę na niebo, gwieździste tej nocy. Wypatruję konstelacji, jak kiedyś z koleżanką. Siedziałyśmy w jej ogrodzie na dużej huśtawce, grubo po północy w jedną z październikowych nocy. I rozmawiałyśmy. O naszych marzeniach, muzyce, chłopakach. O planach na przyszłość. To było w szóstej klasie. Do tej pory pamiętam, że wróciłyśmy przemarznięte, bo miałyśmy na sobie tylko cienkie bluzki z długim rękawem.
- Nie jest ci zimno? - pyta chłopak.
       Kręcę głową.
- Toaścik? - wskazuje na kieliszki szampana.
       Stukamy symbolicznie szkłem i pijemy. Już po chwili szumi mi w głowie. Cóż, nie mam mocnej głowy, o czy informuję chłopaka.
- Przejdziemy się, to dobrze ci zrobi, co?
        Nie musi mnie dłużej namawiać. Energicznie, za energicznie, wstaję i łapię go za rękę. Powoli schodzimy schodami i ruszamy wąską alejką wysypaną drobnym żwirem. W szpilkach nie da się tak iść, więc prędko je zdejmuję i przechodzę na trawnik. Buty biorę w jedną rękę, w drugiej ściskam dłoń Alexandre. Prowadzi mnie na tył budynku, do altanki. Jest tu stolik, jakaś ławka i krzesła. Kładę buty na ziemi i siadam na ławce. Tuż obok przysiada Francuz.
- Wiesz, że cię lubię? - zagaja.
        Patrzę na niego z dziwną mieszanką uczuć. W końcu pochylam się i całuję go w usta...

_____________________________________________________________________________________
____________________________________________________________________
______________________________________

No, tak to wygląda. Wiem, Julka jest okropna! Źle zrobiła... Ale tak ma być i koniec!! :D
Następny rozdział będzie jeszcze dziwniejszy, o ile to możliwe. I dodam go prawie na sto procent w czwartek.
Uspokoję Was: jeżeli nie pomiesza mi się w ostatniej chwili w głowie, to jest szansa na powrót Zatii. :)
Poza tym... Co mam powiedzieć? Jesteście wspaniali :D Dziękuję i do następnego.

5 komentarzy - następny rozdział

piątek, 22 marca 2013

XXXVI.

Hej! Dzisiaj krótszy rozdział, ale możliwe, że dodam w ten weekend następny, dłuższy. Ale to wtedy, jeśli będziecie ładnie i licznie komentować :)


Mam dla Was parę newsów:
- po pierwsze, to tym rozdziałem kończy się zeszyt numer dwa
- po drugie: jestem w trakcie pisania ostatniego rozdziału tej części. Pozostanie jeszcze epilog
- po trzecie: ten tydzień w szkole (krótki, bo dwudniowy, ale: REKOLEKCJE) przyniósł mi naprawdę sporo... Radości? Szczęścia? Nie wiem. W każdym razie w czwartek na polskim mówiliśmy "Pieśń o żołnierzach z Westerplatte", na ocenę. Dostałam... Sześć! Tak! :D I jeszcze dziś. Dokładnie tydzień temu w mojej szkole odbył się szkolno-gminny etap konkursu ortograficznego. I dziś były wyniki. Drugie miejsce zajęła ta nasza prawdziwa Katya. Chciałabym jej tutaj oficjalnie pogratulować, choć odbyło się to już prywatnie. No... W każdym razie Trzecie miejsce zajęłam ja! Yeah! A teraz ruszamy na podbój powiatu! xD

Dobra, czytajcie i komentujcie :D
_____________________________________________________________________________________
__________________________________________________________________
__________________________________________

- Cześć, Mała. - mówi Louis, gdy widzi moją twarz przez Skype'a.
- Cześć, marchewkożerco. - uśmiecham się. - Co u was?
- Właśnie jedziemy. U nas jest... Wesoło. Wczoraj i dziś graliśmy... - urywa i odwraca się do Harry'ego i Nialla skaczących za Louisem, śpiewających "Louis chce do Julii! Romeo chce do Julii!" i wcinających marchewki. - Zamknąć jadaczki! Ja tu rozmawiam! I oddawać mi moje beta karoteny!
     Wstaje i tłucze ich tym, co ma pod ręką, czyli lusterkiem Zayna. Zabiera marchewki i wraca na miejsce, chrupiąc jedną z nich.
- To gdzie teraz jedziecie? - pytam.
- Do Dublina. Wiesz co? Za niecały miesiąc będziemy grać w Londynie. Powiem Paulowi, to skombinuje ci wejściówkę, co ty na to?
- Niezły pomysł.
- A co u ciebie? Bo u nas Niall przytył...
- Nieprawda! - woła Horan.
- ... Zayn się wścieka, że nie gramy w Rosji...
- Niestety!
- ... Hazzie znowu wyprostowaliśmy kłaczki...
- No i oberwiecie!
- ... A Liam używał ostatnio łyżki!
- No bo mnie zmusili! A Louis gada przez sen!
- Co niby?!
- Różne rzeczy. Najwięcej to o Julce.
- Dobra, już... - Louis czerwienieje. - Wynocha, panowie! - woła do reszty. - No, nareszcie spokój. - wzdycha.
- Smutno trochę, gdy cię nie ma. - wyznaję.
- A myślisz, że ja to co mam?
- Masz przy sobie tych debili.
- Tylko nie debili! Tylko nie debili! - krzyczy Liam, pokazując się do góry nogami w kamerce.
- Poczekaj chwilę. - nakazuje mi Louis. Odgania Liasia, wyciąga i podpina słuchawki.
- Do czego to doszło, że nasz Louisek nam nie ufa... - słyszę jeszcze Zayna.
- Dobra, teraz jest w miarę. Opowiadaj, co tam u ciebie?
- Smutno, spokojnie, zimno, samotnie... Mam dla ciebie niespodziankę, ale to dopiero w lipcu.
- Jesteś w ciąży?! - woła... Czy ja wiem, czy przerażony? Raczej zaskoczony, wystraszony i szczęśliwy jednocześnie.
- Że co?! - przy Louisie natychmiast zjawia się reszta.
- Ciąża? Dziecko? - pyta Harry. - A mogę być chrzestnym?
- Nie, Harry. - zaprzeczam.
- Ej, no... - obraża się. - Taa, pewnie weźmiecie Liama albo Zayna.
- Zadbaj o Lux to pogadamy. Nie będziesz ojcem chrzestnym, przynajmniej na razie. Nie jestem w ciąży.
- A ja myślałem... - wzdycha jednocześnie pięciu wspaniałych.
- Źle myśleliście.
- To co to za niespodzianka? - pyta Lou.
- Jak powiem, to nie będzie niespodzianki. I nie ma to nic wspólnego z dziećmi. Powiem tylko tyle, że w trakcie waszej przerwy porwę was na to ''coś'' i imprezę.
- A nie w odwrotnej kolejności? - wtrąca się Niall, cały czas podsłuchując.
- Nie, dokładnie tak, jak powiedziałam. A teraz poszli mi stąd! Tu się rozmawia.

- Katya, kiedy się spotkamy? - jęknęłam do kamerki.
- Nie wiem. Może wtedy, gdy zechcesz odwiedzić Rosję.
- Nie mam wizy, nie będą mnie tam chcieli, nie chcę oberwać parasolką... A co u ciebie? Gdzie teraz jesteś?
- W Riazaniu. Nudzę się, ale zdania nie zmienię i nie wrócę. A ty? Jak żyjesz?
- Pomalutku, powolutku... Obiecaj mi, że przyjedziesz do mnie w lipcu, dobrze? Mam dla wszystkich niespodziankę. A ty musisz być. - akcentuję przedostatnie słowo.
- Po co? To tylko strata kasy.
- Jak się uda i jak przyjedziesz, to będę ci fundować loty. - uśmiecham się.
- Co ty kombinujesz, Miśka? - pokazuję jej język.
- Jaa? Nic. Chociaż wiesz, Lou snuł wspaniałe, jak dla siebie, domysły.
- Co niby? - uśmiecha się i sięga po szklankę z colą. Upija łyk.
- Że jestem w ciąży. - Katya opluwa napojem laptopa i wszystko dookoła.
- A... a jesteś? - pyta zszokowana.
- Gdzie tam! Nie ma o tym jak na razie mowy.
- Okej, rozumiem. - przytakuje, ścierając papierowym ręcznikiem resztki coli.
- Jak tam Valentin? - pytam o jej prawie chłopaka.
- Krowy doi i śpiewa. - śmieje się. - Lolita znów musiała lać go legendarną parasolką z frędzlami, żeby się zamknął. A wcześniej oberwał, bo nie chciał ruszyć siedzenia sprzed swojego laptopa, żeby iść do krówek.
- To skąd wiesz, że parasolka poszła w obroty? Lolita? - kiwa głową, a ja parskam śmiechem. - Nie no, kocham twoich Rosjan!
- Prawda?
- Prawda. - przytakuję.
- Czekaj. - klika i przybliża twarz do ekranu. - Kurr..! Kończę, bo mam syf, chlew i ogółem bałagan! A Lolita i Valentin przybywają do Riazania... Pogadamy kiedy indziej, co?
- Jasne. Leć, w końcu ''zayka'' nie będzie czekać. - uśmiecham się.
- Pa, Miśka. - machamy do siebie i rozłączamy się.
        Idę do kuchni. Sięgam z lodówki butelkę soku pomarańczowego i piję prosto z gwinta. Jest dziesiąta rano - dzień wolny, jako że dziś pierwszy maja.
        Odstawiam butelkę na blat i zerkam na telefon. Jeszcze z godzinę i zacznę się szykować. Michelle zaprosiła czy też raczej bierze mnie jako osobę towarzyszącą na balu u jej kuzynki z Francji.
         Michelle pochodzi ze Szwajcarii. Mama jest Francuzką, a tata - Szwajcarem. Oboje pochodzą z arystokratycznych rodzin. Oboje mają krewnych rozrzuconych po całym świecie.
         Mieszkają w ślicznym dworku na obrzeżach miasta. Dziewczyna ma tam gigantyczną sypialnię z balkonem z widokiem na podjazd. Na co dzień raczej mieszka w internacie.
         Sama nie wiem, czemu wybrała mnie na towarzyszkę na dzisiejszy wieczór. Może dlatego, że przyjaźnimy się jak nigdy wcześniej? Może chce mi wynagrodzić swoje docinki z zeszłego roku? Nie wiem. Ale to nie zmienia faktu, że mam być porządnie (czytaj: bogato i z luksusem) ubrana. Coś okropnie drogiego, od znanego projektanta i bardzo ładnego. Cóż, chyba zaryzykuję.
          Idę do pokoju, który przejściowo służy mi za pracownię. Podchodzę do manekina, na który założyłam najnowszą kreację. Jest nią suknia do ziemi. Góra to gorset w jaśniutko błękitnym kolorze z jednym szerokim ramiączkiem i z bufką. Od łączenia dekoltu do wewnętrznego boku rękawka biegnie pudrowe pasmo wysadzane różowym złotem. Na gorsecie w kilku miejscach są przyszyte drobiny białego złota. Dół to rozkloszowana tiulowa spódnica w kolorze białym. Pod spodem jest całe mnóstwo szeleszczących halek nadających objętości. Spódnica ozdobiona jest zielonymi kropkami, esami i floresami.
          Biorę kąpiel. Długą, gorącą, relaksującą kąpiel. Gdy wychodzę dochodzi południe. W szlafroku idę do kuchni coś przegryźć. Wybór pada na płatki czekoladowe z mlekiem.
          Pół godziny później zaczynam się szykować. Na usta nakładam malinowy błyszczyk. Włosy zaplatam w luźnego warkocza. Są rude już tylko na końcówkach. Farba jest albo nietrwała, albo nie wiem.
          Suknię chowam pudełka specjalnie do tego przygotowanego, wyściełanego bibułą. Na wierzchu kładę szpilki w odcieniu stali. Kosmetyki, biżuterię i ozdoby do włosów pakuję do kuferka. Zakładam białą sukienkę przed kolano, czarne baleriny i czarny sweterek. Przychodzi esemes: "Za półtora godziny samolot. Jedziemy po ciebie. M. xx".

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________
______________________________

Hah, dobrnęliście? Fajnie :D Mam dla Was cytat, jaki zapisałam, przypadkowo, na okładce zeszytu numer dwa. "Bądź wierny sobie i nie poświęcaj się temu, dla kogo jesteś nikim." ~ Zayn.
I jeszcze chciałam się podzielić z Wami takim tam moim głupim snem z zeszłego tygodnia, o którym zapomniałam wspomnieć pod ostatnim rozdziałem. No, więc... Śniło mi się, że przeprowadzam się do Mullingar. Nie chciałam, sprzeciwiałam się, ale zmieniłam zdanie, gdy dowiedziałam się, że moim sąsiadem będzie Louis... Głupie, co? xD
Dobra, to chyba tyle... Emm... Wiecie, że ja Was lubię? :) Jestem tu już z Wami cztery miesiące bez dwóch dni? To wszystko dzięki Wam!

5 komentarzy - następny rozdział

Hej, do następnego!

niedziela, 17 marca 2013

XXXV.

No więc: cześć! Hmm... Długo czekaliście na rozdział, ale miałam lenia i problemy przy przepisywaniu. Nie chce mi się nic... A jutro i w ogóle do środy mam rekolekcje, więc może do środy coś jeszcze dodam...
W komentarzach do poprzedniego rozdziału wyrażałyście (dziewczyny) swoje obawy, czy chłopcy nie zdemolują mieszkania Julii. No cóż... Nie zdemolowali, ale nic o tym nie ma wzmianki, bo... Przenosimy się któryś tydzień do przodu.
Czytajcie! Komentujcie! Głosujcie w ankiecie! :)
_____________________________________________________________________________________
________________________________________________________________________
______________________________________________

      Pokonuję ostatnie stopnie z białego marmuru, wyścielone czerwonym pluszowym dywanem, staję na wprost olbrzymich dwuskrzydłowych drzwi z matowego szkła, wprawionych w pozłacane ramy. Dokładnie na środku górnej połowy prawego skrzydła przymocowano pozłacaną tabliczkę, na której wygrawerowano ozdobnymi zawijasami: Allyson Clark. Pod tym, już normalną czcionką widnieje: naczelny doradca i konsultant ds. mody w Wlk. Brytanii. Cóż, nie wiedziałam, że istnieje takie stanowisko. Ale, jak widać, jest.
      Rozglądam się w obie strony korytarza. Po prawo dostrzegam rząd, już nie tak okazałych i bogato zdobionych drzwi. Pod ścianą ustawione, zapewne niewygodne, czarne krzesła. Po lewo praktycznie to samo, z tą jednak różnicą, że prawą część wieńczy duże okno z czerwoną roletą i kwiatem w doniczce na parapecie, natomiast ta odnoga ma swój ciąg dalszy w postaci schodów prowadzących gdzieś na górę. Ściany są pomalowane - a jakże! - na biało. Dla odmiany podłogę wyścieła bordowa, miękka wykładzina.
      Biorę głęboki oddech, podchodzę do szklanego przejścia, unoszę dłoń zaciśniętą w pięść i pukam do drzwi. Odpowiada mi ciche "Proszę!", więc naciskam klamkę i wchodzę. Od progu uderza mnie oślepiający blask z okien za biurkiem sekretarki. Ściskam mocniej wyślizgującą się ze spoconych z nerwów dłoni grubą teczkę w śliwki.
- Taak? - pyta znudzonym tonem Azjatka o długich czarnych włosach w czerwonym żakiecie i białej koszuli.
      Robi mi się odrobinę dziwnie. Ona ubrana w miarę elegancko, a ja? Założyłam czerwone rurki, białą bluzkę w granatowe paski na rękawach i od biustu w dół. Do tego czarne szelki Louisa, których nie wziął w trasę, czarne szpilki i brązowa torba z pchlego targu. Oczywiście, bluzka i spodnie made in me.
- Ja byłam umówiona z panią Clark. - przełykam ślinę.
- Nazwisko?
- Avis... - ... nawet jeśli to nie nazwisko, kończę w myślach.
- Chwilkę! - zmienia ton głosu na przyjemniejszy. Wciska biały guzik w czerwonym urządzeniu. - Proszę pani, przyszła panna Avis.
- Wpuść ją.
- Proszę, przez tamte drzwi. - Azjatka wskazuje mi drzwi po lewo. Są jeszcze większe niż te, którymi przed chwilą się tu dostałam.
      Pod czujnym okiem sekretarki przechodzę przez te "wrota", bo inaczej nie da się ich nazwać. Zamykam za sobą skrzydło i widzę pomalowane na pomarańczowo ściany. W rogu po prawo, przy oknie, stoją kanapa w kolorze czekolady i mahoniowy stolik z witrażem jako blatem, na którym ktoś postawił tacę z filiżankami, dzbankiem, cukiernicą i talerzykiem ciastek. Po lewo, przy jeszcze większym oknie, bo balkonowym, ustawiono dębowe biurko, przy którym zastaję panią Clark.
- Dzień dobry, Julio. - uśmiecha się znad ekranu laptopa.
- Dzień dobry. - odpowiadam.
- Przyniosłaś rysunki? - pyta, a ja podnoszę teczkę. - Musimy się nimi zająć. Myślę, że pokaz zrobimy po połowie lipca. Jaka tematyka?
- Eee... Różnorodna?
- Aha... A kolorystyka?
- To samo.
- Dobrze. Masz modelki?
- Nie. I nie chcę tych z agencji. Chciałabym, żeby to były i chudsze i grubsze kobiety i dziewczyny. Więc chciałabym zorganizować casting.
- Rozumiem. - uśmiecha się, przestając stukać w klawiaturę. - To pokaż, co tam masz.
      Otwieram teczkę i wyciągam kartki.
      Pierwsza jest sukienka z czarną górą i granatową spódnicą przed kolano. Wykończenia rękawków i spódnicy są białe, zaokrąglony kołnierz też, dodatkowo jest wysadzany jasnoniebieskimi kryształkami. W pasie za łączenie robi biała szarfa wiązana z tyłu w małą kokardę. Pod spódnicą gruba warstwa halek nadających objętości.
      Następna kreacja to sukienka a'la lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku. Czerwona góra z wiązaniem na szyi i odkrytymi plecami. Dół, oddzielony wstawką z czarnego materiału, ma print brązowej panterki oraz pasma czarnego i złotawego materiału.
     Trzeci projekt to propozycja trochę buntownicza. Czarny elastyczny gorset, związany czerwoną wstążką, wspiera się na pojedynczym szerokim ramiączku w kolorze bordo. Spódnica jest rozkloszowana, warstwowa z postrzępionych tęczowych materiałów. Wizerunku barwnej buntowniczki dopełniają kolorowe podziurawione rajstopy w paski i założona na jedną nogę fioletowa zakolanówka z bimbołkami. Do tego, oczywiście, glany z czerwonymi sznurówkami.
- Dobrze, na razie starczy. Nie będziemy się z tym zbytnio spieszyć. Poza tym za jednym razem damy maksymalnie dwadzieścia kreacji. Więc następna trójka później.
- Przepraszam, ale ta czarno-granatowa jest już uszyta. - wtrącam.
- No, to dobrze. Ale... W sumie to niewiele zrobimy, póki nie będziemy miały modelek i ich wymiarów.
- To kiedy byłby casting?
- W przyszłym tygodniu? W sumie... - obraca laptopa w moją stronę. - Ogłoszenie już prawie zrobiłam.
      Spogląda na mnie twarz dziewczyny, obok niej wielkimi białymi literami na granatowym tle opisane wydarzenie, wymagania (minimum siedemnaście lat, dowód lub legitymacja, przygotowanie krótkiej prezentacji o sobie), podany adres, termin i inne bajery. Całokształt prezentuje się nieźle.
- Wow! - mamroczę.
- Dokładnie. A co powiesz na pokaz w La Gala London? To świetne miejsce, eleganckie. - klika w jakąś ikonkę i wyświetlają się zdjęcia.
      Muszę przyznać, że miejsce ma swój urok. To stara sala balowa ze starym błyszczącym czarno parkietem. Ściany są pokryte drewnianą boazerią w kolorze płynnego miodu. Z białego sufitu zwieszają się ciężkie pozłacane żyrandole na łańcuchach. Na obu krótszych ścianach są kominki. Do sali pięcioro drzwi, w tym jedne gigantyczne, dębowe. Uroku dodają wielgachne witrażowe okna z różowymi, zielonymi i błękitnymi szybkami
- Ale to nie będzie zbyt duży wydatek? - wyrażam swoje obawy.
- Spokojnie! - macha na to ręką. Nie żebym coś, ale mam zniżki, więc pójdziemy po kosztach.
- Rozumiem.
- Chodź, napijemy się herbaty. - zamyka laptopa, wstaje i prowadzi mnie do stolika. - Siadaj i częstuj się.
      Rozsiadam się wygodnie, tym samym zatapiając swoje ciało w kremowych puszystych poduchach słodko kontrastujących z czekoladową barwą kanapy.
- Julia, masz potencjał. Projekty nie są może perfekcyjne, ale wiem, że się rozkręcisz i będzie jeszcze lepiej.
      Kiwam głową na znak, że rozumiem.
- Trzeba będzie zorganizować fryzjera, kosmetyczkę, buty do ciuchów, biżuterię, krawców i sponsorów.
- Fryzjera mamy. To Danniel.
- No to świetnie! Pozostaje reszta. Skarbie, powiedz mi... Ty jesteś dziewczyną tego chłopaka od pasków z przeuroczego zespołu One-cośtam?
- Tak, Louisa z One Direction.
- To byłaby wielka promocja dla ciebie, bo jeśli na koncercie czy gdzieś wspomnieliby o tobie i pokazie, to by lecieli jak muchy do lepu.
- Przepraszam, ale nie. Nie będę wykorzystywać jego sławy. Do samego końca chcę pozostać anonimowa. Nie chcę, by uważano mnie za kogoś, kto tylko korzysta z popularności otoczenia i tak dalej.
- No cóż... Rozumiem.
- Aj, proszę pani... Możliwe, że będziemy też mieć makijażystkę, moją znajomą.
- To będziesz musiała się z nią zdzwonić.

- Julia, pomożesz mi? - z esemesowej rozmowy z Katyą wyrywa mnie głos Michelle.
- A co się stało?
- Nie mogę zapiąć spódniczki. Pomożesz? - odwraca się do mnie tyłem.
      Zeskakuję z parapetu, podchodzę i zapinam pozłacany ekspres. Obraca się i patrzę na jej spódniczkę. Przed kolano, obcisła, w kolorze kości słoniowej. Przód wyszywany jest złotymi, czerwonymi, różowymi i brązowymi nićmi tworzącymi barokowy wzór. Góra to pudrowa bluzka z baskinką i paskiem w talii. Ramiączka są plecione w cienkie warkoczyki ze złotych łańcuszków. Na szyi błyszczy wisiorek z zawieszką z białego złota. Na stopach ma cieliste koturny ze złotym łańcuszkiem na kostce.
      Michelle zmieniła się od naszej rozmowy sprzed ponad miesiąca. Porzuciła wizerunek plastikowej laleczki na rzecz eleganckich strojów i zachowania. Gdy zeszła blond farba dowiedziałam się, że naturalnie jest szatynką. Ma bogatych rodziców, którzy dbają o jej edukację, wykształcenie, ubiór, maniery. Arystokratyczne pochodzenie do czegoś zobowiązuje.
- Dobra, zrobione. A czemu w ogóle się przebierałaś? - pytam.
- Wczoraj byłam ze starymi na balu u Amelii Eriss, takiej starej szlachcianki, mojej ciotki. Wróciliśmy niedawno, więc do domu podjechaliśmy, żebym mogła zabrać jakieś ciuchy i torbę. Rodzice zostali, a mnie podrzucił do szkoły sam. W miarę wcześnie, żebym mogła się przebrać.
- A ta Amelia Eriss... Kto to dokładnie? - dopytuję, podczas gdy dziewczyna składa i wkłada do torby zjawiskową kobaltową suknię do ziemi. Na wierzch kładzie szpilki z motywem galaxy.
- Jak już mówiłam, to podobno moja ciotka. No... W każdym razie mieszka w pałacu, takim naprawdę sporym, w Szkocji. - czknęła. - Masz aspirynę czy coś na łeb? Kaca mam...
- Nie mam. - dzwoni dzwonek. - Dobra, chodź na angielski. Tylko załóż marynarkę.
- Już, już... Powiedz mi, skąd ty wytrzasnęłaś te spodnie? - wskazuje na moje błyszczące rurki w barwach Wielkiej Brytanii.
- Lumpeks i trochę wyobraźni.
- Co??
- Inaczej second hand. Tyle, że to było w Polsce.
- Są fajne. - uśmiecha się. - Idziemy, tylko żeby Stella się nie wydzierała, bo nie ręczę za siebie.

- Powiedzcie, jak rozumiecie słowo ''miłość''? - pyta Stella, nauczycielka angielskiego.
- To uczucie łączące babkę i faceta przed ślubem, bo potem to już lipa, nie miłość. - wyrywa się Charliemu.
      Pół klasy, a dokładnie wszyscy chłopcy i parę dziewczyn parska śmiechem.
- Rozumiem. - odpowiada Stella, ledwo powstrzymując chichot. - Ktoś jeszcze?
- A ja rozumiem miłość poprzez przyjaźń, zaufanie, wiarę, szczerość i bycie przy sobie przede wszystkim wtedy, gdy druga osoba nas potrzebuje. - mówi półgłosem Aleksander, wysoki Rosjanin.
      Wszyscy słuchają, a potem rozważają w milczeniu jego słowa.

___________________________________________________________________________________
_________________________________________________________________
________________________________________

To by było tyle... Następny rozdział dodam, jeśli wszyscy czytający skomentują. Będzie was dużo, bo przykładowo takie dwieście wyświetleń w zeszłą niedzielę się nie nabiło. Rozumiem, że nie wszyscy będą chcieli skomentować, więc zadowoli mnie... A niech będzie, powybrzydzam! xD 


8 komentarzy - następny rozdział :)

Poza tym jest jeszcze taka kwestia... Opowiadanie powoli dobiega końca, jeszcze może z dziesięć rozdziałów, ale!... Jeśli pojawią się z mojej strony jakieś chęci, a pewnie się takie znajdą, to powstanie druga część. Nie będzie prawie wcale, przynajmniej na początku, chłopaków z One Direction. Poza tym zastanawiam się, czy pisać na tym blogu, czy zakładać drugi...

Dobra, jeszcze coś! Jeśli jest wam mało w sprawie projektów Julii, to mam zdjęcia. Nie wszystkie i niewyraźne, ale coś. I żeby nie było, to są moje prace! xD


Hej :)

sobota, 9 marca 2013

XXXIV.

Cześć :) Czekaliście tydzień, mam nadzieję, że nie na darmo. Rozdział jak rozdział, ale jest. Oceńcie go, ale najpierw przeczytajcie.

Poza tym życzę wszystkiego najlepszego z okazji wczorajszego Dnia Kobiet :) Co dostałyście? Mam nadzieję, że nie takie coś, na co wysilili się chłopcy z mojej klasy... Stringi <facepalm>.
A z tej okazji, że wczoraj był Dzień Kobiet, w naszym miasteczku w MCEE odbył się wieczorek środowiskowy. Kobietom i mężczyznom prezentowały się grupy działające w centrum. Ja wystąpiłam z kabaretem, do którego należę. Jak myślicie, kogo zagrałam? Dziewczynę w dresie xD Jak zwykle ;D

Dobra, czytajcie i komentujcie :)
___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________________
_____________________________________________________



    Tajemnicza choroba rozłożyła mnie na łopatki i ponad tydzień. Układ odpornościowy osłabił się po wypadku, ale mówi się: trudno.
    Mama praktycznie u mnie zamieszkała, tak często i długo u mnie przesiaduje. By mieć mnie na oku, a w gratisie gotować posiłki. Sama nie posiadałam i nie posiadam siły prawie na nic. Tylko czytanie, leżenie, gorąca herbatka pomarańczowo-cynamonowa, słuchanie muzyki, jedzenie i ewentualnie oglądanie telewizji.

    Jest słoneczny sobotni poranek. Obudziła mnie krzątanina mamy, której najwyraźniej spodobało się moje mieszkanie. Trudno się dziwić; przestronne, mocno oświetlone za sprawą okien dachowych pokoje robią wrażenie. Rozlega się pukanie do drzwi. Mama wyłącza buczący odkurzacz, kieruje swoje kroki do drzwi i otwiera je.
- Tak? - pyta spokojnie.
- Czy jest Julia? - do moich uszu dociera głos o ciepłej barwie. Zaraz wkroczy brązowowłosy, niebieskooki chłopak kochający paski i marchewki. - Ale tak na początku to dzień dobry.
- Dzień dobry. Julia jest w pokoju i chyba śpi.
- Czy... mogę wejść? - pyta cicho, a ja słucham.
- Tak, wejdź. - wpuszcza go i gdzieś idzie, a po chwili woła - Idę na zakupy! - i wychodzi.
- Jak się czujesz? - odzywa się Louis wchodząc do pokoju. Wciąż ma na sobie dżinsową kurtkę z białym futrem.
- A jak mogę się czuć? - pytam zachrypniętym głosem. - Wszystko mnie boli, ledwo mówię...
- Coś się stało?
- Nie wiem. A powinno?
- Jula... - dotyka mojego ramienia. Nie reaguję. Tępo wpatruję się w punkt za jego plecami.
- Jak to jest być kimś normalnym? - pytam w końcu.
- Czemu pytasz? - nim dokończy ściąga kurtkę i pakuje mi się pod pościel. Po to, by mocno przytulić.
    Przygarnia mnie do siebie, a ciepło jego ciała rozlewa się po mojej duszy, sercu i usuwa wszelkie troski, niczym jakiś syrop. Biorę głęboki oddech i upajam się mocną wonią pomarańczy w jego perfumach.
- Chciałabym tak leżeć przez wieczność. - szepczę. - Tylko bez tej całej choroby.
- Jak zostaniesz moją żoną, to tak będzie. - odpowiada rozmarzony. - Będziemy mieć całkiem sporą gromadkę dzieci, może dziesiąteczkę, co? Duży dom na wsi z równie dużym ogrodem i basenem. Ty będziesz wziętą projektantką, a ja muzykiem, ewentualnie trenerem dziecięcej drużyny piłki nożnej w Doncaster. A po godzinach będziemy tylko dla rodziny. Zbudujemy dzieciakom domek na drzewie, my będziemy mieć sypialnię na poddaszu... I pole marchewek, tak z pięć hektarów! - oczy mu się błyszczą. Mimowolnie się uśmiecham.
- Louis... - zaczynam. - Nie mówię "nie" tym marzeniom, ale... Czy nie możesz poczekać? Przynajmniej rok. Całe życie przede mną, przed tobą też...
- Rozumiem. - odpowiada. - Don't you worry, don't you worry child. - nuci kawałek Swedish House Mafii.
- Wszystko się zgadza, poza tym "dzieciakiem".
- Nie czepiaj się szczegółów. - uśmiecha się.

    Przeszywający ból. Problemy z oddychaniem. Pulsująca czaszka, nasiąknięta bolesnym uczuciem. Szok, ukłucie w ramię i kojąca ulga.
- Co z nią? - pyta kobieta. - Długo to jeszcze będzie trwało?
- Nie wiem. To jedno z pierwszych takich doświadczeń na całym świecie. Musimy poczekać do końca.
- Panie doktorze, niech mi pan jeszcze raz powie: na czym to polega? - głos kobiety jest zrozpaczony. Próbuję uchylić powieki choćby na milimetr, ale nadaremnie.
- Nie wiemy, co się dzieje w jej umyśle. To ona tam rządzi. Być może poznała innych ochotników. Ogólnie chodzi o to, że w trakcie eksperymentu... - coś zaczęło zagłuszać słowa lekarza. - Przeżywa życie, które... zmarnowała. Gdy się... spokoju... eć...


    Ocknęłam się na podłodze ciężko dysząc. Co to było? Dotykam czoła; jest zimne i mokre. Czy to był tylko sen?
- Julia? - Louis klęczy nade mną. - Krzyczałaś przez sen i...
    Opowiadam mu wszystko. A następnie piję herbatę przygotowaną przez chłopaka. Powoli się uspakajam. Minęły ze trzy godziny odkąd przyszedł. Mama przyniosła niedawno zakupy, więc decydujemy się na domową pizzę z przepisu, który zostawiła mama. Szykujemy składniki, przybory i fartuchy. Louis  zabiera się do roboty, a ja idę się przebrać, bo w piżamach pracować się nie da.
    I tak zamiast słodkiej koszulki i spodni z króliczkami oraz marchewkami ubieram fioletową tunikę na długi rękaw w czarne paski. Do tego czarne rurki i puchate czerwone łapcie. Włosy upinam na czubku głowy w kitkę i po cichutku wracam do kuchni.
    Zakradam się do niego i łapię w pasie od tyłu. Przytulam twarz do jego karku i włosów. Tymczasem on obraca się do mnie z łobuzerskim uśmiechem i wyciągniętą ręką. Nim zdążę coś zrobić, Louis unosi dłoń nad moją głowę i z błyskiem w oku rozwiera palce. Na moją twarz i włosy opada mąka. Przez chwilę stoję osłupiała, co chłopak sprytnie wykorzystuje i obrzuca mnie jeszcze większą ilością białego pyłu. Otrzepuję się, podchodzę do blatu szafki i zajmuję się wyrabianiem ciasta na pizzę. Nie zwracam uwagi na Louisa, który usilnie próbuje dać mi o sobie znać.
- Posprzątaj w pokoju, to pogadamy. - mówię.
     Ponad godzinę później wstawiam dwie wielkie blachy pizzy do piekarnika. Na następną turę pozostają drugie dwie. Rozglądam się po kuchni - czysto. Inne pokoje też lśnią. Ścieram okruszki z szafki i idę przełożyć uwalane mąką i ciastem ubrania. Zgarniam kilka ciuchów z oparcia krzesła i kieruję się do łazienki. Zatrzymuję się jednak w progu i szukam wzrokiem Louisa. Odnajduję go śpiącego na materacu. Podchodzę bliżej, kucam, całuję go w czoło i przykrywam kocem. Uśmiecha się przez sen. Wyciągam telefon spod poduszki.
- Liam? Cześć, tu Julia. - mówię, gdy chłopak odbiera.
- O, cześć. Louis dotarł? Jak zdrowie? Co tam? - zasypuje pytaniami.
- Tak, pan pracowity posprzątał i śpi. - uśmiecham się pod nosem. - Ze mną lepiej, nie gryzę. A poza tym to mam pytanie... Co ty i chłopcy dziś robicie?
- Czekaj... Chłopaki! - wydziera się. - Mamy jakieś plany?
- Spanie! - woła Zayn.
- Jedzenie? - pyta Niall.
- Nic! - krzyczy Harry.
- No, więc sama słyszysz, że nic konkretnego dziś nie robimy.
- Rozumiem. W takim razie przybywajcie do nas, bo mamy pizzę, taką domową. To znaczy wiesz, ona się dopiero piecze, ale wyszły cztery blachy, których sami nie ogarniemy i jest potrzebna nam pomoc. Więc jeśli macie ochotę na pizzę, spotkanie i pogawędkę, to wpadnijcie gdzieś za półtora godziny.
- Niall, twoje marzenie się spełniło! Pizza się szykuje! - woła do blondyna. Ten śpiewa refren "We are the champions". - Okej, będziemy, ale za dwie godziny.
- Nie ma sprawy, to czekamy.
- Cześć. - rozłącza się.
- Louis, będziemy mieli gości! - mówię prosto do jego ucha.
     Wierci się niespokojnie. Otwiera i mruży oczy.
- Ale co, gdzie? - pyta nieprzytomnie. - Kto przyjdzie?
- Chłopcy, będą za dwie godziny. - podpiera się łokciem.
- Okej, okej. - opada na poduszkę.
- Ej! Nie śpij! - szturcham go po żebrach. Efekt jest natychmiastowy. Siada wyprostowany niczym struna. - I zapomniałeś mi o czymś powiedzieć.
- O czym znowu? Daj spać... - mruczy i przytula poduszkę.
- Nie będziesz spał. I chyba zapomniałeś mi powiedzieć, co ustaliliście z Paulem po, wiesz... Po waszej kłótni przez telefon.
- Aaa, to. Nie chce o tym gadać, przeprasza za swój wybuch, a jedyne sensowne, co powiedział, to to, że jeśli takie coś się powtórzy, to z moją przyszłością w zespole będzie cienko.
- A trasa? Zaczynacie ją za dwa tygodnie. Długo potrwa?
- Pierwsza tura trzy miesiące, do połowy lipca. Drugą połowę miesiąca odpoczywamy, a od sierpnia ciąg dalszy. Aż do grudnia.
- To długo. - wzdycham.
- Oj, Mała, Mała... Ja wiem. Ale pozostaną telefony i takie cudo zwane Skype'm. - głaszcze mój policzek. - Dobra, nie martw się na zapas i idź się przebierz, bo chyba taki miałaś plan. - wskazuje ciuchy na moich kolanach.
     Idę do łazienki, myję włosy i zakładam bluzkę baseball w kolorze limonki. Rękawy ma czarne. Do tego czarne spodnie. Wychodzę i wpuszczam Louisa. W czasie, gdy on siedzi w łazience, ja wyjmuję jedną porcję i wstawiam do piekarnika dwie blachy surowej pizzy.
     Obejmuje mnie w pasie i przykłada mokry policzek do mojego. Łaskocze mnie po brzuchu. Obracam się i lustruję go od góry do dołu. Limonkowe spodnie, czarna koszulka i limonkowe szelki. Uśmiecham się. On też.
- Skąd miałeś ciuchy?
- Kiedyś zostawiłem. - szczerzy się.
      Dzwoni dzwonek do drzwi. Idziemy do korytarza, ja otwieram i wpuszczam chłopców do środka...

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________________
_____________________________________________________

No, to by ten rozdział tak wyglądał. Komentujcie. Cieszę się, że taką rzeszą wchodzicie na bloga, nawet jeśli nie komentujecie. Jeśli liczyliście, że dodam wczoraj, to przepraszam, ale miałam ten wieczorek środowiskowy... A tak poza tym, to zapraszam do głosowania w ankiecie, którą znajdziecie na górze po prawo :D

Cześć i do następnego, który będzie w następny weekend.

PS. Możecie pisać na e-mail something0more@gmail.com :) To cały czas aktualne.

sobota, 2 marca 2013

XXXIII. "Będę rozmawiać z Rosją przez Skajpaja"

Hej, domyślam się, że czekaliście na rozdział. Długo zeszło mi przepisywanie. Co ja wam mogę powiedzieć? Coraz dziwniejsze rozdziały będą. Aż szkoda mi gadać... Nie wiem, niektóre będą jeszcze całkiem, całkiem. Ale od razu mówię, że ciekawe są do czterdziestego włącznie. A potem... Coś się we mnie popsuło, ale ale efekty zobaczycie za dziewięć rozdziałów. 

Aha!!! Jeszcze jedno!!! Chciałam wam gorąco podziękować za waszą obecność. To wiele dla mnie znaczy. Dlaczego? Bo tworzę tego bloga od trzech miesięcy i jednego tygodnia! ;D
Emm... Adresu chwilowo nie zmieniam, ale jeśli nie wyświetli się wam kiedyś blog z adresem tam u góry, to piszcie na maila: something0more@gmail.com :) Nie tylko w sprawie adresu, ale też innych rzeczy. Możecie zadawać pytania do bohaterów i autorki, jeśli się wam chce :D


A! Poznacie za parę chwil osobę, która namiesza w życiu naszego kochanego blondyna. Kreacja dziewczyny powstała na bazie pomysłów moich i Oliwii Karoliny. Poza tym w kreowaniu jej wizerunku i paru innych rzeczy pomogły My live:) i Marciak. Dziękuję za tę pomoc bardzo :D
A teraz zapraszam do czytania.
___________________________________________________________________________________
________________________________________________________________
__________________________________________________

- Prababcia! - szepnęłam i poczułam chłód na policzku.
     Zamrugałam oczami i zrozumiałam, że leżę na ziemi. Szybko wstaję, otrzepuję się i poprawiam włosy. Dostrzegam coś jeszcze. Ktoś koło mnie kuca. Tym kimś jest na oko sześcioletnia dziewczynka ze złotymi kucykami sterczącymi z obu stron głowy. Czerwona kurteczka przysłania zieloną tunikę.
- Cześć! - piszczy wesoło. - Spałaś, wiesz?
- Tak? Ojej... A czemu jesteś tu sama?
- Bo bawię się z siostrą w chowanego i ona szuka. Długo tu jesteś? - zerkam na zegarek. Dochodzi dwunasta. Jakim cudem minęły blisko cztery godziny?!
- Chyba tak.
- Chodź! Pewnie się martwi. A jak masz na imię?
- Hedwiga. Hedwiga Jones.
- Poważne imię. - chwytam ją za uklejoną czymś słodkim rączkę i prowadzę w stronę lądu.
- Heddy! Skarbie! Gdzie jesteś? - woła przerażona dziewczyna, na oko dwudziestoletnia.
       Jest blondynką. Bardzo jasną blondynką. Włosy ma prawie białe, jak Draco Malfoy z Pottera. Wysoka, szczupła niczym modelka. I ma delikatne rysy twarzy, które w połączeniu z intensywnie niebieskimi oczami dają elektryzujący efekt. Ubrana jest w niebieskie dżinsy, bluzkę w kolorze pistacji i dżinsową kurtkę. Przez ramię przewiesiła wielką torbę w kolorowe pasy.
- Soph! - woła kruszynka, czym zwraca jej uwagę na nas.
- Ty! - dziewczyna celuje we mnie oskarżycielsko palec i podchodzi bliżej. - Co zrobiłaś mojej siostrze?
- Ja... Ja nic. Ona mnie znalazła w altance na jeziorze... - mamroczę, paląc buraka.
- Tak! - potwierdza moje słowa Hedwiga Jones.
- Och... Dobrze, przepraszam. - mówi. - Jestem Sophie. A jeśli ta papla się wygadała, to wiesz, że moje nazwisko to Jones.
- A ja jestem Julia. Julia Avis. - wyciągam w jej stronę rękę. Ściska ją. - Ja... Muszę już iść. Miło mi było was poznać. - mruczę, próbując wyrwać rękę z jej uścisku. - Eee... Coś nie tak?
- Ta Julia Avis? - patrzy ze zdumieniem w oczach.
- Ale że co?
- Nie, nic. Po prostu przypominasz mi taką jedną, dziewczynę chłopaka z One Direction. W gazecie pisali - wyciąga egzemplarz z przepastnej torby - że są po zaręczynach.
- Mogę zerknąć? - podaje mi gazetę bez słowa i zabiera się za uspakajanie siostry, która woła jeść.
       W oczy na okładce rzuca mi się fotoreportaż z niedzieli. Znajduję stronę i zagłębiam się w artykuł. Nie obyło się bez kłamstw: "Była na to przygotowana, tylko udawała szok. Nadaje się na aktorkę.", "Na scenie radość, na uboczu smutek i płacz. Jak jest naprawdę?", "Kłótnia zaraz po zaręczynach", "Kłamstwa, oszustwa, wyzysk, sława... Co jeszcze ukrywa ta dziewczyna?". Z szelestem zamykam czasopismo. Świnie! Jak mogą? Co oni w ogóle wiedzą? Czy nie mogą nam dać spokoju?..
      Nie płaczę, z trudem powstrzymuję łzy. Zaciskam zęby i drżącą ręką oddaję gazetę. Ruszam przed siebie.
- Julia! - woła Sophie i dogania mnie. - Ten artykuł... To o tobie, prawda? Ale nie daj się tym hienom. Oni tylko na to czekają. Bo tylko winny się tłumaczy. Wiem, że ci niezbyt pomagam, ale próbuję.
- Dzięki. - rzucam. Zatrzymuję się. - Dziękuję. - i odchodzę. Idę do mieszkania.

      Zaszyłam się pod stosem koców i pościeli. Wzięłam ze sobą książkę, termos gorącej herbaty z miodem, kubek i telefon. I tabletki na gardło. Zrozumiałam, że ten wypad przyniósł mi tylko przeziębienie, w dodatku jakąś mutację atakującą od razu. Zakasłałam ciężko i opadłam na poduszkę. I przypominam sobie o telefonach. W ciągu dnia też próbowali się dodzwonić.
- Julia?! Co się z tobą działo? - zawołała mama, gdy odebrała.
- Nie wiem, no. Poszłam spać w środę, obudziłam się dzisiaj. Potem byłam na spacerze. I złapałam jakąś infekcję...
- Ale czemu nie zadzwoniłaś wcześniej?
- Zapomniałam. - przyznaję.
- To ja do ciebie przyjadę. Coś ugotuję, zrobię zakupy. Pewnie nie masz siły.
- Tak... - sapnęłam, gdy wstrząsnęły mną dreszcze. - Jak chcesz, to przyjedź... - i tyle. Mama się rozłączyła.
- Jula, co się z tobą działo? - pyta z wyrzutem przyjaciółka, gdy się do niej dodzwoniłam. Przy okazji powtarza pytanie mamy.
- Spałam. Cały czas, jak jakaś Śpiąca Królewna. Nie pytaj jak i dlaczego, bo sama nie wiem... A-psik!.. I rozchorowałam się po spacerze.
- To po co tam lazłaś?
- Bo myślałam, że dziś czwartek, zrozum. I wybrałam się do szkoły.
- Okej. Ja muszę kończyć. Będę rozmawiać z Rosją przez Skajpaja. - przytacza zwrot z Rodzinki.pl. na co się uśmiecham.
- Nie ma sprawy. Gadaj tam z nimi. I pozdrów ode mnie. Hej. - wciskam czerwoną słuchawkę.
      Wybieram ostatni numer i palec zamiera mi nad zielonym guzikiem. Boję się. Co on sobie pomyśli? Że ledwo zniknął, a ja o nim zapominam? Różne scenariusze przebiegają mi przez umysł, ale w końcu mówię: "dość!" i wciskam klawisz. Z duszą na ramieniu liczę sygnały. Odbiera po trzech.
- Julia! - słyszę zduszony krzyk chłopaka. Czuję w jego głosie ulgę, niepewność i złość.
- Cześć... - szepczę przez zaciśnięte gardło.
- Julia... Dlaczego nie odbierałaś?! - woła do słuchawki. Jest wściekły. - Nie rozumiesz, że się o ciebie bałem? Czy aż tak mało dla ciebie znaczę? Ledwo znikam, a ty mnie olewasz! Julia... - szepcze zrezygnowany. - To strasznie boli. Ta niewiedza, niepewność, strach...
- Louis... Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. W środę poszłam spać, a wstałam dziś. Wiem, to dziwne, sama w to nie wierzę. Nie pamiętam nic z tych dwóch dni. Czuję się źle, a jeszcze się rozchorowałam...
- A dzisiaj? Co dzisiaj robiłaś takiego robiłaś, że dopiero teraz raczysz zadzwonić? - pyta chłodno.
- Byłam w parku. A tam... To jest jeszcze dziwniejsze... Widziałam moją prababcię. Ona nie żyje od blisko dwudziestu lat... Boję się, że zwariowałam, bo przecież tak to wygląda... - urywam, gdy atakuje mnie kaszel. Upijam łyk herbaty.
- Ja... Nie wiem, co powiedzieć. - zniża głos, który drży niepewnie. - Masz rację, takie rzeczy są nierealne. Ale... Może to dziwne i wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale wierzę ci. Czuję gdzieś głęboko, że to prawda. I nie wariujesz. Po prostu twoje życie się zmienia. Szukasz wyjaśnień... Skarbie, cokolwiek by się nie działo, będę z tobą. Duszą, sercem, ciałem, umysłem.
- Louis! Teraz twoja kolej! - słyszę donośny damski głos.
- Kto to? - pytam.
- Kaithleen. Nasza stylistka.
- Chłopcy już gotowi, tylko ty zostałeś. Chcesz się spóźnić albo wyjść w byle czym? - mówi dziewczyna.
- Jula, za niecałą godzinę wywiad, pamiętasz?
- Mhm... - faktycznie, mówił mi o tym na lotnisku.
- Będziesz oglądać?
- Tak. - przekręcam się na bok i sięgam ze stolika pilot od telewizora.
- Wiesz, będę kończył. Cześć, Marchewko. Trzymaj się.
- Lou... - urywam, tak samo jak połączenie.
        Odpalam czarne pudło ustawione w rogu pokoju i włączam pierwszy lepszy kanał. Jakieś wiadomości. Na razie mogą być. Wyciągam rękę i macam podłogę pod kaloryferem. Natrafiam na tekturowe pudełko i przysuwam je do siebie. Podnoszę brązowe wieczko i chwytam wafelka oblanego czekoladą, w który po chwili zatapiam zęby.

- Witamy w Ronnji Show. Dzisiejszym gościem będzie irlandzko-brytyjski zespół, który zajął trzecie miejsce w siódmej edycji X Factora: One Direction! - oznajmia postawna blondynka ubrana w ołówkową czarną spódnicę, szarą koszulę, czarny żakiet i granatowe buty na koturnie. Na przegubie lewej ręki błyszczy złota bransoleta wysadzana kamieniami w kolorze szafiru. Włosy, obcięte na wysokości ucha, są dziwnie nastroszone. Wytapetowana twarz wyraża zmęczenie. Na oko ma z czterdzieści lat. - Witajcie chłopcy! - mówi do chłopaków, gdy ci wkraczają zza kulis.
      Po kolei: wyszczerzony Harry, nastroszony na głowie Zayn, Liam z szelmowskim uśmiechem na twarzy, zaciekawiony Niall i zmęczony Louis. Ludzie na widowni wrzeszczą, w półmroku z okiem kamery za przewodnika telewidza można zobaczyć transparenty i plakaty wyznające chłopcom miłość. Uśmiecham się pod nosem. Ja też taka byłam. No, prawie.
      Gdy kamera z powrotem ''patrzy'' na scenę, przyglądam się dokładniej Louisowi. Jego twarz nie jest tak pełna kolorów jak zwykle. Warstwa makijażu słabo maskuje zmęczenie, cienie pod oczami, troskę i smutek. I jeszcze jakby obawę. Oczy przygaszone, nie odbijają niczego poza niepewnością. Słaby uśmiech nie rozświetla twarzy. Ubrany w czerwone ''marchewki'', białą koszulkę w czarne paski, białe tenisówki i czerwone szelki nie wygląda wesoło. Silne ramiona lekko drżą. Wpatruje się w obiektyw kamery tak usilnie, jakby chciał go zaczarować.
- ... jesteście już gotowi? - pyta kobieta. Dopiera teraz dociera do mnie, że nie słuchałam ich rozmowy. A teraz pyta o trasę, to chyba pewne.
- Najbardziej gotowy jest chyba Louis biorąc pod uwagę zaręczyny. Reszta nas chyba jeszcze czeka na ten moment w życiu, w którym można śmiało powiedzieć: "tak, jestem gotowy na założenie rodziny". Ale co tu się w sumie dziwić w takiej kolejności, Lou jest z nas najstarszy... - odpowiada Harry.
- Louis, twoja poprzednia partnerka była od ciebie starsza. Aktualna jest od ciebie blisko cztery lata młodsza. Czy to nie jest dla ciebie duża różnica?
- Proszę..? Nie, nie jest. - mówi rozkojarzony chłopak. - Jeśli się do kogoś coś czuje, to wiek, pochodzenie, kultura... To nie ma znaczenia.
- Dobrze powiedziane. - mruknął Zayn.

     Wciskam czerwony guzik pilota i wyłączam telewizor. Nie mogę tego oglądać, zbytnio się przejmuję. Lou, jego zachowanie i smutny wzrok winowajcy. Ja i moje dziwności... Nie wiem, co o tym myśleć. Sięgam po kolejne ciastko. Przełykam go i popijam letnią herbatą. Życie jest dziwne...

___________________________________________________________________________________
_________________________________________________________________
____________________________________________

Dotarliście do końca? To się cieszę :) Tak szczerze to mi się coraz ciężej pisze rozdziały, wypalam się w tym opowiadaniu i nie wiem, czy w ogóle będzie kiedyś tam druga część. W zamian coraz częściej łapie mnie myśl, żeby zacząć pisać opowiadanie o polowaniach na wampiry w osiemnastowiecznej/dziewiętnastowiecznej Francji. Czytalibyście? Piszcie w komentarzach na ten temat.
A co się tyczy komentarzy: komentujcie, komentujcie i jeszcze raz komentujcie. Bo następny rozdział będzie w przyszły weekend, jeśli zostawicie po sobie przynajmniej 6 komentarzy.

Jeszcze jedno... Cały czas możecie składać dedykacje zdjęciowe dla siebie, znajomych itd. :)

Wiecie, że to opowiadanie jest niezwykłe? Podczas pisania któregoś z przyszłych rozdziałów wstawiłam temat z Francją. Niby nic w tym dziwnego, ale dzięki temu zaczęłam się uczyć tego języka :D

Więc: SALUT!, czyli "cześć" ;DD Do następnego :)