niedziela, 24 lutego 2013

XXXII.

Koniec ferii!! Coś dla mnie niemiłego, zwłaszcza, że jutro sprawdzian z fizyki ;(( Boję się, ale przeżyję. Dodaję rozdział, który uważam za trochę dziwny...
_____________________________________________________________________________________
____________________________________________________________________
__________________________________________________

- Pamiętaj, masz się nie przemęczać, a jeśli będziesz chciała musowo coś ustawiać, malować czy meblować, to dzwoń do Adama, on siedzi na miejscu, no i cię lubi. I... Nie przerywaj. - ostrzega, gdy widzi, że chcę coś wtrącić. - I nie martw się, za mniej niż dwa tygodnie będę z powrotem. Jeśli coś się będzie działo, to dzwoń, okej? W miarę możliwości będę odbierał i oddzwaniał.
- Louis?
- Co tam?
- Już nigdy nie będę się żegnać na lotnisku. To przynosi mi pecha i smutek.
- To się nie smuć i ciesz się życiem. - przygarnia mnie do siebie. - Oglądaj nasz wywiad w sobotę, proszę. Na BBC o... piątej. Okej?
- Okej. Ale po co? I co ty kombinujesz? - pytam i patrzę na niego z dołu.
- Jaa? Nic... Po prostu wtedy będziesz mogła mnie zobaczyć i usłyszeć... - szczerzy się.
- Dobra, dobra... - wyswabadzam się z jego uścisku.
- Louis! - woła przeciągle Niall. - Marchewki ci skombinowałem! Chodź!
- Już! Poczekaj chwilę! - odkrzykuje chłopak.
- Powiedz mi, dlaczego tylko ja i Danielle z wami przyszłyśmy?
- Eee... Z Selene sprawa jest prosta. Harry rozstał się z nią przed wyjazdem do Polski... - jest speszony. - Z jego winy... Ech... A Zayn... Między nim a Katyą sytuacja była ostatnio napięta. A w Polsce nie było lepiej. Co mam powiedzieć? Jest o nią zazdrosny, nigdzie nie chce jej puszczać samej... Nie wiem, co w niego wstąpiło.
- Rozumiem. Czyli załamanie sytuacji. Ale nadal są parą? - przytakuje. - Mam nadzieję, że będzie dobrze.
- Ja też. - wzdycha i obejmuje mnie na pożegnanie. Całuję go w policzek. - Idę, czekają na mnie. Do zobaczenia, Mała.
- Do zobaczenia. - odpowiadam i puszczamy się. Louis idzie w stronę terminalu.
     Szepczę bezgłośnie ''Powodzenia, Marchewko''. Odwraca się i uśmiecha, jakby usłyszał. Po chwili znika w mroku, a ja ruszam do wyjścia.

      Z czytania wyrywa mnie cichy, nieśmiały stukot do drzwi. Z niechęcią porzucam pasjonującą lekturę, jaką jest "Jeździec miedziany" Paulliny Simons i ruszam do korytarza. Po drodze zahaczam o pudło i lecę na twarz, którą w ostatniej chwili zasłaniam dłońmi. Głuchy łomot przetacza się po mieszkaniu. Wstaję, otrzepuję się, pocieram pulsującą bólem szczękę i otwieram drzwi. W progu stoi Katya, jakaś taka smutna.
- Wchodź. - mówię i gestem zapraszam ją do środka. - I  opowiadaj.
- Ale co?
- Jak: co? Wiem, że u was różnie. Ale... Dobra, nieważne. Idź do pokoju, a ja wstawię wodę. - chwilę później woda już się gotuje.
      Szykuję kubki, oba w misie, wrzucam do nich torebki herbaty. Z szafki przy lodówce wyciągam paczkę wafelków. Zalewam herbatę, stawiam wszystko na tacy, do tego cukierniczka oraz łyżeczki i idę.
- Julka, co ty wiesz? - pyta cicho.
- Yyy... Że się trochę pokłóciliście...
- Trochę?! To było okropne. Nawet do kuchni nie chciał mnie puścić samej. I kłótnie o to, że gadałam choćby z Niallem. Powiedz, jak tu żyć?
- Nie wiem. Ale to mi przypomina akcję z tamtym twoim, o którym mi mówiłaś..
- A, tak... Pasha. - z jej oczu wytrysnęły strumienie słonych łez. - Cham, świnia... Wolał Karinkę, bo jest blisko. Ukrywał przyjaźń, zwykłą przyjaźń! A że po drodze się zakochałam? To nie moja wina. Trzeba nie było dawać numeru telefonu, trzeba było nie odbierać tych durnych telefonów! A potem co?! Czepiał się, że rozmawiam z innymi. On może, a ja to już nie, co? - dygocze, jest wytrącona z równowagi. - A teraz jest praktycznie to samo, ale jesteśmy przy sobie, a nie kilkaset kilometrów od siebie...
- Dobrze, wiem... Siadaj, bo zaraz się przewrócisz, jesteś osłabiona. Ale powiedz mi jedno... Skoro jest tak kiepsko, to czemu jesteście wciąż razem?
- Bo - upija łyk herbaty - postanowiliśmy dać sobie szansę, ostatnią szansę. Odpoczniemy teraz od siebie. A po ich powrocie przedyskutujemy to wszystko i zdecydujemy.
      Odstawiam kubek na podłogę i obejmuję przyjaciółkę w geście pocieszenia.
- Będzie dobrze, Katiusza. Czuję, że los wkrótce się odmieni. Musisz tylko tego chcieć i wierzyć.
- Dobrze, zobaczymy. - otrząsa się. Puszczam ją i wstaję.
- Zostajesz? Jest późno, na dworze ciemno. Poza tym nie puszczę cię w takim stanie. - oznajmiam. - Mam dwa materace, śpiwory, więc będzie gdzie spać.
- No... Nie wiem.
- Nie: nie wiem, tylko zostajesz! - mówię. Dopijam herbatę  i szykuję posłania.
- Jula? - dziewczyna zwraca się do mnie parę minut później.
- Tak?
- Dziękuję. - szepcze.

     Przez zwinięte rolety przebija się ostre wiosenne światło, które razi oczy, ale też łaskocze twarz. Otwieram i przecieram zaspane narządy wzroku.
- Katya? - cisza. Nic, tylko mój głos. Podnoszę się. Pusto. - Katya, jesteś?
     Nie ma jej. Ale na materacu leży bardzo pognieciona karteczka. Biorę ją do ręki i czytam:
"Przepraszam, że cię nie obudziłam, ale nie chciałam robić zamieszania. Muszę coś sobie jeszcze przemyśleć, w samotności... Wracam do siebie. W razie czego będę dzwonić. Nie martw się o mnie, już chyba lepiej.
Katarinka"

     Patrzę na zegar na ścianie. Za pięć ósma. Przy odrobinie szczęścia i pośpiechu zdążę do szkoły. Szybko się podnoszę, zakładam jakieś ciuchy, łapię torbę, telefon i wychodzę. Do dzwonka został niecały kwadrans. Szybkim krokiem pokonuję trasę liczącą niecały kilometr i wpadam do budynku. Ale coś mi tu nie pasuje. Po pierwsze: cisza. Nie słychać ględzenia nauczycieli oraz uczniów. Po drugie: nikt nie chodzi po korytarzu. Po prostu martwa cisza.
     Tknięta przeczuciem wyciągam telefon. Z pół setki nieodebranych połączeń i podobna ilość esemesów.
- Ale jak? - dziwię się na głos. Nie ma powodu, żeby mieli się aż tak martwić.
      I wtedy zauważam jeszcze coś. Data w kalendarzu w telefonie. Dzisiaj powinien być czwartek. Właśnie, powinien. Bo jest sobota. Nie mam bladego pojęcia, jakim cudem, ale tak jest.
      Okej, wzięłam tabletkę nasenną, ale słabą i jedną sztukę. Nie mogłam usnąć, bo martwiłam się o przyjaciółkę. Więc spałam dwa dni i trzy noce?! To się kupy nie trzyma!
- Przepraszam, ale czego tu szuka? - pyta ostro woźny.
- Ja... Nie, po prostu... Do widzenia. - i tyle mnie widział.
       Za najbliższym skrzyżowaniem jest park. Ruszyłam w jego stronę. Odwracam się, gdy czuję, że ktoś mnie śledzi. Widzę jednak tylko tłumy ludzi obojętnych na mój widok. Wzruszam ramionami i idę dalej. Wąską alejką wyłożoną drobnymi kamykami docieram na kamienny most, który prowadzi do czegoś na podobieństwo altanki, tyle, że na wysepce na środku jeziora. Opadam bezsilnie na niską ławkę. Fale obmywające skarpę, właściwie to ich szum, sprawia, że się odprężam. Zaczynam nucić fragmenty "Wind of change".
- I follow the Moskwa
Down to Gorky Park
Listening to the wind of change, nanana...
Take me to the magic of the moments on a glory night
We're the children of tomorrow...
To the wind of change. - urywam.
- Ładnie. Można? - pyta niska kobieta w szmaragdowej sukni do ziemi. Jej szyję okala krótki sznur pereł, na głowie ma krótką burzę brązowo-szarych loczków. Na jej twarzy nie ma ani jednej zmarszczki, a mimo to czuję, że to tylko pozory. - Widzę, że nie wiesz, kim jestem. - co najdziwniejsze, ona mówi po polsku.
- Przepraszam, ale skąd mam panią znać?
- Oj, dziecko, dziecko... - uśmiecha się łagodnie i siada obok mnie. - Faktycznie, w życiu mnie nie widziałaś. Ale zdjęcia pewnie oglądałaś...
- Czego pani ode mnie chce? - pytam niepewnie.
- Znam cię. Jestem twoim Aniołem Stróżem odkąd nadano ci imiona. Twoi rodzice uczynili mnie nim przypadkowo...
- I?? - ponaglam ją.
- Jesteś niecierpliwa. - uśmiecha się. - Do rzeczy... Wiem, że jesteś teraz... Twoje życie biegnie teraz innym torem.
- No to co?
- A to, że musicie dbać o to, co wam dano. Chyba, że ma to się skończyć tak, jak u twojej przyjaciółki? - kręcę głową. - No właśnie, perełko. A mi leży w interesie twoje szczęście.
- Kim pani jest? Jakimś aniołem, który spełnia marzenia i ludzkie zachcianki?
- Nie jakimś aniołem, a stróżem. I to twoim. Mogę odpowiedzieć na twoje pytania dotyczące przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, ale pamiętaj, ta wiedza może być dla ciebie zgubna.
- Ja chcę tylko wiedzieć, czy Katya w końcu będzie szczęśliwa, znajdzie swoje miejsce na ziemi. - zadrżałam z zimna. - Ona jest dla mnie niczym siostra. Ale muszę przyznać, że nie ma szczęścia.
- Skarbie, ona wciąż szuka siebie i swojego miejsca w tym świecie. Jest mądra i utalentowana, posiada egzotyczną urodę. Może życie jej jak dotąd nie rozpieszczało, ale nagroda czeka na nią tuż za rogiem. Musi tylko mieć oczy szeroko otwarte. Co do miłości... Już niedługo nadejdzie jej czas.
- Rozumiem.
- Ale ostrzegam, nie możesz o tym nikomu powiedzieć. Inaczej przeznaczenie zmieni swój bieg... A o sobie nie chcesz nic wiedzieć?
- Nie wiem... Co wydarzy się przez najbliższe 365 dni?
- W twoim życiu pojawi się ktoś nowy, ważny dla ciebie. Nie ujawni się od razu, na to potrzeba czasu. Staniesz się kimś ważnym, potrzebnym. Dla nich będziesz najważniejsza, choć czeka cię też zawód...
- Nie wiem, co to znaczy, ale... Dziękuję ci, kimkolwiek jesteś. - patrzę na nią.
     Dłonią przesuwa po twarzy. Ta pokrywa się siatką zmarszczek. Wygląda znajomo. Już mam otworzyć usta i się odezwać, ale potrząsa głową i przykłada palec do ust. Chyba mam urojenia...

___________________________________________________________________________________
_________________________________________________________________
__________________________________________________

Jeśli dotarliście do końca, to mi miło :) Poza tym mam dla was parę wiadomości:
1. W następnym rozdziale poznacie ewentualną dziewczynę Nialla.
2. Zmieniam adres bloga. Jeśli ktoś chce dostać namiary na przyszłość, to piszcie w komentarzu swoje blogi czy jakiś kontakt, za pomocą którego podrzucę wam nowy adres. 
3. Myślę, że skończę to opowiadanie przy około 50-60 rozdziałach. Jednak mam też dobrą wiadomość! Gdy skończę tę część, powstanie kontynuacja, następna część :)
4. Następny rozdział i zmiana adresu dodam i zmienię w następny weekend.

piątek, 22 lutego 2013

XXXI.

  Hej, jest kolejny rozdział. Myślę, że jest nawet nawet. Po dwunastej wróciłam z biwaku, spaliśmy tylko pięć godzin xD Do tego próba odwagi na cmentarzu i inicjacja... Nieźle, wesoło było, choć jedna osoba nie miała szczęścia i wpadła w pinezki... Nie mogę się doczekać następnego biwaku ;D
Czytajcie ;)
___________________________________________________________________________________
_____________________________________________________________________
______________________________________________

 Jestem pod wrażeniem. Przygotował to wszystko dla mnie. Przyjechał do Polski, zebrał ludzi... Ale myślałam, że jednak mnie posłucha, że zostanie w Londynie.
- Julia, co tu się dzieje? - podchodzi do mnie ciotka.
- Poczekaj i przygotuj się na angielski. - odpowiadam i idę po Louisa. Wracamy i przedstawiam ich sobie. - Ada, to Louis, od paru minut mój narzeczony. Louis, to Ada, moja ciotka.
- Cześć. - wita się chłopak i wyciąga dłoń. - Miło mi cię poznać.
- I nawzajem. - peszy się krewna i odwzajemnia uścisk. - Julia, jak ty go wyłapałaś? - pyta mnie po polsku.
- W szkole. - odpowiadam i zwracam się do Louisa. - Dlaczego przyjechałeś? I kiedy?
- Wczoraj, tym samym samolotem co ty. Przyjechałem dla ciebie. "Wszystko, co robię - robię to dla ciebie. - uśmiecha się.
- Louis! - drze się Harry. - Chodź!
- Przepraszam panie na chwilę, ale gwiazdorskie obowiązki wzywają. - idzie do chłopaków i fanek.
- To co, my do sklepów? - pytam Adę. Kiwa głową i ruszamy.
- Ejejejejej! Pani moja, chyba czegoś zapomniałaś! - obracam się na pięcie i spostrzegam biegnącego Louisa. - Bez ciebie nie chcą zdjęć. - dyszy, gdy mnie dopada.
- Ale jak to?
- A tak to, że po akcji sprzed paru minut chcą nas razem do zdjęć. No, może nie wszystkie, ale sporo chce. Poza tym przyda się tłumacz... - na jego oblicze wymyka się na spacer godny prawdziwej gwiazdy. - To jak?
- Nie wiem...
- Idź. My z Radkiem musimy pokupić jeszcze parę drobiazgów. - nakłania mnie ciotka. - Wiesz, coś do pokoiku... - zerkam na jej brzuch i przypominam sobie, że jest w siódmym miesiącu ciąży.
- Okej, ale krótko. - zwracam się do chłopaka.
- Dobrze. - łapie mnie za rękę i gwałtownie ciągnie za sobą.
     Chwilę później pozujemy do zdjęć, rozdajemy autografy. Przypominają nam o swoim istnieniu trzy goryle chłopaków. Ich obstawa. Ja jestem pośrednikiem pomiędzy fankami a zespołem.
- Nie przepadam za tobą, wiesz? - odzywa się wyzywającym tonem niska szatynka w koszulce 1D.
- I dobrze. - uśmiecham się. - Dziwnie by było, gdyby wszyscy mnie lubili i kochali. No i każdy ma prawo do wyrażania swojej opinii.
- Nie jest ci przykro? - docieka.
- Nie. Skoro ktoś mnie nie lubi, to mam się zabić? Sorry, ale szkoła mnie uodporniła.
- Powiedz mi, jak... Jak to jest być dziewczyną kogoś sławnego?
- Normalnie. Różnicą są trasy, dziennikarze, fani i sława. Poza tym nic ni wyróżnia takiego związku z tłumu.
- Rozumiem... - dziewczyna wciąż się nad czymś zastanawia. - I chyba pomyliłam się w twojej ocenie. Od początku wyglądało to tak, jakbyś była z nim dla kasy i sławy... A twój strój na dziś utwierdził mnie tylko w takim przekonaniu. Jak się okazuje, chyba błędnym.
-Okej... A teraz jak mnie oceniasz?
- Że nie jesteś głupia, swój rozum masz, kochasz Louisa i jesteś dla niego dobrą połówką... marchewki.
- Ojej... - uśmiecham się i przytulam dziewczynę.
- Juliaa! - drze się Louis i idzie w moją stronę. - Mała, czas na nas.
- Czemu?
- Zabieram cię na randkę. - oznajmia dumnie. - Bo jakoś do tej pory tego nie robiłem.
      I prowadzi mnie za sobą. Przeciskamy się przez tłumy, przemykamy między sklepami. W końcu docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się przed witryną małej kawiarni. Światło jest przytłumione, jasnoróżowe ściany kontrastują z czarnym wyposażeniem. Stoliki i krzesła wyglądem przywodzą na myśl paryskie stoliki i krzesła: nogi mebli są z czarnych prętów fantazyjnie powyginanych. I, co najważniejsze, nie ma tłumu. Wchodzimy do przytulnego wnętrza i siadamy tuż przy drzwiach.
- Oto państwa menu. - podchodzi kelnerka o włosach w kolorze grejpfruta, ubrana w czarną koszulkę, różową spódniczkę i czarny fartuszek. Podaje karty dań i cierpliwie czeka na zamówienie, niecierpliwie stukając grejpfrutowymi paznokciami w notes.
- Julia, ratuj... - jęczy Lou. - Nie wiem, co tu pisze.
- A co cię interesuje? - spoglądam na niego z uśmiechem.
- Gorąca czekolada, szarlotka z bitą śmietaną, lodami i polewą. Jest w ogóle coś takiego?
- Tak, tak... - odpowiadam i zwracam się do dziewczyny. - Gorąca czekolada, cappuccino, szarlotka z bitą śmietaną, polewą i lodami i... Szarlotkę razy dwa jednak poprosimy. - odchodzi. - No dobra... Słucham pana.
- Ale co? - dziwi się.
- Nico. No... Może mi powiesz, o co ci chodzi z tą randką?
- No... Bo jak zauważyłaś, to jesteśmy zaręczeni, a jakoś randek nie było. - uśmiecha się zalotnie.
- Dobra, ale żeby potem nie było, to ja o ślubie będę myśleć najwcześniej po dwudziestce. - mówię.
- Jak to?
- A tak to. Głupia nie jestem, nie będę też biła rekordu mamy. Ona na swoim ślubie miała niecałe dwadzieścia lat. A ja chcę jeszcze zaczekać. Mam dopiero osiemnaście lat.
- A ja prawie dwadzieścia dwa.
- Więc?
- Więc dla ciebie, tylko dla ciebie, zaczekam. - wzdycha.
- Proszę bardzo. - ta sama dziewczyna co wcześniej stawia przed nami zamówienia.
- Louis - zaczynam i upijam łyk cappuccino. - normalni ludzie w naszym wieku raczej nie myślą o zakładaniu rodziny.
- Julia, ale my nie jesteśmy normalnymi ludźmi. - uśmiecha się i połyka kawałek ciasta.
- Dlaczego robisz mi na złość? - pytam.
- Jaa? Naa złoość? - przeciąga samogłoski. W innej sytuacji pewnie bym się uśmiechnęła. Ale nie dziś.
- Nie żartuj sobie, okej? - odpowiadam ostro.
- Julia, wszystko okej? - kuca przy mnie.
- Nie wiem, już nic nie wiem... - szepczę. - Po prostu te plany na przyszłość... Chyba nie jestem na to gotowa...
- Słońce, już dobrze. - wstaje, obejmuje mnie i całuje w policzek. - Dlaczego ostatnio tak mało się uśmiechasz?
- Jakoś nie mam powodu.
- Znowu zmęczenie? - siada na swoim miejscu.
- Chyba tak. - jem ciasto.
- Byłaś z tym u lekarza?
- A po co? - wzruszam ramionami. - Nie mdleję, nie mam mdłości... Jest okej. Po prostu czuję przy sobie czyjąś obecność, jakby anioła stróża.
- Nie byłbym tego taki pewien, tego ''okej''. - upija łyk czekolady. - Skarbie... Jesteś trupio blada, masz podkrążone oczy...
- Jeju, Louis... - wzdycham. - Taka moja uroda. Zawsze jestem blada i mam wory pod oczami. A jakiekolwiek badania nie wykazały, że na coś choruję.
        Dzwonek telefonu. Louis wygrzebuje go z kieszeni spodni i odbiera.
- Halo? Paul?.. Co jest? - odsuwa komórkę od ucha i po chwili przysuwa ją z powrotem. - Paul, zlituj się i zamknij na chwilę swoją zacną jadaczkę, okej?... Nie, nikt nas nie porwał i nie, nie jesteśmy w Londynie... Mhm... Polska... Daruj te krzyki, błagam... Nie rozumiesz i dlatego nic nie powiedzieliśmy... Reszta też tu jest. Nie martw się, są z nami Adam, Hugo i Patrick... Czemu w takim razie nie skontaktujesz się z Liamem? On na pewno jest bardziej dojrzały ode mnie!.. Nie, to ty słuchaj! Ja chciałem jechać tu sam. A że chłopcy też przyjechali? To się ich pytaj, ja im kazałem zostać!.. Chcesz tego?! Dobrze, ale najpierw przedyskutuj to z ekipą. Oni nie odpuszczą. Cześć. - kończy ostro i smutnieje.
- Co jest? Co takiego powiedział Paul?
- Jest wściekły, bo mu nie powiedzieliśmy. I teraz on... Nie chce mnie w zespole. - ociera rękawem twarz i niby odgarnia włosy, ale widzę, że nie chce pokazać swojej słabości i łez.
- Ale... Nie może. - pisnęłam. - To nie on o tym decyduje.
- To prawda, nie on. - wzdycha ciężko.
- Więc w czym problem?
- Nie wiem. Jedyne, co wiem, to to, że po moich dwudziestych czwartych urodzinach chcę założyć rodzinę i przerwać karierę.
- Dlaczego chcesz przerwać?
- Bo zespół prędzej czy później się rozpadnie. Ale nie przez kłótnie.
- Louis... - drżącą ręką chwytam jego dłoń.
- Nie próbuj wybijać mi tego z głowy. Ja już postanowiłem. Może dlatego, że nie chcę, żeby ciebie, mnie zniszczyli...
- Louis...
- Spokojnie, jestem na to przygotowany. Jeżeli coś ci zrobią przeze mnie, wyjedziemy...
- Louis!
- Co?
      Nie odpowiadam. Po prostu szeroko się do niego uśmiecham.

___________________________________________________________________________________
________________________________________________________________
_________________________________________

No to tyle, nie wiem, kiedy następny rozdział. A teraz dedykacje, są dwie ;)


Louis i Liam ;)
Louis ;D

Na maila: something0more@gmail.com piszcie, tam możecie składać dedykacje, podrzucać pomysły itd. 

Do następnego ;D

środa, 20 lutego 2013

XXX. Wszystko, co robię, robię dla ciebie

Hej! Daję rozdział wcześniej, ale za to jutro już nic nie dodam, bo nie będę mogła. Następnego spodziewajcie się w piątek. No cóż, jutro biwak... Mam nadzieję, że przeżyję chrzest xD Dziękuję za maile, przyniosły ciekawe pomysły, o jednym powiem na dole.
Czytajcie i płaczcie ;D
____________________________________________________________________________
__________________________________________________________
___________________________________________

*Louis*

       Jest! Zobaczyłem ją, gdy wychylała się przez barierkę. Sam w porę się schowałem. Dopóki jej nie ujrzałem miałem wątpliwości, że nie przyjedzie jednak na zakupy. Ale jednak na szczęście pojawiła się. 
       Dźwiękowiec poprawia mi sprzęt nagłaśniający, chłopcy rozgrzewają głosy, a tancerze-amatorzy - ciała. Jednym słowem - będzie show... A przynajmniej taką mam nadzieję. 
       Informacja dla Directionerek rozniosła się w mgnieniu oka. Pojawiła się nawet telewizja i dziennikarze. Tłumy były tak wielkie, że przenieśliśmy się z księgarni tutaj. A przecież nikt nie wie, że my też tu jesteśmy. Jesteśmy taką jakby niespodzianką. Najpierw wyszła Katya i przemówiła...

~*~

- Cześć, może mnie kojarzycie. Jestem Katya, a dokładniej Ekaterina Dmitrieva. Miło mi powitać polskie Directionerki. Przybyłam do was prosto z Londynu z pewną misją. Jest tu moja kumpela. Tutaj, czyli w Łodzi, w Polsce. Ma się tu dziś pojawić. Ale o tym później... Tylko Directionerki tu siedzą? - okrzyki potwierdzenia. - No więc mam dla was niespodziankę. - piski radości. - Nie, nie ma chłopców, ale coś innego...
       Podchodzą do mnie chłopcy z kamerą. Ustawiamy się tak, żeby nas wszystkich ujęło. Liam, który ją trzyma, wciska guzik nagrywania. Słyszymy piski, bo z ekranu na scenie, wyświetlającego z rzutnika, pokazujemy się my. Roześmiani machamy do kamery. 
- Cześć! - wołamy po angielsku.
- Jestem Harry.
- Tutaj Niall.
- A ja Liam.
- A tutaj mówi do was Zayn.
- No i ja! Marchewki... Tutaj Louis! - parskam śmiechem.
- I kochamy Polskę! - wołamy na zakończenie.
       Liam wciska ponownie guzik, tym razem kończąc nagrywać. 
- To jest taki bonus z Wielkiej Brytanii. - kontynuuje Ukrainka. - A teraz coś jeszcze. Potrzebuję jak największej grupy osób, która umie i lubi tańczyć. Chętni niech wstaną, reszta niech się odsunie, żeby zrobić miejsce. Zaraz wrócę. 
        Zagląda do nas za kulisy.
- Zwerbowałam ekipę do tańczenia, Zayn, pokażesz im jakieś kroki. Aha, zorganizowałam ludzi, którzy mają przypilnować Julę. Harry, Niall, wy ogarniecie ustawienie i kolejność, no i ewentualnie jakieś zdjęcia. Liam, ty się dołącz. A ty, Lou... Po prostu patrz i czekaj.
        Wraca do fanek. Ustawia je, poucza, mówi, co i jak. Wreszcie odsuwa czerwoną płachtę, która ukrywa nas przed światem. Pokazuje się Zayn, w bluzie, z kapturem na głowie i w okularach. Dźwiękowiec puszcza muzykę, chłopak pokazuje kroki. Przystępują do próby, w czasie której mulat nie może się powstrzymać i ściąga bluzę. Dziewczyny drą się niemiłosiernie. Ale trudno im się dziwić - w końcu na to czekały. Katya przyłącza się do tańca.
        W chwilę później wychodzą chłopcy. Przygotowują wszystko do mojej akcji. A ja uświadamiam sobie, że to już za chwilę. Za parę minut dokonam tego, co ostatnio chodziło mi po głowie, nie dając spokoju.
         Wyglądam, by ocenić sytuację i niemal od razu się cofnąłem. Dałem znak chłopakom, dźwiękowcowi i samemu sobie. Zjechała schodami i gdy dotknęła podłogi, z głośników popłynęły pierwsze takty, a ja zacząłem śpiewać...

~*~
*włącz sobie "Everything I do (I do it for you) Bryana Adamsa*

Look into my eyes - you will see
What you mean to me

     Rozgląda się dookoła, ale mnie nie widzi. Rusza bliżej scenki.

Search your heart - search your soul

     Przeczesuje wzrokiem tłumy. Robię krok w górę schodków.

And when you find me then you'll search no more

     Obraca się dookoła, aż dostrzega tańczącą grupę pod wodzą Katyi i Zayna. Oni wszyscy tańczą delikatnie, powoli, wskazując na swoje serca. Wirują w objęciach powietrza. Robię jeszcze jeden krok.

Don't tell me it's not worth tryin' for
You can't tell me it's not worth dyin' for

      Staję na scenie, wszyscy mnie widzą. Julia, tknięta przeczuciem, odrywa oczy od tańczących i patrzy w moją stronę. Patrzy na mnie.

You know it's true
Everything I do - I do it for you

       Stoi oniemiała. Zbieram się na odwagę i, kroczek po kroczku, schodzę z podwyższenia. Pokazuję na okolice swojej piersi, gdzie bije moje serce.

Look into your heart - you will find
There's nothin' there to hide

        Mój głos, po raz pierwszy w życiu, wydobywa się z głębi serca.

Take me as I am - take my life

        Pokonuję dzielącą nas odległość  i biorę jej dłoń w swoją.

I would give it all - I would sacrifice

         Przykładam jej dłoń do mojej piersi, patrzymy się prosto w swoje oczy.

Don't tell me it's not worth fightin' for
I can't help it - there's nothin' I want more

         Obejmuję ją w pasie i porywam do tańca. Rozglądam się i widzę Harry'ego, który nas nagrywa. Widzę Liama, który robi zdjęcia. Nie widzę Nialla, który pewnie obżera się gdzieś za rogiem.

You know it's true
Everything I do - I do it for you

          Nasze dłonie splatają się. Jej oczy są wilgotne. Tłumy stoją w milczeniu, dla nas przerwali zakupowe szaleństwo. Gdzieś kręci się telewizyjny kamerzysta.

There's no love - like your love
And no other - could give more love

          Wpatruję się w jej błyszczące zielone tęczówki. Nikt oprócz nas.

There's nowherre - unless you're there
All the time - all the way, yeah

          Chwytam ją za brodę i wpijam swoje wargi w jej. Ten pocałunek trwa, a przynajmniej mógłby trwać wiecznie.

Oh, you can't tell me it's not worth tryin' for
I can't help it ' there's nothin' I want more

          Puszczam ją, oniemiałą dziewczynę, wystylizowaną dziś na ostrą i odważną, choć taka nie jest. Klepię się po kieszeniach. W końcu znajduję. 

Yeah, I would fight for you - I'd lie for you
Walk the wire for you - ya I'd lie for you

         W jednej dłoni kurczowo ściskam jej dłoń, w drugiej przytrzymuję małe zawiniątko.

You know it's true
Everything I do - I do it for you

         Kończę śpiewać, całuję ją i klękam, z zawiniątka wyciągając szeroki pierścień, z kilkoma diamencikami układającymi się w serce. Kiedyś należał do mojej babci, dostała go na zaręczyny. A teraz...
Julio Jadfigo, czi wyjcieś sza mnie? - pytam po polsku. To jedno zdanie, którego nauczyła mnie Katya, może zmienić życie.
- Louis! - woła zszokowana. Po chwili obrywam w twarz. - Dlaczego mnie nie posłuchałeś?! - pyta z wyrzutem, ale już w następnej minucie przytula mnie. - Oczywiście, że się zgadzam. Tak! - wkładam na jej palec pierścionek.
         Zewsząd rozlegają się oklaski i krzyki. Zrobiłem to dla niej. Żeby zrozumiała, jak bardzo jest dla mnie ważna. "Wszystko, co robię - robię dla ciebie".

___________________________________________________________________________________
__________________________________________________________________
________________________________________________
No i tak to by wyglądało. Jestem nawet bardzo dumna z tego rozdziału xD Jeśli macie pomysły, to piszcie na maila: something0more@gmail.com ;)
A co do pomysłu, o którym wspominałam: czytelniczka Marciak zaproponowała dedykacje. Zgodziłam się z nią i tak oto od dziś, jeśli chcecie dedykacje, piszcie o tym w komentarzu z dodatkiem (swoje imię i chłopak, np. z 1D, ale może być z innego zespołu, może to być aktor itd.). Mam nadzieję, że pomysł chwyci ;D
A teraz komentujcie i oceniajcie rozdział. Ewentualnie możecie się też wybrać do mnie osobiście z mailem ;)

Bye ;*

XXIX. "Zmiany... przynajmniej na dziś"

Cześć, milo mi, że czytacie, to dużo dla mnie znaczy ;) Cieszę się też, że podrzucacie mi na maila pomysły co do przyszłej dziewczyny Nialla. Jeśli chcecie, możecie podrzucać pomysły na resztę rzeczy. 
Widzę też, że "kanapkowa teoria Niallera" przypadła Wam do gustu ;) A pisałam ją po lekcjach, czekając na autobus szkolny, wraz z początkiem weekendu w styczniu xD
Dobra, nie przedłużam i zapraszam do czytania ;)
___________________________________________________________________________________
___________________________________________________________________
_______________________________________________


     Przez całą drogę z lotniska miałam wrażenie, że ktoś nas śledzi. Ale w końcu dotarliśmy do naszego starego domu, który ''wynajmuje'' siostra mamy wraz ze swoim chłopakiem. Weszłam do mojego pokoju - nic się nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Opustoszały regał na książki, otwarta szafa, teksty piosenek pisane mazakami na ścianie przy łóżku, plakaty i zapełniona tablica korkowa. I MP4 rzucone na poduszkę. Niewiele myśląc położyłam się, włączyłam sprzęt, wcisnęłam słuchawki, wciąż podłączone do urządzenia, w uszy i zasnęłam, otulona solówką Louisa w "Change my mind".

      Wstałam koło dziesiątej. Wrzuciłam na siebie czarną bokserkę, koszulę w czarno-czerwoną kratę i czerwone rurki. Dodatki: czerwona bandanka na głowę, czarny pas do spodni. Włosy związałam na czubku głowy w koka-samuraja (jak twierdzi tata) i zeszłam na dół.
- Cześć. - mruczę, trąc oczy.
- Cześć. - odpowiada Ada, siostra mamy. Ciągnie powoli do trzydziestki. - Jak tam? Rzadko się odzywacie.
- Dobrze jest... A rzadko się odzywamy, bo nie ma kiedy, a przynajmniej ja taka zalatana jestem. Poza tym tanio nie jest. I chyba ten temat powinnaś obgadać z mamą.
- Mhm... A teraz mów mi szczerze, bo dzwonię do twojej matki się dowiedzieć prawdy. Masz chłopaka?
- Tak.
- A on nie jest przypadkiem kimś sławnym, bo wasze zdjęcia, wspólne, znalazłam w internecie na fejsie i jakimś plotkarskim?
- No jest. O co ci chodzi? - podchodzę do lodówki i wyciągam dżem. Siadam przy stole i szykuję dwie kanapki.
- Chcę wiedzieć, jak się nazywa, bo mi umknęło... Czekaj, czekaj... To nie czasem któryś z tych chłopaków z plakatów na twojej ścianie? - pyta odkrywczo.
- No raczej. - uśmiecham się z pełnymi ustami.

Tak, na marginesie, to tak wygląda moja ściana gwiazd xD
I zacna tablica korkowa xD

- A jak się nazywa, szczęściaro? - wzdycha.
- Może i jestem szczęściarą... A nazywa się Louis William Tomlinson. - szczerzę się.
- Ładne imiona, nazwisko też. Ile jest między wami różnicy?
- Rocznikiem to cztery lata, ale tak naprawdę to trzy. On jest z końca grudnia, a ja ze stycznia, to wiadomo. Ej, a ty tych tematów to nie zdążyłaś obgadać z mamą?
- No... Do ciebie nie zdążyłyśmy dojść.
- A gdzie reszta?
- Do dziadków pojechali. A Radek skoczył do siebie do domu. Jedziesz z nami później do Łodzi?
- Jasne, takie nawet miałam plany. - kończę kanapkę i zabieram się za drugą. Psy zaczynają szczekać, wyglądamy przez okno. Przyjechał chłopak ciotki.
- Jedz szybciej i jedziemy. - Ada wstaje i zaczyna się ubierać.
         Kończę jeść, lecę na górę i biorę torbę, o której myślałam, że zginęła, a cały czas leżała w szafie. Wrzucam do niej telefon, słuchawki, portfel i parę innych drobiazgów. Idę do łazienki i maluję oczy tuszem i eyelinerem, usta podkreślam krwistoczerwoną szminką. Schodzę na dół. Zakładam trampki, na plecy zarzucam wojskową kurtkę od jakiegoś munduru Jaśka. Na to szary szal, czapka w stylu Hazzy, też szara, ostatni look w lustro w przedpokoju i wychodzę, zamykając za sobą drzwi na klucz. Dziś na przekór mnie i mojemu stylowi, duszy. Wyglądam jak taka Site Model, ale o niebo lepiej.
- Julka? - Ada rzuca mi zdziwione spojrzenie, gdy wsiadam do auta.
- No co? Zmiany... - ... przynajmniej na dziś. Kończę w duchu.
         Nie odpowiada. Wyciągam telefon, podpinam słuchawki. Ruszamy spod domu. Ja wsłuchana w muzykę Eltona Johna i Beatlesów. Oni zajęci rozmową. Godzinę później, gdy prawie zasnęłam, gotując się w kurtce, zatrzymujemy się na parkingu przy Manufakturze. Minęło południe. Kurtkę i szal zostawiam w aucie.
         W budynku pierwsze kroki kieruję do księgarni Empik. Przy wejściu zaskakuje mnie plakat informujący o spotkaniu dla Directioners. Nie żebym coś, ale wydaje mi się to podejrzane. Chociaż... Z drugiej strony, to takie spotkania organizują na okrągło, dla fanów różnych artystów, więc nie ma się czego obawiać. Mimo to niepewnie wchodzę do księgarni i idę po schodach na drugi poziom, do książek. Podchodzę do regału w dziale anglojęzycznym. Zastanawiam się nad kryminałem a powieścią. W końcu nie biorę nic i idę do innego działu. Tam wybieram i powieść, i kryminał, i jeszcze jakąś biografię. Zanim pójdę do kasy zaglądam jeszcze do czasopism, wśród których wyłapuję te z artykułami o chłopakach. Znajduję fotki, jak tańczę z Lou na ich imprezie, inne, gdzie holuję pijanego Tomlinsona przez podjazd.
        Ktoś chrząka, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia. Spoglądam w stronę, z której usłyszałam dźwięk. To grupka dziewczyn i chłopaków w różnym wieku.
- Excuse me, you are Julia Avis? - pyta najwyższy chłopak z dziwnym akcentem. Kiwam głową. - You... You are girlfriend, ten, no... Louis Tomlinson? - znowu przytakuję. - So, can we take photo with you?
Eee... Okej. - uśmiecham się szeroko.

- Mówisz po polsku? - pyta niska i mała, na oko siedmioletnia dziewczynka.
- Gośka, to tylko plotka. Ona na stówę nie rozumie. - odpowiada jej chłopak. Wybucham śmiechem. - Co? - pyta zdezorientowany.
- Nic, nic, po prostu ja was rozumiem.
- Ty... Cały czas? Nie... - robią głupie miny. Wszyscy.
- No raczej tak. Przecież jestem z Polski.
- Ej, to odpowiesz na parę pytań? Bo my jesteśmy fanami i kibicami Lulii...
- Chyba mogę...
- Ile masz lat? Bo kiedy masz urodziny, to wiemy. Ale w tej kwestii nie ma pewności. - odzywa się ciemnowłosa dziewczyna.
- Skończyłam osiemnaście.
- Poważnie?!
- Tak. A resztę zostawcie sobie na później. Teraz muszę iść.
        Wymijam ich i ruszam do kolejki. Na moje nieszczęście jest długa, a tamta ekipa znów mnie dopada.
- Ej, jak masz na imię? Ale tak naprawdę? - pyta wyniośle czarnowłosa damulka w glanach i z kolczykiem w wardze.
- Julia. - wzdycham.
- A Avis?
- Jeju, wy aż tak słabo interesujecie się angielskim? - dziwię się. - Avis to na polski Jadwiga, czyli moje drugie imię. - robię dwa kroki do przodu, posuwając się za kolejką.
- Co robisz w Polsce?
- Sprawy rodzinne...
- Louis z tobą nie przyjechał?
- Nie. Nie pozwoliłam mu na to. - odpowiadam obojętnym tonem i przesuwam się do przodu.
- Dlaczego?
- Bo w środę lecą do Skandynawii. Ja nie jestem tu najważniejsza. A on musi odpocząć, ćwiczyć...
- Kochasz go? - pyta ta, na którą mówią Gosia.
- Oczywiście. Nie wyobrażam sobie związku, w którym brak miłości. A teraz przepraszam. - podchodzę do kasy i płacę za książki.
        Wychodzę na zewnątrz, idę w stronę centralnej części Manufaktury. Wychylam się przez barierkę i widzę próbę tancerzy. Ciekawe, co dziś za akcja? W grupie tańczących migają mi dwa prawie czarne warkocze, przez chwilę mam wrażenie, że to Katarinka. Ale nie, przecież ona jest w Londynie!
        Zjeżdżam ruchomymi schodami na dół i gdy robię krok na parkiecie, rozlega się zewsząd muzyka...

___________________________________________________________________________________
____________________________________________________________________
_________________________________________________

Mieliście okazję zobaczyć na zdjęciach fragment mojego pokoju, miejsca, w którym powstają najróżniejsze fragmenty rozdziałów ;D Nawet jest tam mój portret na tablicy, rysowany przez Katyę ;D 
I mieliście okazję przeczytać rozdział 29. Jestem z niego średnio zadowolona, ale z następnego, z numerem 30, jestem dumna jak nie wiem! xD Gdy słyszę piosenkę, która jest tłem dla rozdziału, to chce mi się ryczeć. Może z wami będzie podobnie.
Co jeszcze... Nadal aktualna jest możliwość podrzucania pomysłów na akcję, wydarzenia, bohaterów, dziewczynę Nialla na maila: something0more@gmail.com ;)

Następny rozdział jutro, myślę, że po południu, ale przed 16-tą. Nie będę też miała jutro zbytniej możliwości odpowiadania na maile czy komentarze i w ogóle na ich czytanie, bo mam biwak, a w telefonie ważność internetu się kończy i prawie zero na koncie ;D Ale pisać możecie xD
Dobra, do następnego ;D 

Następny rozdział = 6 komentarzy ;D

wtorek, 19 lutego 2013

XXVIII. Kanapkowa teoria Niallera

No i macie rozdział nr 28 ;D Zapoznacie się z "kanapkową teorią Niallera" i poznacie plany naszych drogich bohaterów. Dzięki za pomysły na dziewczynę Nialla, niedługo ją poznacie xD A teraz zapraszam do czytania ;)
___________________________________________________________________________________
_______________________________________________________________
_______________________________________

   Byliśmy w mieszkaniu. Wielkie i przestronne. I jest na poddaszu. Co prawda, łazienka i kuchnia są wyposażone, jako tako zresztą, a reszta jest goła, ale to dlatego cena była przystępna. Kuchnia, łazienka, duży pokój, dwa mniejsze i salon. Czyli naprawdę duże mieszkanie. W weekend mogłabym się przeprowadzać.
      Piątek... Spotkanie z Allyson Clark minęło w przyjemnej atmosferze zmieszanej ze smutkiem. Ona i przyprowadzony przez nią jakiś projektant (nie kojarzę dziada, za Chiny Ludowe!) zachwycali się niektórymi moimi projektami z Poznania i tymi mającymi nawet sześć lat. A ja... Cicha, milcząca, rozmyślająca o pradziadku, który pod koniec życia nikogo nie rozpoznawał, a mnie mylił ze swoją kilkanaście lat wcześniej zmarłą żoną... Ostatecznie zaproponowano mi współpracę. Ale w obecnej sytuacji jakoś nie jest to dla mnie powód do szczęścia.
      Sobota... To dziś. Dziś lecimy do Polski na pogrzeb, który odbędzie się w poniedziałek. Powrót planujemy na poniedziałkową noc. Ale najpierw muszę przekonać Louisa do zmiany decyzji.

- Louis, nie jedziesz ze mną! - wołam, miotając się po ''salonie'' w mieszkaniu, do którego przywieźliśmy pierwsze pudła.
- Pojadę, raczej mnie nie zniechęcisz. Poza tym jestem tu po to, żeby cię między innymi podtrzymywać na duchy, a to będzie ci tam potrzebne. - łapie mnie za nadgarstki. Wyrywam się, ale on nic sobie z tego nie robi, tylko przyciąga mnie bliżej.
- Ale ty w środę jedziesz z chłopakami do Skandynawii! Musisz odpoczywać.
- Odpoczywam tylko przy tobie. - mówi ze stoickim spokojem.
- Kurczę, czemu chcesz jechać do Polski?
- Przede wszystkim dla ciebie. A poza tym, jako członek zespołu, jestem to winny polskim fankom.
- Taa... W końcu po paru latach jeden z członków najpopularniejszego boysbandu na świecie, One Direction, ma zamiar odwiedzić Polskę. Polskie fanki szaleją! Woohoo! - ironizuję, parodiując dziennikarski ton.
- Ej, Mała, czy to źle, że chcę jechać tam gdzie ty? - obejmuje dłońmi moją twarz.
- Chyba... Bo jak ja będę może kiedyś chciała z tobą pojechać w trasę, to mi nie pozwolisz i w ogóle nie będę mogła...
- Julia, kto ci to powiedział? - jęknął zrezygnowany, opuszczając dłonie.
- Sama się domyśliłam.
- To się nie domyślaj, tylko w razie czego pytaj, Mała.
- Czyli?
- Czyli nie wiem. Nie myślałem nad taką sytuacją, ale... - obejmuje mnie w pasie. - Tam, gdzie ty, tam i ja. Tam, gdzie ja, tam i ty...
       To nie jest ten sam Louis, który od urodzenia, od X Factora, początków One Direction był tym, który kochał żartować. W szkole też lubił wycinać kawały. Ale zmienił się, zaczął dojrzewać do dorosłości... A przynajmniej tak mi się wydaje... Inny był z Eleanor. To rozstanie go zmieniło. A potem ja... Nie wiem, ale zdaje mi się, że on przy mnie chce być lepszy, boi się o przyszłość, a przede wszystkim... On ma tego świadomość i z każdym dniem chce być bardziej inny, doroślejszy.
- Ale ja ci nie pozwalam! Masz tu zostać, bo chłopcy gotowi pomyśleć, że przeze mnie nie interesujesz się nimi i jeszcze zespół się rozpadnie.
- Kobieto, nie dramatyzuj! - uśmiecha się, a ja się od niego odrywam.
       Wyciągam z pudła stojącego w korytarzu czajnik elektryczny, idę z nim do kuchni, nalewam wody i podłączam do prądu. Louis chyba zrozumiał aluzję, bo wyciąga kubki, herbatę, cukier i poduszki. Woda się gotuje. Zalewam herbatę. Wszystko to odbywa się w całkowitym milczeniu, jeśli nie liczyć szumu wody. Siadamy.
- Wiem, że w twoim interesie leży jeszcze jeden powód, dla którego chcesz jechać. - patrzę mu w oczy.
- Taa... Chciałem poznać twoją rodzinkę. Ale przy twym oślim uporze chyba daruję sobie tę egzotyczną wyprawę.
- Taa... I ja mam uwierzyć, że rezygnujesz?
- Musisz. - mówi delikatnie. - Ale powiedz mi... Jak po polsku brzmi moje imię?
- Ludwik. - uśmiecham się.
- Loudłig?
- Nie. Lud-wik.
- Aaa... Ludt-fik. - mówi ze śmiesznym akcentem. - Ale jeśli chciałbym gadać po polsku z fanką, to jak powiedzieć, że kocham Polskę i polskie fanki?
- Najpierw mi powiedz, dlaczego kochasz Polskę.
- Bo przyniósł mi ten kraj ciebie.
- Hahah, bo się zarumienię. - parskam śmiechem. - Cześć, tu Louis. Kocham Polskę i polskie fanki. - tłumaczę mu na polski.
- Czekaj, czekaj, powoli... Czieszić, tiu Louis...
Kocham Polskę...
- Kocham Piolske...
I polskie fanki.

- Iii pioskie faki... Co?! - pyta zdziwiony moją reakcją - wybuchem śmiechu, którego nie mogę powstrzymać.

- No bo... - zaczynam, gdy się uspokoiłam. - Powiedziałeś faki. 
- I co w tym złego?

- Bo po polsku to zdrobnienie od "fuck you"... Nie tyle nawet zdrobnienie, co określenie gestu ze środkowym palcem. - Louis zaczyna się śmiać. - To co, ćwiczymy dalej?

    Spakowana, ubrana, lecąca z rodzinką do ojczyzny - taka teraz jestem. Z Louisem pożegnałam się pod domem, zanim poszłam się spakować.

~*~

- Ale obiecaj, że napiszesz, jak wylądujecie. - poprosił słodko, mrużąc swoje oczęta w kolorze nieba. 
      Moim własnym, w kolorze brudnej limonki, ukazały się jeszcze dwa rządki prostych, białych zębów odsłoniętych w uśmiechu, a także nieogolona, jak zwykle ostatnio, broda. I burza włosów, przez które musiał przejść tajfun.
- Napiszę, nie martw się. - odwzajemniłam uśmiech.
      Louis wziął mnie za rękę, przycisnął do swoich ust i złożył pocałunek na wewnętrznej stronie mojej dłoni.
- Będzie dobrze. - spojrzał w moje oczy. - Wkrótce znów się zobaczymy. - pochylił się nade mną i pocałował w czoło. - Idę. Jeszcze wieczorem mamy próbę.
- Dobrze,. Nie będę cię zatrzymywać, idź. - ostatni uśmiech i odwrót. Weszłam do domu i poszłam się pakować.

~*~

- Witamy na pokładzie samolotu JumboFly linii lotniczych AutoD. - wita pasażerów słodka aż do obrzydzenia stewardessa. Włosy koloru jajecznicowa żółć, różowe tipsy długie na kilometr i twarz z makijażem rekina ze "Szczęk".
     Wylecieliśmy. A ja wyleciałam w objęcia Morfeusza.

*Louis*

     Ruszamy do kolejki. Byle tylko nas nie zobaczyła, bo będzie źle. W końcu wsiadamy. Siadam dwa rzędy za nią. Przeżywam skrzekliwe powitanie i cofam się pamięcią wstecz.

~*~

- Louis, jak mogłeś? - zapytał od progu Harry, gdy tylko wróciłem w czwartek od Julii. W ręce dzierżył patelnię.
- Ale... Co?
- Czemu nie powiedziałeś? - powiedział pytająco i z wyrzutem. A mimo to czułem w jego głosie ledwo powstrzymywany wybuch śmiechu. I gdy spojrzał na moją bezradną minę, nie wytrzymał. Musiałem odczekać dłuższą chwilę, nim w końcu przemówił. - No bo dzwoniły twoje siostry. Chciały z tobą gadać, a ty masz komórkę wyłączoną...
- Co chciały?
- Zapytać, czy to prawda, że będziecie mieszkać razem. No wiesz, ty i Julka.
- To prawda, chyba. Bo Jula nie wyraziła swojego zdania.
- CHŁOPAKI!! - wydarł się. - Chodźcie!
- Co jest? - mruknął Zayn, wyłażąc z łazienki.
- Louis! - wrzasnął Niall na mój widok. - Jak tam wasze marchewki?
      Stałem osłupiały. Chłopcy doszli chyba do wniosku, że nic nie rozumiem, bo zamknęli jadaczki. Hazza zaczął im tłumaczyć, że ich podejrzenia stały się faktem. Brakowało tylko Liama.
- Jest u Dan. - wyjaśnił Zayn. - Ale powiedz, czemu chcecie zamieszkać razem? - źle mnie zrozumiał, ale się nie odzywam. - Czekaj, spróbuję to wytłumaczyć... No więc kochasz ją, to fakt, i znasz ile?.. Rok, ale jesteście bliżej i bliżej blisko pół roku, a parą czwarty miesiąc. Okej, to rozumiem. Ale dlaczego po czterech miesiącach będziecie mieszkać razem? Podejrzewam, że boisz się tego, co przyniesie jutro. Bo ty byłeś w szpitalu, Julka też, nawet w gorszym stanie. Więc nie zdziwiłbym się, jeślibyś przyznał, że to, a w przyszłości może zaręczyny i ślub mogą odgonić tego pecha. - stałem jak zaklęty, wsłuchując się w jego słowa. - Po twojej minie wnioskuję, że niewiele minąłem się z prawdą... Ale weźmy też pod uwagę fakt, że byłeś z Eleanor ponad dwa lata i nic...
- To teraz ja. Z mojego punktu widzenia... Nie przerywaj! - zastrzega Niall. - Wyobraź sobie, że Julia i Ell to dwa różne dania, jedno lepsze od drugiego. Jedno masz na wyciągnięcie ręki, znowu drugie jest niedostępne. I przy sobie masz Eleanor... Ale coraz częściej nie jesteście tacy jak dawniej. Co jakiś czas zmieniały się, nadal się zmieniają składniki, z których jesteście zbudowani, czyli cechy charakteru, przyzwyczajenia...Zaczynacie się od siebie oddalać, jesteś przejedzony tą znajomością. No i nastąpił koniec. Na scenę wkroczyła więc Julia, której zaczynasz pragnąć. - rany! Niall, co ty brałeś?! - Ale początkowo ona nie zwraca uwagi na żadnego z nas. No, z wyjątkiem Liasia, ale z nim się przyjaźni. I nagle bum!, zaczyna się z nami przyjaźnić. Pojawia się dylemat: którego ma wybrać, bo jest jeszcze Hazza? Nie chce nikogo ranić, więc wyjeżdża. Ty się pogrążasz, Harry otrząsa. Po paru miesiącach wraca, w naszych sercach panuje radość. Ty wiesz, że ona jest egzotyczną potrawą. Czujesz, że nigdy nie nastąpi przejedzenie, nie będzie powtórki z Ell. Dlaczego? Bo ty i Julia jesteście tak od siebie różni, z zupełnie różnych środowisk, wręcz światów. Mimo rozłąki zawsze się znajdziecie, choćby i na końcu świata. Z Ell łączyło cię wiele rzeczym jak choćby ojczyzna, język. Jesteście do siebie strasznie podobni charakterem, zachowaniem. Szczerze, to nigdy nie bylibyście ze sobą wiecznie. Mogłaby być twoją kochanką, przyjaciółką, ale nic więcej. Ona nigdy nie była, nie jest i nie będzie Julią. Ty i Julia to dwa różne światy, tak bardzo do siebie pasujące, jak żadne inne. - skończył, a ja zrobiłem wielkie oczy i usiadłem na szafce na buty.
- Niall... - próbowałem sklecić jakieś sensowne zdanie.
- Nazwałem to "kanapkową teorią Niallera". - chłopak wypiął dumnie pierś do przodu.
- Niall... - chłopcy się śmiali, a ja pokręciłem głową. - Niall! Nic już dziś nie jedz, bo ci kanapki w głowie namieszały!

~*~

- Wróciłem! - krzyknąłem, by obwieścić swoją obecność. 
- Co tam? - zapytał Liam, wyłaniając się z jadalni.
- Jadę do Polski.
       Ledwo moje słowa wybrzmiały do końca, usłyszałem odsuwane krzesła i głosy chłopaków. Z kuchni wyskoczyła banda rozwrzeszczanych baranów, którzy podniecają się moimi sprawami. Jakbym nie mieli swojego życia.
- Jak to? O co ci chodzi? - zapytała Danielle wyłaniając się zza Liasia. Faktycznie nie jest w temacie, zresztą jak reszta.
- Julia jedzie z rodziną do Polski na pogrzeb pradziadka. Zaproponowałem jej, że z nią pojadę, ale odmówiła. Więc pojadę za nią, ale żeby mnie nie widziała. Planuję dowiedzieć się, gdzie mieszka. Hmm... Wiem, że jutro jedzie na zakupy do Manufaktury. Tam ją dorwę, z Katyą szykowałem akcję dla niej... No i myślę, że się uda... 

- Stary, nie żebym coś, ale średnio to widzę. - ostudził moje zapały Zayn. - Dlatego jedziemy z tobą.
- Nie!
- Tak i nie marudź! - uciął Daddy. - Ale potrzebujemy Katyi, bo zna polski. - chłopcy przytaknęli. - Zayn, dzwoń po swoją pannę! A my się pakujemy.
        Na nic się zdały moje protesty. Zrezygnowany powlokłem się do siebie i spakowałem to co trzeba. Usiadłem na łóżku i zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy: że chłopcy nie pomyśleli o swoich biletach i spaniu. Niewiele myśląc otworzyłem laptopa, załadowałem odpowiednie strony i zrobiłem tym ludziom rezerwacje. Niall, Hazza i Liam - jeden pokój, Zayn i Katya - drugi. No i kto tu myśli, co?
- Louis! - wydarł się Niall.
        Wyłączyłem laptopa, szybko przełożyłem ciuchy, złapałem torbę i zbiegłem na dół...

~*~


- Ej, lowelas! - wydarł mi się do ucha Harry. - Wysiadamy!
         Nie do końca rozbudzony wstaję i ruszam za resztą do wyjścia. Chłopcy odbierają bagaże, podaję im i Ukraince bagaże, a sam, schowany przed światem za bluzą Nialla, okularami Zayna i czapką Harolda, ruszam na parking. Dziś jak najbardziej zależy mi na anonimowości. Wsiadam do jednej z taksówek w chwili, gdy Julia wychodzi z budynku. Za nią podąża reszta rodziny. Przyglądam się dziewczynie. Idzie żwawym krokiem i z lekkim uśmiechem na twarzy, jak zwykle bladej. Na pewno cieszy się, że jest już w kraju.
Dokąd? - pyta kierowca, zapewne po polsku.
- Proszę?
- Dokąd pana zawieźć? - powtarza po angielsku.
- Za tamtą taksówką. - wskazuję na auto, do którego wsiedli.
        Jedziemy w milczeniu. W międzyczasie przestawiłem godzinę na zegarku, odebrałem wiadomość od Julki ("Już dolecieliśmy, właśnie jedziemy do domu.") i porządnie się wynudziłem. W końcu, po mniej więcej godzinie, tamta taksówka skręciła na podjazd przed dużym szarym domem. Zawróciliśmy kawałek dalej. W drodze powrotnej zapamiętałem numer domu i nazwę miejscowości. Po godzinie zajechaliśmy pod hotel. Odbiór rezerwacji i idę do siebie. W pokoju rzucam się na łóżko i zasypiam...

___________________________________________________________________________________
___________________________________________________________________
____________________________________________

No, to by tak wyglądało. Nawet długi wyszedł ;D Następny... Nie wiem, czy będzie ciekawy, no, może trochę. Jak będzie z 5 komentarzy, to dam następny rozdział, ale jutro. 
Jeśli macie jakieś pytania czy coś, to tu mój e-mail: something0more@gmail.com. 
Komentujcie ;D Do następnego ;D

poniedziałek, 18 lutego 2013

XXVII. "The struggles I'm facing, The chances I'm taking Sometimes they knock me down but No, I'm not breaking I may not know it But these are the moments that I'm gonna remember most yeah Just gotta keep going And I, I got to be strong"

Hej! Dziękuję za osiem komentarzy (swojego nie liczę). Jesteście wielcy ;D Miło się większość czytało. Teraz znowu krótki, ale znowu akcja "zmienianie rozdziału". Wiecie, zbliżamy się do rozdziału z wyjątkową akcją xD No co ja mam powiedzieć? Ferie mi się kończą, mam lekturę do przeczytania (Opium w rosole), "poradnik" do napisania na polski... Niefajnie. Ale w czwartek mam biwak w naszym kochanym MCEE ;) Coś jeszcze?.. Tak, wiem!!! Czytajcie i komentujcie ;*

Jeszcze jedno: ogromnie, przeogromnie dziękuję za 5915 wejść! Gdy zakładałam tego bloga nawet mi się nie śniło, że mój blog będzie choć odrobinkę tak lubiany ;*** Dziękuję ;**
___________________________________________________________________________________
___________________________________________________________________
________________________________________________


- Zayn, Harry... Chłopcy! - zawołała Katya stłumionym głosem.
- Czego? - pyta zmęczony Liam.
- Nie: czego, tylko spójrz! - śmieje się.
- Oooojojoj! - zawył radośnie Harry. - Gołąbki korzystały z wolnej chaty, pogodziły się i... Hahah... i robiły... Hahah... Małe marchewki! - Hazz nie wyrabia ze śmiechu.
- Zamknij się! - karci go Zayn, ale sam się śmieje. - Jedno trzeba przyznać...
- Trzeba częściej upijać Louisa i zostawiać mu wolną chatę z Julą w środku! Hahaha! - wcina mu się rozbawiony Loczek.
- No... Mniej więcej. - parska śmiechem mulat.
     W końcu otwieram oczy i się podnoszę. I wiem już, co spowodowało ich reakcję. Ja leżałam z rozpiętą koszulą, Louis obejmuje mnie caluteńką, aż ledwo się wyrwałam. Do tego dochodzą podrapane przez moje paznokcie ramiona i plecy. Przeciwko nam świadczą też porozwalane na podłodze ciuchy, zwinięty i odsunięty dywan i zrzucona pościel.
- Co jest? - pytam zaspanym głosem. No cały czas się gapią!
- Niic... - uśmiecha się Harry. - Tak tylko sobie patrzymy, jak bawiły się nasze marchewki.
- Taa... I co wywnioskowaliście?
- Że dobrze, że nas tu nie było. - odpowiada Liam.
- No... Niekoniecznie, ale okej. - mówię i szturcham Louisa.
- Co..? Gdzie..? - pyta zaspany. - O! Jesteście? - robi głupią minę na widok chłopaków i Katyi.
- No jesteśmy, pijaczyno. - potwierdza Liaś ze szczerzem na twarzy. - Jasiek nieźle cię opił. Co to było?
- Ponoć bimber... - jęknął Lou, trąc oczy. - Mocne jak nie wiem. Padłem po trzech...
- Kieliszkach? - parska śmiechem Hazza.
- Nie. Szklankach...
- Uuu! - gwiżdże z podziwem Zayn. - To kiedy następna runda?
- Po moim trupie! - sprzeciwiam się. - Skąd wy w ogóle wytrzasnęliście mojego brata?
- No wiesz, mamy Zuzkę, twoją mamę, internet... - wymienia Niall, zbliżając się do pokoju. I chyba coś przeżuwa. - Dowiedzieliśmy się, że w tym tygodniu będzie tu z powodu prezentacji aut, a co za tym idzie, będą też pokazowe jazdy czołowych kierowców z różnych kategorii wyścigowych. - tłumaczy Horanek, wchodząc przez drzwi. Najpierw moim oczom ukazuje się ogromna kiść winogron, a dopiero potem blond czupryna chłopaka. Na nasz widok zaczyna się krztusić właśnie połkniętą zieloną kulką owocu. - Co to ma być, ja się pytam?! A jakby tu były małe dzieci?! - drze się, gdy winogrono nie zagraża już jego przełykowi.
- Nie martw się Niall, tobie też znajdziemy dziewczynę. Najlepiej Nandosjankę. - klepie go po plecach Liam. - Dobra, ludzie, to my nie przeszkadzamy. - ekipa wychodzi, a on zamyka za nimi drzwi.
       Podnoszę się, idę do łazienki i tam się przebieram. Gdy wychodzę, pokój jest jako tako ogarnięty. Louis mocuje się z drzwiami szafy, które nie chcą się domknąć. Kręcę na to głową.
- Nie lepiej poskładać? - wskazuję na wywalające się z niej byle jak wrzucone ciuchy.
- Nie. - sapie. W końcu udaje mu się zatrzasnąć drzwi. Patrzy na mnie. - Idziesz gdzieś?
- Do domu. - robi smutną minę. - Ej, jutro widzimy się w szkole.
- Wiem, ale... - podchodzi i przytula mnie mocno. - Smutno będzie.
- Ale tylko do jutra.
- Aż do jutra... Mogę cię chociaż odprowadzić? - pyta z nadzieją.
- Jak chcesz. Ale ja nie zginę, nie martw się. Jeszcze umiem do siebie trafić.
- To odprowadzę. - uśmiecha się, bierze ciuchy i idzie się przebrać.

    Otwieram furtkę na nasze podwórko i idziemy do drzwi. W domu słychać dobiegającą z kuchni lub jadalni rozmowę. Rozbieramy się i kierujemy w stronę źródła. W jadalni siedzą moja mama, Jasiek i mama Louisa. Tata w kuchni zaparza herbatę.
- Dzień dobry. - mówimy chórem.
- Dzień dobry. - odpowiadają nasze rodzicielki.
- Dobrze, że jesteście. Właśnie o was rozmawiamy. - uśmiecha się mama Louisa.
- A... A o czym konkretnie? - dopytuje chłopak.
- LOUIS!! - woła Lottie wylatując z Zuzą z salonu. - Jesteś!
- Hej, Lotts. Co u ciebie?
- Nieźle! - jest... Szczęśliwa, że go widzi, choć widzieli się wczoraj.
- Rozmawialiśmy o waszej przyszłości, przeszłości... - odpowiada na pytanie Boo moja mama.
- Czyli? - dociekam. - Bo to niewiele mówi.
- Czyli... Zastanawialiśmy się, jak to z wami jest. - mówi tato, podchodząc do stołu z kubkami herbaty. Stawia je przed Lottie i jej mamą.
       Siadamy z Lou obok siebie. Coś czuję, że mają dla nas niezłe wieści. Nie tylko dobre.
- Julka, do tej pory nie dostałaś od nas prezentu urodzinowego... - co tata chce przez to powiedzieć? - Z twoją mamą jeszcze w zeszłym roku dokonaliśmy wyboru...
- Tato, o co chodzi? - niecierpliwię się.
- Kupiliśmy ci mieszkanie. - mówi mama po chwili dłużącej się w nieskończoność. - A w obecnej sytuacji, jeszcze przed waszym przyjściem, stwierdziliśmy z Jay, że tak będzie lepiej, jeśli... Jeśli chcecie, to możecie zamieszkać razem.
       Dobrze, że siedzę, bo bym padła. Źle, że siedzę, bo spadłam z krzesła i przyrżnęłam głową w kant stołu. Na moim czole czerwieni się już guz wielkości Wielkiego Kanionu w Kolorado. Ogólnie podsumowując: nie wierzę!, to nie może się dziać naprawdę. Kto jak kto, ale moi rodzice w życiu by się na to nie zgodzili.
- Eee... A gdzie jest to mieszkanie? - wyrywa mi się po ruszeniu tyłka z podłogi. Spoglądam na Louisa - szczerzy się z mojego wypadku.
- Na Coconut Avenue 69/17. - tłumaczy braciszek. - Później was tam podrzucę, to się rozejrzycie.
- Okej... - mruczę roztargniona. Coś nie daje mi spokoju.
- Moment... Sześćdziesiąt dziewięć? - parska śmiechem Lou. - Harry nad nami czuwa.
- Nieważne. - mówię, szturchając go lekko, żeby się ogarnął. Zwracam się do reszty - A ta zła wiadomość?
- Nie ma złej wiadomości... - mama blednie.
- No właśnie widzę. Jest. Co się stało? - dociekam.
- Julia... Pradziadek nie żyje... - mówi tata.
       Smutnieję. Odszedł ten kochany starszy pan, który, gdy byłam mała, godzinami opowiadał o wojnie, którą przeżył, o Polsce po wojnie. Czasem śpiewał też stare pieśni wojskowe i harcerskie.
- Szkoda... - tylko tyle mówię, na więcej mnie nie stać.
- Julia, będzie dobrze... - Lottie i Louis obejmują mnie w geście pocieszenia.

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________
___________________________________________

Było parę komentarzy o dziewczynie Nialla. Powiem tak: ja mam na razie tylko koncepcję, że będzie, ale jej wygląd, cechy charakteru wymyślajcie wy, miejcie wkład w powstawanie opowiadania ;) Sama bohaterka niedługo się pojawi, ale między nią a Niallem to gdzieś dopiero koło 40.-ego rozdziału ;) Macie jakieś sugestie, propozycje, ogólnie do całego opowiadania - piszcie w komentarzach. 
Mama nadzieję, że się podobało. A co będzie w najbliższych? Wyjazd do Polski i niespodzianka ;D Więcej nie zdradzę.

5 komentarzy=następny rozdział ;)


No, to następnego ;*


PS. Myślę nad zmianą wyglądu bloga ;D
PPS. Cytat w tytule to fragment "The climb" Miley Cyrus - mam do tej piosenki sentyment xD

czwartek, 14 lutego 2013

XXVI. "Let's go crazy, crazy, crazy..."

    Heh, dodaję dopiero dzisiaj. Nie wiem, jak wyszedł ten rozdział, na pewno jest krótki. Ale mogę wam obiecać, że następnych będzie się, oj będzie się działo ;D A już w trzydziestce to w ogóle.
    Emm... Bo bym zapomniała, dziękuję za pomysły do rozdziałów, spróbuję któryś wykorzystać.           Przepraszam też  Kasię Inez, ale zrezygnowałam z tego dodatkowego, czy też pierwotnego rozdziału. Po prostu by mi tu nie pasowało do dalszej opowieści. 
    
Zapraszam do czytania ;)

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________________
____________________________________

- Kim ty jesteś? - pytam wystraszona i uświadamiam sobie, że cała drżę. Odwracam się i wypuszczam powietrze, które nieświadomie przetrzymywałam w płucach. - Uff... Louis, wystraszyłeś mnie. Co ty odwalasz?..
        Nie odpowiada, w zamian pochyla się nade mną i łapczywie oraz namiętnie obsypuje pocałunkami moją szyję, twarz, ramiona... Ulegam jego natarczywym dłoniom, które już zdejmują ze mnie koszulę, sama oddaję mu pocałunki... Rozpina i zdejmuje spodnie. Bierze mnie na ręce, ja bez wahania oplatam jego biodra nogami, ręce opieram na jego szyi.
- Julia... - szepcze między jednym pocałunkiem a drugim. Nim coś dopowie, zatapia swoje miękkie, gorące usta w moich. To coś lepszego niż odlot po narkotykach. Przesuwa językiem po moim podniebieniu, mój mięsień mowy przyłącza się do tego tańca. - Kocham cię... do szaleństwa... Chcę cię... przy sobie... razem... Zawsze... - jego dłonie wędrują po moich plecach. W końcu znajduje sprzączkę i rozpina mój stanik. Po chwili dołącza on do stosu ubrań na dywanie, na którym parę chwil później znajdujemy się i my.
       Całuje mój obojczyk, potem coraz niżej... Wtedy ''budzę'' się z ekstazy i uświadamiam sobie, co oznaczają ta jego natarczywość, namiętność... On chce seksu! Próbuję się wyswobodzić, ale Louis tylko mocniej mnie przytrzymuje. Po chwili namysłu decyduję się i przechodzę do czynów. Z "przepraszam'' na ustach uderzam go z liścia. Do chłopaka ten fakt dociera dopiero po dłuższej chwili i gdy rozciera czerwieniejący policzek, ja mu się wymykam, chwytam koszulkę i butelkę whisky, która z niewiadomych powodów znalazła się na szafce i lecę do łazienki. Louis dopada drzwi w chwili, gdy ja je zamykam na klucz. Zakładam koszulkę, stawiając wcześniej butelkę na półce przy lusterku.
- Julia! - krzyczy bełkotliwie. - Otwórz te cholerne drzwi!
- Nie! - odpowiadam drżącym głosem i siadam na wannie.
- Otwieraj! Chcę to skończyć!
- Nie ze mną!
- Julia! Julka, Julcia, Juleczka... Kocham cię, kochanie. - jego głos robi się płaczliwy. A ja się wzruszam.              Kiedy on zdążył się nauczyć polskiego? Tak poprawnie językowo, bez akcentu?
       Biorę butelkę, otwieram i pociągam długiego łyka. Siadam na podłodze i, po opróżnieniu litrowej butelki, zasypiam z zaschniętymi łzami na policzkach.


      Budzi mnie pukanie do drzwi. Początkowo nie wiem, gdzie jestem, ale już po chwili wracają wspomnienia nocy.
- Julia, jesteś tam? Odpowiedz, proszę... - słyszę błaganie chyba skacowanego Louisa. Sama mam kaca jak cholera.
       Niepewnie podchodzę do drzwi i uchylam je. Chłopak natychmiast otwiera je na całą szerokość i łapie mnie w ramiona.
- Och, Mała, bałem się. Najpierw nigdzie nie mogłem cię znaleźć, a potem, jak już odkryłem, że się tu zamknęłaś, to bałem się, czy sobie nie zrobiłaś... - dopiero teraz spostrzega moją twarz bez wyrazu. - Julia, co się stało? To przeze mnie, prawda? - kiwam głową. Chwyta mnie za ramiona i przygląda się mojej twarzy z niepokojem. - Tylko co ja takiego zrobiłem?
- Nie krzycz tak. I puść mnie.
       Wyrywam się z jego uścisku, kładę się na łóżku, zwijam w kłębek i odwracam się od Louisa. Ale chłopak nie daje za wygraną. Kładzie się naprzeciwko mnie i patrzy w moje oczy. Odwracam wzrok.
- Powiedz, co ja zrobiłem? Bo naprawdę... Nic nie pamiętam.
- A czego nie zrobiłeś? Co pamiętasz? - pytam ze złością. - Bo się ostro urżnąłeś! Nie miałeś siły stać, w taksówce chrapałeś i się śliniłeś, a w nocy... Co ty piłeś?
- Nie wiem... Częstował mnie jakiś Jasiek, chłopaki mnie z nim poznali... To co piłem, było podobne do wódki...
- Ale ten chłopak... Jak wyglądał?
-Wysoki, dobrze zbudowany... Hazz mówił, że jest kierowcą...
- Kurde, Jasiek! - podnoszę się z wrażenia. - Poczęstował cię zapewne bimbrem, czyli wódką samoróbką...
- Kim on jest?
- Moim bratem. Ale jakby kto pytał, to po pierwsze: nie przyznaję się do niego, a po drugie, to go chyba w szpitalu podmienili... Tylko jak on się tam znalazł?
- No mówię, że chłopaki go zaprosili...
- No ale skąd on się wziął w Londynie?
- Nie wiem... - kręci głową. - Powiesz mi wreszcie, co ci zrobiłem? Krzywdę? Ból?
- Ty naprawdę nic nie pamiętasz?
- No... nie. - dotyka opuszkami palców mojej twarzy. - A powiesz mi?
       Streszczam mu wydarzenia, minionej nocy. Gdy kończę, wygląda na zmartwionego. Nic nie mówi. A potem przytula mnie, tak mocno, mocno. A potem bierze mnie na ręce i znosi na dół do kuchni. Siadam na blacie szafki.
- Ty siedź, ja robię śniadanie. - uśmiecha się.
- Nie ma sprawy. - macham nogami i poprawiam koszulę Louisa, którą mam na sobie. - Masz świadomość tego, że ominęła nas szkoła?
- Wiem... Ale żyje się raz. Poza tym oni są tam w tej kwestii wyrozumiali... - wyciąga patelnię. - To już wiem, czemu w domu tak cicho! - woła głośno. - Stado jest w szkole. - szczerzy się.
       Zeskakuję z szafki i pomagam mu robić śniadanie. Dzięki temu niecały kwadrans później siadamy do stołu. Jest godzina dziesiąta.
- Zmęczona? - pyta. Kiwam głową. - Ech, kobieto...
- No co? - dziwię się. - Przez ciebie się upiłam, głowa mnie trochę boli...
- Oj, Mała, nie obrażaj się... - przysuwa się bliżej, unosi mnie i sadza na swoich kolanach.
- Nie wiem, o czym ty myślisz, ale w razie czego ja wysiadam. - ostrzegam.
- Nie, nie... Myślę nad powodem twojego smutku. - nie odpowiadam, bawię się jego potarganymi włosami.
- Co? - pytam i biorę kanapkę.
- Martwię się.
- Louis, nie martw się tak bardzo... - mówię po przełknięciu kęsa. - Ja po prostu jestem głodna i zmęczona.
- Ale chyba nie tylko... - odgarnia wpadający mi do oka kosmyk. Następnie bierze kanapkę i je.
        Gdy później sprzątamy ze stołu, ledwo trzymam się na nogach. Zmęczenie sięga zenitu i prawie usypiam na schodach. Ale Lou przytrzymuje mnie i prowadzi za rękę do pokoju. Sadowi mnie na łóżku, a ja przewracam się na bok i zasypiam.
- Kocham cię. - szepcze chłopak do mojego ucha, kładąc się obok i obejmując mnie w pasie.


No i to byłby koniec rozdziału. Nie wiem, mam coraz mniej normalnej weny, robi mi się fantastycznie w następnych rozdziałów. Komentujcie, czytajcie, piszcie, co wam się podoba w tym opowiadaniu, a co nie. To mi pomoże. 

PS. Niall będzie miał dziewczynę xD

6 komentarzy = następny rozdział

Dodam nexta prawdopodobnie w weekend albo dopiero w poniedziałek, bo jadę do kumpeli.

niedziela, 10 lutego 2013

XXV. "Boo, jak ty o nią dbasz?"

Hej, wiem, że jest późno, ale wcześniej byłam z Natką na sesji w lasku xD Dziękuję za sporą liczbę komentarzy, bardzo mi miło. Przepraszam tych, którzy jutro idą do szkoły i teraz pewnie nie mogą przeczytać. Dobra, żeby nie przedłużać, powiem jeszcze tylko jedno: dołączyłam do ekipy bloga Wszystko Dla Nastolatek. Jestem tam jako Julia Avis. Pierwsze tematyczne notki zaczną się pojawiać jutro. Mam nadzieję, że zajrzycie, może wam się tam spodoba... No, to tyle, zapraszam do czytania, komentowania i zajrzenia na tamtego bloga w wolnej chwili.
____________________________________________________________________________________
________________________________________________________
_______________________________


- Kevin!! - drze się Lou, gdy wchodzimy do domu. - Wróciliśmy!!
      Idziemy do kuchni zostawić zakupy na imprezę. I wtedy chłopak przyciąga mnie do siebie. Muska swoimi rozgrzanymi do czerwoności ustami moje. Bierze mnie na ręce i zanosi do swojego pokoju. Tam padamy na łóżko. Leżymy obok siebie.
- Kocham panią, pani Tomlinson. - szepcze, przesuwając dłonią po moim ramieniu.
- Nie jestem twoją żoną. - przypominam mu.
- Wiem, wiem... Ale coś dla ciebie mam. - podnosi się i grzebie w szufladzie szafki nocnej.
       Wyciąga pudełeczko i podaje mi do ręki. Otwieram i widzę malutkie serduszko na łańcuszku.
- Ja wiem, stary jestem i brzydki. Ale cię kocham. A to jest dowód, że nie jesteś mi obojętna. To nie są oświadczyny, jeszcze nie... Ale tak na przyszłość zapytam: zostaniesz kiedyś tam moją żoną?
- Hmm... Czemu nie. - uśmiecham się i przytulam do chłopaka.

       Dojeżdżamy do sali, która powoli zapełnia się gośćmi. Wciąż myślę o wydarzeniach z domowego zacisza. Trzymamy się za ręce i idziemy do środka.
- Julka, możesz na chwilę? - pyta Katya w korytarzu, gdy tylko nas zauważa. Louis mnie puszcza, więc podążam za dziewczyną do małej kuchni. - Co jest?
- Co się dziś wydarzyło? No bo wiesz, wyglądacie jak nowo narodzeni, tacy zakochani... Aż pozazdrościć...
- Nie, nic się takiego specjalnego dziś nie wydarzyło.
- Właśnie widzę...
      Wchodzimy do sali. Chłopcy są w swoim żywiole. Niall pochłania góry jedzenia, Harry prezentuje swoje atuty przed grupką dziewczyn.
- A jak ci się układa z Zaynem? - pytam, przekrzykując muzykę. DJ Malik jest w swoim żywiole i dobrze zajmuje się robotą.
- Hmm... Nie wiem... Niby jest tak, jak zwykle, ale coś w nas jakby usnęło...
- To musicie to coś rozbudzić.
- Ale nie umiem... -w jej oczach błyszczą łzy. Obejmuję ją i pocieszam.
- Jeśli ci na nim zależy, to wszystko jest możliwe.
      Potrząsa głową, ociera łzy i podchodzi do mulata. Chłopak chwilę o czymś z nią rozmawia, ona kiwa głową w stronę tarasu. Zayn przekazuje stery Louisowi i wychodzi z nią na zewnątrz. Nie wiem, co robić, więc idę do DJ-a Tommo.
- Co tam, Mała? - pyta wesoło.
- Jak to się obsługuje? - wskazuję na sprzęt.
- A co?
- Chcę się pobawić. - śmieję się i oplatam go ramionami.
- Dobra, czego chcesz? - spogląda na mnie rozbawiony.
- Włączy jakąś piosenkę.
- Jaką?
- Nie powiem, bo zrobisz to za mnie.
- No to siadaj. - wskazuje na swoje kolana. Robię to, co każe. - Daj rękę. - podaję, a on kładzie ją na joysticku. - No więc który kawałek?
- A masz Bryana Adamsa?
- Coś jest... - przesuwa listę. Jest ta piosenka. - No i która?
- Puść, włączę. - i tak robię. Podgłaszam dźwięki "Summer of '69" i łapię chłopaka za rękę. - Zatańczymy?
       Nie odpowiada, ale wstaje. Wtuleni w siebie, młodzi, zakochani... Przed nami cały świat, można by rzec.
- Ale nadal nie rozumiem... Na pewno chcesz kiedyś tam za mnie wyjść?
- Mhm... Bo pana kocham, panie Tomlinson. - szepczę mu do ucha. - Bo jest pan kimś, z kim chcę iść przez życie. Bo to twój uśmiech rozjaśnia każdy mój dzień...
- Gadasz jak poetka. - całuje mnie w czoło.
- Kiedyś chciałam nią być... Ale nie mam talentu.
- Szkoda... Patrz, Paul przyszedł.
- Kogo zaprosiliście?
- Dokładnie to nie wiem, bo to chłopcy tworzyli listę gości. Ale widzę, że parę sław znalazło czas wolny dla naszego zespołu. - uśmiecha się. - Jest Perrie z dziewczynami... Mam nadzieję, że nie ma żalu do Zayna... Ed przyszedł, Cher, Ollie... Nie powiem, zaszaleli. Sporo dziennikarzy... Chłopaki z zespołu, wiesz, gitarzyści, perkusiści i tak dalej... Rany, rodzinki też zaprosili. - szczerzy się.
       Piosenka się kończy. Lou podchodzi do sprzętu, grzebie w ustawieniach i ciągnie mnie w stronę swojej rodzinki.
- Och, Lou, tu jesteś. - woła jego mama na powitanie. - Och, witaj, Julio...
- Dzień dobry...
- Ej, córcia, wszystko w porządku? Co tak zmarkotniałaś?
- Proszę? - nie od razu docierają do mnie jej słowa. Faktycznie, zrobiłam się smętna. - Nie, nic, po prostu... jestem zmęczona.
- Skarbie, to co ty tu jeszcze robisz? Boo, jak ty o nią dbasz? - spogląda na niego z wyrzutem.
- Oj, mamo... Dbam o Julę. - przyciąga mnie do siebie i obejmuje tak, że stoję tyłem do niego. - Nawet bardzo... Gdzie dziewczyny?
- Nie wiem, pewnie tradycyjnie łowią autografy.
- Ekhem... Chcieliśmy na chwilę przerwać zabawę, ponieważ zebraliśmy się tu w konkretnym celu... - przemawia Liam.
- Ale najpierw poprosimy tutaj naszego gołębia wraz z jego gołębicą. - dodaje Harry, wskazując na naszą dwójkę. Niemrawo podchodzimy, a Loczek mówi dalej. - Tak więc z wielką przyjemnością ogłaszamy, że powstanie teledysk do Summer Love. - przerwa na oklaski.
- Ale to nie wszystko. - uprzedza Zayn. - Z jeszcze większą przyjemnością ogłaszamy, że zabieramy się do pracy nad nowym albumem. - jeszcze większe oklaski i uśmiechy na twarzach chłopców.
- Hmm... Jeszcze jedno... - mruczy do mikrofonu Niall. - Nasza... Pardon, Louisa gołębica wzbija się po szczeblach kariery. Już pewnie niedługo będziemy mogli podziwiać owoce jej pracy... Niestety, chyba wam nie powiem, w jakiej dziedzinie zasłynie, ale mówię, że to niestety nie jedzenie...
        Czmycham w tłum, póki mogę. Ale wpadam na kogoś. Jest nim Fizzy, siostra Louisa.
- Hej. - uśmiecha się. - A ty nie z Lou?
- Chyba będą śpiewać, to po co tam ja?
- No, chyba, że tak... Julia... Możemy pogadać? - kiwam głową. Prowadzi mnie na taras w ogrodzie. Siadam na schodach. - Chciałabym zapytać... Jak to jest między tobą a Louisem?
- Ale... Zależy, o co ci chodzi...
- No... Jak wy się poznaliście?
- Normalnie. W szkole. Chodzimy do jednej klasy.
- Faktycznie, normalnie... Ale powiedz mi, jak i kiedy to się między wami rozwinęło?
- To znaczy... Z chłopakami zaczęłam rozmawiać po tym, jak Harry podstawił mi swoje zacne kopyta i padłam w objęcia Louisa na matmie. To było mniej więcej tydzień po jego rozstaniu z El... To znaczy, wiesz, zaczęłam wtedy z nimi rozmawiać, ale ogólnie, to z Liamem przyjaźniłam się wcześniej. A rozwinęło się, gdy wróciłam z Polski... A czemu pytasz?
- No bo... To jest tak... Chyba się zakochałam... Ale z dziewczynami nie pogadam, bo bliźniaczki są za młode, a Lottie ostatnim razem mnie wyśmiała. Z mamą niezbyt umiem o tym gadać... I pomyślałam, że może ty mi pomożesz, bo komu jak komu, ale tobie ufam. El... Do niej czułam lekką rezerwę.
- Okej... Więc od początku: w czym problem?
- Do Doncaster przeprowadził się z rodziną ostatnio taki chłopak... On jest dwa lata starszy... A, no i mieszka w domu obok nas.
- Rozumiem. A jak wygląda?
- Wzrostu Louisa, ciemne włosy, podobnej długości, jak te Liama... Zielone oczy, trójkątna twarz, kolczyk w wardze...
- Mhm, to chyba ładny. - uśmiecham się.
- No... I pierwszy do mnie zagadał. Miły jest... Ale to chyba Lottie wpadła mu w oko... - smuci się.
- Ech, dziewczyno... A Chharlotte?
- Ma chłopaka.
- A jak ten twój sąsiad ma na imię?
- Anthony.
- Ładne imię.
- Wiem. Julia... Co takiego w tobie sprawiło, że spodobałaś się Louisowi?
- Emm... Nie wiem, naprawdę, nie pytałam go o to. Ale podejrzewam, że mój spokój przy kego energiczności. Potrzebował i potrzebuje kogoś, kto go przyhamuje z pomysłami.
- Tak, to prawda... - uśmiecha się.

        Po godzinie długiej rozmowy wracamy do budynku. Podchodzi do nas Louis, który na mój widok robi się smutny i mocno mnie przytula.
- Kocham cię. - szepcze mi do ucha. Trochę mu się przy tym plącze język.
- Julia, wracajcie lepiej do domu... - podchodzi do mnie Liam z Harry'm.
- Czemu?
- Louis źle się czuje. - mówi Hazza.
- Nie czuję się źle. - buntuje się chłopak, przestawiając wyrazy, przez co wychodzi dziwne zdanie.
- Trochę wypił. Na co dzień jest przeciwnikiem alkoholu, rzadko kiedy pije, nie ma mocnej głowy... - tłumaczy Liam, powstrzymując  Louisa przed upadkiem. - Ale się dziś ostro urżnął, więc radzę ci go zabrać do domu, zanim coś odwali, a dziennikarze to zobaczą.
       Prowadzimy go do zamówionej wcześniej taksówki. Na auto Lou nie można liczyć; ja nie mam prawka, a on chrapie teraz przez sen, rozwalony na tylnym siedzeniu. Siadam koło niego i już mam zatrzasnąć drzwi, gdy Liam mówi:
- Nie wystrasz się, ale może mu później ostro odwalać. - zamyka drzwi i jedziemy.
       Pół godziny później wyciągam nieprzytomnego Louisa z auta i, po zapłaceniu kierowcy, prowadzę go do domu.
- Louis, cholera, ruszaj się! - mruczę pod nosem.
       W końcu znajdujemy się w jego pokoju. Ściągam z niego marynarkę i koszulę, zdejmuję buty. Pomagam mu się położyć i sama, po ubraniu się w jakąś jego koszulkę, kładę się obok. Opieram głowę na jego torsie i ściskam dłoń chłopaka. Powoli zasypiam.


        Z głębokiego snu wyrywa mnie jakiś hałas, którego nie mogę zidentyfikować. Spostrzegam, że Louisa nie ma w łóżku. Nie odpowiada na moje nawoływania. Siadam i wtedy ktoś lub coś łapie mnie za rękę i przeraźliwie mruczy...

____________________________________________________________________________________
_______________________________________________________________
_______________________________________

I tym oto rozdziałem zakończyłam zeszyt nr 1, przed wami rozdziały z zeszytu nr 2 i 3. Mam nadzieję, że się podobało. Jeśli ktoś chce nieocenzurowany następny rozdział, to niech podaje e-maila w komentarzu, spróbuję jutro przesłać. A na blogu będzie inny, zmieniony z pewnych powodów rozdział, ale tylko wtedy, jeśli

6 komentarzy = następny rozdział
  
tylko bez SPAM-u proszę.
Cześć! ;)

sobota, 9 lutego 2013

XXIV. "Jesteś szalona"

     Cześć, miło mi, że czytacie ;) Hmm... Teraz rozdziały będą ciut częściej, bo zaczęły mi się ferie, ale będą z ogranicznikiem, czyli żeby był następny rozdział, to musi być ileś komentarzy. Chodzi mi o to, żebym wiedziała, że czytacie.
     W tym rozdziale nie wydarzy się wiele, jest przeciętny, ale jest ważny, by dalsze rozdziały były bardziej zrozumiałe... Chyba... Nie wiem.
     Niedługo zaczną pojawiać się rozdziały ze zdjęciami. Będą to moje projekty, więc żeby nie było, że przypadkiem skądś je skopiowałam, od razu mówię, że to moja robota.

_____________________________________________________________________________________
______________________________________________________________________
_______________________________________

      Do szkoły wchodzę pół godziny przed dzwonkiem. Na głowie mam czapkę, której nie zamierzam zdejmować. Włosy upięłam w koka, żeby nie było ich widać. W domu widzieli moją nową fryzurę i raczej szczęśliwi nie byli... Chociaż nie! Mama trochę się ucieszyła. Bo wszyscy... Dobra, ja i Jasiek... Odziedziczyliśmy włosy w kolorze czekolady po tacie. Zuza trochę podpada pod rudy, ale tak minimalnie, raczej to złoty blond z refleksjami rudości. Natomiast po mamie kasztanowych (czyli brązowo-rudych, nie wiem, jaki dokładnie kolor miała przed pierwszym farbowaniem) nikt nie odziedziczył.
      Ale tutaj jest szkoła, mam pewność, że nikt mnie nie pozna. Jednak nie wiem, jak Katya i chłopcy zareagują. Jedno wiem - będą w szoku.
- Julka! - słyszę wołanie przyjaciółki. Odwracam się i widzę biegnącą do mnie Ukrainkę. - Chodź! - łapie mnie za rękę i prowadzi w stronę naszego parapetu.
       Gdy dzisiaj wstałam, bez większego problemu mogłam rozróżnić nawet małe detale. A już okulary załatwiły całkowicie sprawę. Dlatego teraz, idąc za przyjaciółką, przyglądam się wszystkiemu i wszystkim, delektując się w pełni sprawnym wzrokiem.
- Wiesz... - zaczynam, ale dziewczyna ucisza mnie machnięciem ręki. Nie daję za wygraną. - Już widzę normalnie! - przekrzykuję szkolny zgiełk.
- Poważnie?! - odwraca się i patrzy na mnie z niedowierzaniem. Po moim ciele przebiega dreszcz niepokoju. -Więc jest kolejny powód do świętowania. - uśmiecha się i znowu mnie ciągnie. - Ale proszę cię, zdejmij to czapkę, wyglądasz jak Hazza.
       Na miejscu, przy oknie, są już chłopcy. Louis zeskakuje z parapetu, podchodzi do mnie i całuje. W brzuchu czuję fantastyczne fajerwerki. Przerywają nam pełne niezadowolenia pomruki chłopców. Uśmiechamy się do siebie. Zdejmuję szalik i rozpinam kurtkę, Lou chce ściągnąć czapkę z mojej głowy. Powstrzymuję go gwałtownym ruchem dłoni.
- Co ty kombinujesz? - pyta zaskoczony.
       W tym momencie Katya podchodzi bliżej i jednym ruchem ściąga z mojej głowy czapkę, zahaczając o kumkę do włosów, i ich oczom ukazują się moje płomienne fale, które opadają teraz miękko na ramiona. Louis z wrażenia otwiera usta.
- Mam Marchewkę!! - drze się po chwili i rzuca się na mnie. - Nie wiem, co sobie myślałaś, ale ty jesteś szalona. - mówi, gdy znajduję się w jego objęciach. - Ale dlaczego się przefarbowałaś?
- Bo tak chciałam, chociaż kolor miał być ciut inny... A czemu świętujemy?
- Bo nagrywamy kolejną płytę, bo podpisaliśmy kontrakt i będziemy kręcić teledysk do Summer Love... Chcemy tam wkręcić którąś z was. Wiesz, ty, Danielle, Katya lub Selene...
- Nie no, nie przesadzajcie... - parskam śmiechem. - Ale ja też mam powody do świętowania. Wczoraj wpadłam, dosłownie, w salonie fryzjerskim na Allyson Clark, babkę, która promuje młodych projektantów. Zaproponowała mi na piątek spotkanie w sprawie mojej kariery... A dzisiaj wrócił wzro... - urywam, bo Lou unosi mnie do góry.
- To kiedy oblewamy, Mała? - pyta radośnie.
- Dzisiaj! - drze się Harry, uszczęśliwiony perspektywą jakiejś imprezy. - W końcu już wczoraj to ustaliliśmy.
- Okej, okej... Ale teraz mnie puść, Louis! Bo po pierwsze jest mi gorąco i chcę zdjąć kurtkę, a po drugie, to ludzie się na nas gapią jak na bandę debili!
     Działa. Chłopak mnie puszcza, a ja w końcu zdejmuję okrycie. Odwieszam je na wieszak o przekładam buty z mokrych botków na suche i wygodne białe Vansy. Ruszamy pod klasę i dopiero wtedy uświadamiam sobie, że gapi się na mnie żeńska część szkoły w całej swej okazałości. No bo sorry, ale słyszałam, że od mojego wypadku, o którym tu zgromadzone laski nie miały pojęcia, ciągle któraś do niego zarywała. A teraz przychodzi jedna taka ruda i ma go na wyłączność... Tak to wygląda.
- Momento, muszę do łazienki... - mówię i oddalam się w tamtą stronę.
     Przemywam twarz, opłukuję ręce... Wyglądam przez okno.
- Kim ty w ogóle jesteś? Pojawiasz się ot, tak i masz Louisa na wyciągnięcie ręki! - piszczy na mnie dziewczyna z taczką gładzi na twarzy. Ubrana w różowe kozaczki, czarną spódniczkę ledwo zasłaniającą tyłek i różowy top bez ramiączek odkrywający zakolczykowany pępek wygląda jak... nie powiem kto. Jej skóra jest wysuszona i spalona od nadmiaru solarium. Paznokcie uzbrojone ma w cholernie długie i ostre tipsy. Poznaję w niej Michelle. - A ja się staram od paru lat. I nic! Powiedz, co zrobić, żeby chociaż Niall mnie zauważył? - rozkleja się.
- Po prostu postaw na naturalny wygląd. Wywal tipsy, żenujące ciuch, no i kosmetyki. Bo przez nie niszczysz sobie skórę. Wystarczy tusz, błyszczyk i od czasu do czasu podkład. To skutkuje, uwierz mi. - nie jestem do niej wrogo nastawiona, choć powinnam za to, co mi kiedyś zrobiła. - No i nie zniekształcaj już swojego głosu. Bo widać i słychać, że nie jest naturalny.
- Dzięki. - odzywa się sympatycznym głosem. Ociera oczy i policzki z łez, rozmazując przy tym ten szkaradny make up. - Ale dlaczego to robisz?
- Bo ludziom się wybacza. Bo wiem jak to jest mieć marzenia na wyciągnięcie ręki, ale nie można ich spełnić. Może teraz tego nie widać, ale do niedawna tak miałam... Michelle, chore ambicje, marzenia i ''przyjaciele'' tak cię urządziły.
- Skąd wiesz, jak mam na imię? I w ogóle to wszystko?
- Bo kiedyś chodziłam do tej szkoły, a teraz wróciłam. To ja, Julia... Kujonka... A teraz zmywaj ten ''makijaż''.
- Julia?! Ty jaja sobie ze mnie robisz?! Nie! Tamta kujonka... to nie ty.
- No właśnie ja. - uśmiecham się do niej ciepło.
- Nie, w życiu nie uwierzę... - macha ręką i podchodzi do umywalki. Bierze papierowe ręczniki, namacza je i ściera podkład.
      Jej twarz ukazuje się w nowym wydaniu: naturalne, wielkie oczy, które hipnotyzują szafirowym kolorem, wąskie usta w kolorze dojrzałych wiśni i duży, ale zgrabny nos. Teraz nie pasują do niej spalona opalenizna, blond tapir i te ciuchy.
- Wow! Inna z ciebie dziewczyna. Tylko te ciuchy i włosy...
- Wiem. Ale o tym jutro. Idź, ja jeszcze to skończę.
      W tej samej chwili dzwoni dzwonek, który ona ignoruje. Ja wychodzę i wpadam na Liama, który stoi przy drzwiach.
- Przepraszam. - mruczę speszona.
- Okej... Ej, z tobą w porządku? Michelle coś ci powiedziała? - chłopak wygląda na cholernie zmartwionego. Już się nie dziwię, że mówią na niego Daddy.
- Ze mną okej. Po prostu... Mam wrażenie, że życie układa mi się ostatnio zbyt kolorowo. Odzyskałam wzrok, możliwe, że jednak zostanę projektantką, moim chłopakiem jest najlepszy facet na świecie, który w dodatku gra w najpopularniejszym zespole na świecie. No i zakopałam topór wojenny z Michelle.. Ja po prostu czuję, że coś się niedługo skończy...
- Jula, to tylko głupia wyobraźnia... - przytula mnie. - Chodź, teraz historia.
      Siadam z Louisem i przyciągam sobą uwagę innych. Tylko nigdzie nie ma Michelle, nie wróciła na lekcję. Dopiero pod koniec lekcji pani Delire orientuje się, że ma dodatkową uczennicę, czyli mnie.
- Ach, no tak! Zapomniałam, że mamy prawie nową uczennicę. Po pewnym okresie wróciła w nasze szkolne progi. Zgaduję, że nie poznajecie koleżanki... Ja też miałam z tym problemy. No, moja droga, powstań... Panie Tomlinson! Bez żadnych takich, proszę! Za ręce to można trzymać się w parku. - faktycznie, gdy wstałam, Lou złapał mnie za rękę, by dodać mi otuchy, a teraz mu się za to obrywa. - No więc przedstawiam wam Julię Avis, waszą koleżankę.
    Robią wielkie oczy. Nie dziwię się im. Też bym była w szoku na ich miejscu. Siadam na krzesełku i zajmuję się tym, co potrafię najlepiej, czyli projektowaniem. Po paru minutach powstaje coś takiego:
Taa, wiem, jakość powala, ale telefon ma słabą
 jakość

       Ledwo kończę kolorować, dzwoni dzwonek. Klasa pustoszeje, a wokół mnie pojawia się grupka osób, lecz ja ich ignoruję, pakując torbę. Wstaję i próbuję ich wyminąć.
- Nie tak łatwo. - śmieje się obrzydliwie Dean, przywódca szkolnej bandy umięśnionych sterydowców. - Najpierw powiedz, ślicznotko, jak się naprawdę zwiesz?
      Rozglądam się za Louisem, ale on najwyraźniej wyszedł z resztą, nie czekając na mnie.
- Hehe, twój grajek ci nie pomoże... - syczy mi do ucha Marjit, przypakowana Norweżka, dziewczyna Deana. - Gadaj!
- Ekhem, drogie dzieci. co wy jej robicie? - zza biurka wychyla się pani Delire. Uff... - Puśćcie ją natychmiast, chyb, że wolicie pomówić z kimś gorszym ode mnie. - puszczają mnie, a ja biegnę do drzwi. - I żeby mi to był ostatni raz!
     Za drzwiami odbijam się od kogoś i ląduję na tyłku. Tym kimś jest Louis.
- Wszędzie cię szukałem...
- Byłam w klasie. Nie z własnej woli, ale okej...
- Wszystko w porządku? - kręcę głową. - Chodź... - podnosi mnie i przytula...

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________
_______________________________

Heh, chyba jednak nie taki zły ten rozdział ;D Dziękuję za komentarze, strasznie mnie motywują do pisania, dzięki czemu wczoraj zaczęłam trzeci gruby zeszyt i rozdział numer 36! Przepraszam, jeżeli moje słowa, może ciut ostre, w tamtej notce dodanej przez telefon trochę was zdenerwowały. Miałam zły dzień itd.

Teraz taka ciekawostka, która chyba nie ujrzała jeszcze światła dziennego: gdy Liam chciał się przywitać z Julią po jej pierwszej lekcji w brytyjskiej szkole, ta go pogryzła... Była o tym wzmianka w jednym z pierwszych rozdziałów, ale ostatecznie to wykasowałam.

Kochani czytelnicy! Sypnijcie pomysłami! Wierzę w was! Jeśli jakiś z waszych pomysłów się powtórzy z tym, co napisałam, a jaszcze nie wrzuciłam, to nic takiego. A gdy pojawi się coś, na co jeszcze nie wpadłam, to prawie na pewno to wykorzystam ;)

Skoro mam ferie i więcej czasu na dodawanie rozdziałów, to tak, jak wspominałam na początku, jest pewna granica, zanim coś dodam. Na początek...

następny rozdział = 4 komentarze xD

Dziękuję, pozdrawiam, nominacje, a mam ich dwie do Liebster Award i jedną do The Versatile Blogger, dam chyba jutro.

I jeszcze jedno - co tam u was słychać? Też macie ferie w tym terminie czy już wam się ta przyjemność skończyła? ;)