czwartek, 17 stycznia 2013

XX.

       Mijają tygodnie, zdjęto mi gips, od nowa uczę się chodzić i upadać. A wszystko to po omacku, na ślepego, bo mimo początkowej poprawy nie widzę nic. Tylko ciemność. Najgorsze jest to, że być może już nigdy nikogo nie zobaczę. Mogę się też pożegnać z projektowaniem.
- Nie przejmuj się, tak też da się żyć. - pociesza mnie Katya. I nie tylko ona.
- Julia, dla mnie to nieważne, że nie widzisz. Ja wciąż cię kocham, Mała. - wciąż powtarza Louis.
- Już nigdy nie zobaczę twojego uśmiechu, zarostu, roześmianych oczu, twoich potarganych włosów, w ogóle ciebie. To jest to, dlaczego chcę widzieć! - wciąż odpowiadam.
- Julka... - w tym miejscu zawsze urywa. Nigdy nie wie, co powiedzieć...

~*~

       Leżę na szpitalnym łóżku. Czekam na wypis. Jest 14. marca. Jest też szansa, że mój stan zdrowia się poprawi. Bo coraz lepiej chodzę, zaczynam widzieć. Niby plamy, ale lepsze to niż ciemność.
- Można? - pyta męski głos. Jego właściciel stoi w drzwiach. Nie muszę tego widzieć, po prostu czuję.
       Kiwam głową. Nawet nie patrzę w jego stronę, bo i po co? Ten ktoś podchodzi.
- Jak się czujesz? - co tu, kurwa, robi Eryk?!
- A jak może się czuć osoba, która ponad dwa miesiące spędziła w szpitalu, miała gips, uczy się chodzić, a przede wszystkim prawie nie widzi?! - wołam histerycznie. No sorry, ale takie pytania mnie denerwują...
- Spokojnie, przepraszam... - że co, kurde?! On przeprasza?!
- Czego chcesz? - pytam chłodno. - Która matka cię przysłała? Moja?
- Zakopmy ten topór wojenny, co? Zachowujesz się jak głupia, rozwydrzona dziewczyna. Złościsz się, że ktoś ci coś wytyka, zarzuca. Dlatego miałaś ten durny wypadek. Nie powiem, twoja mama też jest trochę winna, bo nie powinna cię do niczego zmuszać. Nie chcę być niemiły, ale naprawdę... Musisz zrozumieć, że słyszysz to, co chcesz usłyszeć. Chcesz usłyszeć, że komuś Louis do gustu nie przypadł, więc atakujesz, że niby wolą, żebyś była ze mną. A może po prostu chcą, żebyś zmieniła swoje nastawienie wobec mnie. Przemyśl to, chyba, że chcesz mieć zepsute życie. - kończy.
- Jak... - zacinam się, zastanawiam się nad jego słowami i wybucham. Wybucham niepohamowanymi potokami słów i łez. - Chyba... Chyba masz rację. Zbudowałam wokół siebie barierę. Słyszałam, słyszę słowa krytyki, a tych pochwały nie przepuszczałam. Słyszę tylko intrygi. Ale zawsze mnie ignorowano, wyśmiewano... Może to po części dlatego. Ja... Mimo wszystko nie umiem radzić sobie z krytyką... Jestem dziwna, wiem. Mimo obietnic nigdy nie zaprowadzono mnie do psychologa. Bo nigdy nie był ważny stan mojej psychiki... - urywam. - Dlaczego one chcą nas widzieć jako parę?
- Nie mam pojęcia... Może po prostu chcą dla nas dobrze. Czasem aż za dobrze. - zamyśla się. - Hmm... A czemu mnie nie lubisz? - pyta po chwili, jego głos jest smutny.
- A jak myślisz? Zawsze byłeś arogancki, zachowywałeś się tak, jakbyś miał do czynienia z upośledzoną ośmiolatką.
- Tak? - chyba jest zdziwiony. - To... Przepraszam.
- Ale powiedz, kim ty jesteś? - przekręcam się w jego stronę. Zauważam jego ciemny strój, jakby był w żałobie. - Bo wiem na sto procent, że jesteś inni niż wszyscy.
- Bo wiesz... Dobra, nie wiem, jak ci to powiedzieć.
- Mów! Chyba nic ci za to nie zrobię. - uśmiecham się łagodnie.
- Nie rozumiesz. Nawet matka nie wie. Na pewno mnie wydziedziczy, ale to nie jest najważniejsze. Ale muszę jej to powiedzieć, bo inaczej nie dadzą nam spokoju. Przecież ty masz Louisa, a ja Iana... Nie mogą mieszać...
- Jesteś gejem? - jestem zaskoczona. Tego nie brałam pod uwagę, raczej coś w stylu "wolę starsze", "jestem kosmitą" albo "jestem kobietą w przebraniu". No, ale potwierdza to skinieniem głowy, więc trzeba przyjąć tę wersję. - Ale czemu wcześniej nie powiedziałeś? Nie byłoby tego całego cyrku.
- Nawet nie wiesz, jak to ciężko. Boisz się dyskryminacji, odrzucenia.
- Posłuchaj mnie. Byłam w Polsce z pewnych powodów, siedziałam tam dwa miesiące. Poznałam Adriana, mojego rówieśnika. Zaprzyjaźniliśmy się, spędzaliśmy razem mnóstwo czasu, może ze względu na to, że chodziliśmy do jednej szkoły... Ale wiesz co? On nie wstydzi się swojej orientacji, jest gejem. Wszyscy o tym wiedzą i nikomu to nie przeszkadza, choć mówi się, że Polacy nie lubią "pedałów". Jedyne osoby, które mogą tu mieć jakieś ''ale'', to złośliwe mohery od Rydzyka. Jest tak fajną i sympatyczną osobą, że nikt nie patrzy na to, że jest inny. Spróbuj, chyba nie ma nic do stracenia. Ale jeśli jednak będzie, to winna będę ja... Poza tym, czy czułbyś się dobrze, ukrywając swoją tożsamość, swoje prawdziwe ja?
- No... Nie.
- Właśnie, więc nie marudź! - wyciągam ręce, żeby go przytulić. Obejmuje mnie, a ja mu szepczę do ucha - Nie martw się, proszę. - puszczam go.
        Otwierają się drzwi.
- Gotowa? - pyta tata.
- Prawie. Muszę wziąć torbę.
- To ja ją wezmę... Porozmawialiście?
- Tak. Wyjaśniliśmy parę spraw. - spuszczam nogi na podłogę. Opierając się o Eryka, robię parę kroków. - Dobra, mogę iść sama.
- Dla pewności weź kule.
- Tata, nie jestem kaleką. - mówię z wyrzutem i dopiero po chwili dociera do mnie sens tego zdania. Uśmiecham się i biorę kule.
        Wychodzimy z sali i idziemy do windy.
- Katii nie ma? - pytam z nadzieją, że na mnie czeka.
- Nie ma, coś jej wypadło... Uwaga, ściana! - woła tata, gdy prawie wpadam na rzeczoną ścianę, która przede mną wyrosła.
        Parę długich minut później kierujemy się do auta na szpitalnym parkingu. Ostrożnie siadam na miejscu obok kierowcy w srebrnym oplu taty. Eryk zostaje, prawdopodobnie zaraz odjedzie swoją czarną toyotą.
- To cześć... - rzucam w stronę chłopaka i zatrzaskuję drzwi.
       Jedziemy w całkowitej ciszy, przerywanej od czasu do czasu przekleństwami taty, rzucanymi pod adresem niedzielnych kierowców.
       Zapadam się w fotelu i myślę o Louisie, który razem z resztą jest teraz w Nowym Jorku z powodu koncertów i występów. Wrócą lada dzień, Louisem nacieszę się około półtora tygodnia, a potem wybędą do Skandynawii na jakieś dwa-trzy tygodnie... I tak do tej pory miał dużo czasu, praktycznie nigdzie nie jeździli, ale zima to zima... Kurde! O czym ja myślę? Jaki to ma w ogóle sens? Dobra, nie wiem, ale ten wypadek to chyba podziałał źle na mój mózg...
        Moje wewnętrzne spory przerwał tata. Dopiero wtedy zauważam, że wysiadł z samochodu i otworzył mi drzwi.
- Chodź, jesteśmy na miejscu.
         Powoli wysiadam i podpierając się kulami ruszam za głosem taty. Przed upadkiem na schodkach w ostatniej chwili ratują mnie czyjeś ręce. Znajome ręce. Przez mgłę widzę czerwone spodnie.
- Cześć. - mruczy mi do ucha właściciel cudownego, zachrypniętego głosu. - Pamiętasz mnie jeszcze?
         Wypuszczam kule z rąk i obejmuję Louisa za szyję. Przez przypadek oberwał ode mnie przy tym w ucho i nos.
- Ale jak? - pytam. W oczach zatrzymują się na chwilę łzy szczęścia, by zaraz stoczyć się po policzkach kaskadami. - Mieliście wrócić najwcześniej pojutrze...
- Oj, bekso... - szepcze, kucając przy mnie. - Występy zakończyliśmy już przedwczoraj, a wczoraj wywiady. Tak więc dzisiaj wsiedliśmy w pierwszy samolot i oto jestem. - przytula mnie i podnosi. Bierze kule i wchodzimy do domu.
- Cześć, nieźle cię tam utuczyli. - palnęła na powitanie Zuza. Nie lubi szpitali, była u mnie tylko wtedy, gdy się wybudziłam.
         Kocham ten jej jęzorek! Tylko spokojnie, spokojnie... Dobra, może przytyłam, ale wyglądam tak, jak w grudniu. Po wybudzeniu byłam wychudzona, ale wróciłam do normy...
- Też cię kocham. - odpowiadam spokojnie.
- Cześć, mama! - wołam w stronę kuchni. Nie gadałyśmy od wypadku, ale nie ma takiej potrzeby. Chyba będzie okej i bez tego. Szepczę Lou, żebyśmy poszli do mnie na górę.
- Co ty kombinujesz? - pyta zaskoczonym, jeśli nie przerażonym głosem...

___________________________________________________________________________________
_________________________________________________________
_________________________________

Heloł, tu Avisowa! Późno, w tygodniu... Ale rozdział jest! Jeśli dopiszecie i będą ze cztery komentarze, to dam jutro taaaki romantyczny rozdział xD Ale to zależy od was. Inaczej spodziewajcie się rozdziału w sobotę ;)
 A tak na marginesie, to dokończcie w komentarzu zdanie: Julia i Lou są w kawiarni i... Chodzi mi o rozwinięcie jednego z przyszłych rozdziałów. Piszcie! I do następnego ;*

4 komentarze:

Ola pisze...

Zarąbisty rozdział. Masz koniecnie i jak najszybciej napisać nowy :)

nie/powiem pisze...

Czekam na następny :) Fajny rozdział:)

Mrs. X pisze...

"...i rozmawiają o swojej przyszłości ." xd
genialne.;3 czekam nn .xx

Unbroken Girl pisze...

super rozdział :)

Sorki za spam ale serdecznie zapraszam cię na moją stronkę imaginową o 1D:
http://onedirection-theimagines.blogspot.com/

Prześlij komentarz

Proszę, zostaw szczery komentarz. Ja wiem, doskonale, że to, co piszę, nie jest dopracowane i zbyt ciekawe, ale to opowiadanie traktuję tylko i wyłącznie jako ćwiczenie. Dlatego proszę o wyrozumiałość :)
Pozdrawiam,
Julia :)