sobota, 5 stycznia 2013

XVI.

- Julka wstawaj. - szepcze ktoś łagodnie do mojego ucha. - Muszę ci coś powiedzieć.
     Otwieram oczy. Nade mną stoi Liam.
- Co jest? - pytam, ziewając.
- Masz plany na dziś?
- No... Jest Wigilia, więc chyba spędzę ten dzień z rodziną.
- Jeśli chcesz, to nie spędzisz. Już to załatwiłem z twoimi rodzicami... - uśmiecha się tajemniczo. - Bo wiesz, my organizujemy Wigilię u siebie. Przyjeżdżają nasi rodzice, rodzeństwo. No i Zayn zaprosił Katyę, Harty Selene, ja Danielle... Louis jest jeszcze w szpitalu, ale po południu wychodzi i... Prosił mnie, żebym w jego imieniu cię zaprosił do nas. Każdy chce spędzić ten dzień z najbliższymi, a my nie jesteśmy wyjątkiem. - kolejny smile.
- Och... Zgoda, przyjdę. - teraz i ja się szczerzę. - Niell nikogo nie zaprosił?
- Wiesz, on zaprosił tonę żarcia... Jak na razie to mu wystarcza.
      Nagle do pokoju wpada Zou.
- Liam, dlaczego ona - wydaje się onieśmielona. Wskazuje na mnie zabandażowanym palcem. - nie będzie u nas na Wigilii?
- Bo będzie u nas. - odpiera wesoło. - Nie martw się, święty zostawi ci rózgę.
- Ej no... - parsknęła urażona i wyszła.
- Co jej jest? - pyta zaskoczony.
- Jeżeli nadążam za aktualnościami, szaleje za waszym zespołem. A najbardziej za Harry'm i tobą. -chichoczę. - Nie może przeboleć, że jesteś z Danielle, a on z Selene.
- Hahah, to o to chodzi? - śmieje się. - Powiedz jej, że ma Nialla i jego jedzenie.
-Pomyślimy. A jeśli o myśleniu mowa... Nie mam prezentów dla waszych rodzin... Dla was mam, dla nich już nie...
- Kobieto, bez przesady, proszę... - podnosi oczy ku niebu. - Nie bądź zbyt troskliwa, bo cię nie polubią.
- Bo zaraz wylecisz stąd w podskokach. - mruczę i zerkam na zegarek. - Już dwunasta?! To na którą mam do was przyjść?
- Koło osiemnastej. Ale możesz wcześniej. Ktoś musi zrobić coś do jedzenia, bo Niall wszystko wyje przed czasem, a Louis zrobi marchewkową kolację. Harry'ego do garów nie dopuszczę, bo się nie zna, a Zayn tradycyjnie zamknie się z Katyą w pokoju... Ja sam rady nie dam.
- Okej, coś przygotuję. A teraz sio!, do swoich garów. - śmieję się.
      Liam wychodzi, a ja w piżamach zamykam się w kuchni z mamą i Zuzą. Gdy zbliża się siedemnasta, gotowe są krokiety, kapusta z grochem, bułki na parze (parówki, parowańce) i makowiec. A, i kompot z suszonych owoców. Będą mieli międzynarodową Wigilię, a co!
       Lecę do siebie, biorę szybki prysznic, ubieram czarne rurki, biały wełniany sweter, suszę i czeszę włosy. Zostawiam je rozpuszczone, no, prawie, bo są delikatnie podpięte wsuwkami. Nic więcej nie zrobię z takimi włosami.
       Biorę torbę z prezentami, schodzę na dół, zakładam buty, kurtkę i szal i zabieram potrawy, schowane w wielkim wiklinowym koszu.
- Cześć i wesołych świąt! - krzyczę i wychodzę.
- Zabrać cię? - z samochodu na podjeździe wysiada Katiuszka, zaraz po niej Zayn. Nie czekając na odpowiedź odbierają ode mnie rzeczy i chowają w bagażniku. Wsiadam do auta.
- Długo czekaliście? - pytam, gdy Zayn odpala silnik.
- Niee... - mówią chórem.
- Może z pół godziny... Ale to szczegół. - dodaje Katya.
      Po kwadransie wysiadamy na ich podjeździe. Biorę torbę i kosz z bagażnika.
- Co ty tam wzięłaś?! - Liam próbuje przekrzyczeć hałas ulicy. Stoi w drzwiach, wystrojony w fartuszek Perfekcyjnej Pani Domu i różowe puchate łapcie.
- Jedzenie. Wystarczy odgrzać! - krzyczę w odpowiedzi.
      Wchodzimy do środka. Daję chłopcom kosz, by zanieśli do kuchni, a ja rozbieram się i mykam do salonu, żeby dołączyć moje podarki pod choinką do góry innych. Dopiero wtedy mogę spokojnie dołączyć do reszty i pomóc w gotowaniu.
- Cześć, jestem Danielle. - przedstawia się wysoka dziewczyna o kręconych włosach. Poznaję w niej dziewczynę Liama.
- Hej, a ja jestem Julia. - uśmiecham się nieśmiało.
- Możesz pozwolić? - pyta się Gemma, siostra Hazzy.
- Coś nie tak?
- No, prawie okej. Co to za bułki, prawie już zeszły, są pyszne. - uśmiecha się.
- To tak zwane bułki na parze. - odpowiadam i rozglądam się po pomieszczeniu. Za dużo nie widzę, bo ciągle ktoś się gdzieś kręci. - Gdzie Louis?
- Co? A, schował się u siebie. Ma odpoczywać, a się cały czas zamartwia, że źle wygląda, że nie będziesz chciała na niego patrzeć. Szczerze, to jest okropnie blady. Ale marchewki powinny załatwić sprawę. Są w lodówce... - mówi Gemma. -  Tak w sekrecie, to będzie ciasto marchewkowe. Ale o tym sza!
       Uśmiecham się. Tłumaczę jeszcze, co i jak podgrzać, biorę małą miskę marchewek i idę na górę. Drzwi do jego pokoju są uchylone i obklejone rysunkami marchewek. Pukam i wchodzę.
- Wszystkiego najlepszego i wesołych świąt. - mówię, widząc Lou leżącego na swoim wielkim pomarańczowym łóżku i słuchającego jakichś smętów. - "Hey Jude" Beatlesów? Świetny utwór...
       Chłopak cały czas udaje, że mnie nie ma. Faktycznie jest blady... Nie daję za wygraną, podchodzę do łóżka i siadam przy Louisie.
- Nie pójdę, jeśli nie pogadamy. A pójdę, ale tylko z tobą. Louis, proszę, spójrz na mnie... - szepczę.
- Julia, kocham cię. Cholernie mocno cię kocham... Ale boję się, że ci tą miłością zrobię krzywdę. - spogląda na mnie. W jego oczach lśnią łzy i udręka.
-Wiesz, właśnie robisz to, co kiedyś powiedziano mi: stoisz sobie na drodze do szczęścia. Dziś są święta, ale i twoje urodziny. Spróbuj się nie smucić. Czy powiedziałabym ci wczoraj to, co powiedziałam, gdybym czuła inaczej? - mówię jak do ośmioletniego dziecka. Podsuwam mu marchewki. Gdy nie sięga po żadną, sama biorę jedną i jem.
- Jesteś taka inna. Rozumiesz mnie. Zależy ci. - zabiera mi marchewkę i ją wcina. - Jesteś taaka dobra...
- Jeśli się nie ogarniesz, to będę taaaka zła. - straszę go, a on tylko donośnie się śmieje. Zaraża mnie chichotem i po chwili spadamy z łóżka i turlamy się po puszystym pomarańczowym (a jakże!) dywanie.
- Dobra, poddaję się. - sapie parę minut później, gdy na nim leżę. - Złaź ze mnie, Marchewo!
- Nie ma tak dobrze... - parskam śmiechem. - Coś za coś. Ja cię puszczę, a ty masz mi dać coś w zamian.
- I weź tu człowieku miej urodziny... - mruczy pod nosem. - Dobra, czego chcesz?
- Już się nie smuć, dobrze? - pytam cicho.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem... Hahah! - śmieje się promieniście, gdy go łaskoczę. - A teraz złaź!
- Dobrze. - schodzę. - A teraz chodź na dół. Będzie dużo jedzenia, chyba, że Niall nas uprzedzi.
      Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Już po chwili byliśmy za drzwiami. Wziął moją dłoń w swoją i zeszliśmy na dół. W tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi, więc ruszyliśmy otworzyć.
- Louis! - woła szczęśliwa kobieta. Wraz z nią jest mężczyzna i cztery dziewczyny. - Co ty taki blady jesteś? W tym szpitalu to cię chyba źle karmili.
- Cześć, mamo. - mówi speszony, ale przede wszystkim szczęśliwy. - Cześć, Mark, cześć, dziewczyny.
- Cześć, Tommo! - odpowiadają chórem.
- A ty to..? - pyta najstarsza z nich, czyli Charlotte.
- Julia. Moja dziewczyna... - odpowiada dumny chłopak.
- No wiesz co, braciszku? Czemu nam nie powiedziałeś? - obruszyła się Felicity.
- Kiedy miałem powiedzieć? Jesteśmy razem od wczoraj... To chyba najlepszy prezent urodzinowo-gwiazdkowy. - szczerzy się.
      Po chwili każda mnie ściska i całuje... Jakbym w ciąży była albo coś!
      Ruszamy do ogromnego salonu, gdzie rozstawiono 5 stołów: jeden szwedzki i cztery normalne, mające pomieścić przeszło trzydzieści osób.
      Patrzę na Nialla: niewiele brakuje, a rzuci się na jedzenie. Na jego nieszczęście jest jeszcze część urodzinowa, więc odśpiewujemy Louisowi "Happy Birthday", czekamy, aż zdmuchnie dwadzieścia jeden świeczek i pijemy szampana. Następnie zabieramy się za tort. To jest to ciasto marchewkowe, o którym mówiła Gemma. W końcu zasiadamy do stołów. Mi przypada siedzieć z Katyą, Gemmą, Zaynem, Lou, Waliyhą, Lottie i Felicity, na którą i tak wszyscy mówią Fizzy.
       Do szwedzkiego stołu podchodzimy trójkami, żeby nie było zamieszania.
- Julia, tylko proszę cię, nie zrań Louisa... Nie bądź drugą El... - odzywa się Charlotte, gdy chłopak idzie po jedzenie. - Ona nie potraktowała go najlepiej... Ale widać, że się kochacie...
- Masz moje słowo, że go nie skrzywdzę. Ale jeśli mimo wszystko złamię dane słowo, możesz mnie z siostrami dopaść i...
- Chyba nie będzie takiej potrzeby. - uśmiecha się, tym samym kończąc ten temat, ponieważ wraca Lou.
      Po godzinie półmiski świecą pustkami, a brzuchy są przepełnione. Czas na prezenty. Po chwili pokój wypełniają podarte papiery, piski i wrzaski.
- Aaach!... Żarcie! - drze się Niall.
- Rózga? - jęknął zawiedziony Zayn. - A gdzie kosmetyki do włosów?
      Śmiejemy się z prezentów... Louis dostał tonę marchewek, jak zwykle. Harry dostał lokówkę, którą wykorzystuje przeciwko Zaynowi i rujnuje mu fryzurę. Liam znalazł pod choinką dla siebie zatyczki do uszu, chyba po to, żeby nie słuchać wrzasków chłopców. Katarince podarowano megafon, żeby mogła wrzeszczeć jeszcze głośniej. Reszta prezentów utonęła w moich wspomnieniach, nie pamiętam nawet, co dostałam.
       Gdzieś koło dwudziestej pierwszej Louis porywa mnie na spacer. Przez
- Wiesz, brakowało mi tego. - odzywa się po jakimś czasie.
- Czego?
- Takich spacerów, tego rodzinnego spędu... - wylicza. - I ciebie.
- Ale czemu mnie? - dziwię się.
- Te dwa miesiące bez ciebie były straszne. Naprawdę. - objął mnie w pasie i zakręcił mną dookoła. - Marzyłem o tym. - uśmiecha się i mnie obejmuje. Po chwili puszcza. - Chcesz pobiegać? Dziennikarze świąt nie mają...
       Startujemy i lecimy przed siebie, prawie się zabijając w zaspach i na zamarzniętym chodniku. Docieramy do parku oddalonego od domu chłopców o trzy skrzyżowania. Padamy zasapani w zaspę, ledwo powstrzymując śmiech. Tuż obok przebiega stado dziennikarzy.
- No chodźcie, gołąbeczki! Będziecie sensacją! - woła jakiś facet.
- Lou, przedstaw swoją towarzyszkę! - wtóruje mu kobieta.
       Powoli zaczynają się oddalać. Otrzepujemy się z białego puchu i ruszamy do domu, wymachując splecionymi dłońmi. Na miejscu jesteśmy kwadrans później. Zegar wskazuje kwadrans po dwudziestej drugiej.
- Muszę wracać. - jęknęłam.
- Nie musisz. - zaprzecza Katya. - Już to załatwiliśmy z twoimi starszymi. Zostajesz tutaj! - widząc moje zdziwienie dodaje - Byliśmy z Zaynem na "wycieczce" po mieście, wpadliśmy do twojego domu, omówiliśmy sprawę z twoimi rodzicami... No i zabrałam ci trochę rzeczy, żebyś mogła nocować.
- Ale... Wiesz co?! - wzdycham.
- Chyba nie masz wyboru. - uśmiecha się Louis.
- A... Gdzie reszta? - dopiero teraz zauważyłam, że dom opustoszał.
- Rozjechali się do hoteli. - odpowiada Harry. - Trochę pogarnęliśmy, ale skończymy jutro. A teraz lulać maszerujemy. - rozkazuje ze śmiechem.
       Ruszam po schodach za resztą.
- A z kim ja mam spać? - pytam, zatrzymując się w połowie drogi na górę.
- No jak to: z kim? - obruszył się Louis. - To jasne, że ze mną. - szczerzy się. - Bez mej Marchewki nie usnę.
       Powlokłam się do jego pokoju, ale w drzwiach zatrzymuje mnie Ukrainka i podaje torbę z rzeczami.
- Dzięki. - mamroczę i wchodzę do środka.
- Łazienka? - kiwam głową. - Drzwi obok szafy.
       Zamykam się w toalecie. Przeglądam zawartość torebki i stwierdzam jeden fakt: nie mam piżamy.
- Louis! - wydzieram się. - Masz pożyczyć jakąś koszulę?!
- Coś się znajdzie! - odkrzykuje. - A czemu..?
- Nie mam piżamy!
- Mogę wejść? - słyszę chwilę później jego głos tuż przy drzwiach.
- Tak, wchodź. - otwierają się drzwi. Staje w nich chłopak i podaje mi koszulkę w kolorze dojrzałych... Nie, nie marchewek... Jabłek! Przy okazji odsłania swój tors, pozbawiony koszuli. Nie żebym coś, ale wygląda sexy. - Dziękuję. - Louis wciąż stoi w miejscu. Uświadamiam sobie, że zdjęłam już sweter... - Ekhem... Chciałam się przebrać. - w końcu przestaje robić wielkie oczy Kota ze Shreka i, uśmiechając się, zamyka drzwi.
       Biorę prysznic i wbijam się w jego wielką koszulkę. Rozczesuję włosy i wychodzę. Louis leży na łóżku.
- Co się tak głupio śmiejesz? - pytam zmęczona.
- Trochę za duża ta koszula. - kręci głową z dezaprobatą i taksuje mnie wzrokiem.
- I taka ma być... O czym ty myślisz, co?
- O niczym... - odwraca głowę, ale zauważam, że na jego twarzy maluje się banan od ucha do ucha.
- Ekhem... - odkasłuję, stojąc na środku pokoju.
- Na co czekasz? - patrzy na mnie jak na wariatkę. - Kładź się już.
- Mam spać... z tobą... w jednym łóżku?!
- Nie rób scen i chodź. - robi przemądrzałą minę. - Przyzwyczajaj się. - parska śmiechem.
        W końcu kładę się na brzegu łóżka. Jednak już po chwili jestem całkowicie opatulona ramionami chłopaka, który zatrzymuje mnie w żelaznym uścisku. Automatycznie kładę nogę na jego biodrze.
- Cieplej? - pyta.
- Tak.
- Wygodniej? - dopytuje. Ale nim zdążę odpowiedzieć, za ścianą rozlega się wrzask Katii.
- Baranie! Jaka była umowa?! Ja zajmuję łóżko, a ty podłogę! Więc co tu teraz robisz?! Zaa...- milknie.
- Wygodniej. - odpowiadam.
 - To śpij... - mruczy.
         Zamykam oczy i nim odpływam do krainy Morfeusza, czuję jego wargi na mojej szyi...

__________________________________________________________________________________
________________________________________________
_______________________


Taa-daam! No więc macie długaśną szesnastkę. Dziękuję za życzenia ;* Przepraszam, że dopiero teraz, ale wcześniej szykowałam z mamą dom i jedzenie na 'przyjęcie' urodzinowe ;D A teraz pytanie za 100 punktów: jutro chcecie rozdział czy mojego pierwszego w życiu imagina? xD

5 komentarze:

Hope . ♥ pisze...

A może to i to?:D
Ja tam nie pogardzę imaginem, ale rozdział też mógłby być.:D Nie no, ale ten genialny.*_*
Jak zawsze zresztą, ale okej. Nie no, tak się cieszę, że oni są razem. Nawet nie wiesz ile na to czekałam.♥


ps. zapraszam do mnie, wystarczy kliknąć w nazwę.;D

Scooby_Doo pisze...

Jej *.*
Fantastyczny rozdział ;DD
+ możesz dodać oba ;)

Ola Gatz pisze...

Super! ;D Lepiej dodaj rozdział ; )

I ♥ OneDirection pisze...

Świetny rozdział! Czekam na następny ^_^

monisia pisze...

końcówka mnie rozwaliła :)

Prześlij komentarz

Proszę, zostaw szczery komentarz. Ja wiem, doskonale, że to, co piszę, nie jest dopracowane i zbyt ciekawe, ale to opowiadanie traktuję tylko i wyłącznie jako ćwiczenie. Dlatego proszę o wyrozumiałość :)
Pozdrawiam,
Julia :)