wtorek, 15 stycznia 2013

XIX., która myślała, że jest numerem XX.

     Budzę się w jasnym i ciepłym miejscu, ale nie mogę otworzyć oczu. Nie mogę niczym ruszać, ciało mi ciąży, jest dla mnie zbędnym balastem. Czuję za to wyraźnie. Czuję zapach płynu do podłóg, woń zwiędłych kwiatków zwisających smętnie w szklance na szafce obok. Prawdopodobnie są to czerwone tulipany. Czuję, że ktoś siedzi na krześle przy moim łóżku i śpi. I słyszę. Słyszę pocieszający szept lekarza w sąsiedniej sali. Słyszę krzątaninę na przeciwległym końcu korytarza. Słyszę cichutkie bicie serca, takie zmęczone, wystraszone, mojego śpiącego stróża.
- Julia? - ''opiekun'' budzi się z drzemki. - Obudziłaś się?... Po co ja się w ogóle pytam... Ale czuję, czuję, że się wybudziłaś, mam taką nadzieję... W każdym razie, choć pewnie znasz to na pamięć... Jesteś sparaliżowana. Wybiegłaś na drogę osobówce. Dobrze, że auto nie jechało tak szybko przez te zaspy... Nie wiem, o co się pokłóciłyście, mówiłyście po polsku.  Ale chodziło o Eryka, prawda? Ech... Wybiegłaś, a ja cię nie zatrzymałem... Julia, czy mi wybaczysz?... - och, Louis, za co ty mnie przepraszasz? Przecież nie ma za co... - Bałem się, wciąż się boję. Nie chcę cię stracić... Ale pamiętasz... Tamta wizja się sprawdziła... Gdy źle się czułem... Czułem, że mogę cię stracić...
     Louis, ja też nie chcę cię stracić. Jesteś dla mnie taki ważny. A ja nie mogę nic powiedzieć. Akurat teraz. Ale historia zatacza koło, czyż nie? Jeszcze parę dni temu to ty leżałeś na szpitalnym łóżku, a ja do ciebie mówiłam...
- Jesteś taka krucha... - westchnął smutno. - Wiesz... Jesteś w gipsie. A dokładnie to twoja lewa noga, obojczyk i... masz głowę w bandażach. Podejrzewany jest, a właściwie to był, bo go stwierdzono... Miałaś wstrząs mózgu, na szczęście niezbyt groźny, chociaż... Coś się uszkodziło i możesz nie widzieć... - nagle mój policzek zaczyna płonąć. Chcę krzyczeć, ale jedyne, co mogę z siebie wydobyć, to cichuteńki charkot. - Julia? - przypada do łóżka i szepcze z nadzieją, która miesza się z niedowierzaniem. Zrób coś! Mam spłonąć?! Ból jest okropny! - Nie płacz już, cii... - ociera mój policzek, jakby czytał w moich myślach. Ach, co za przyjemny chłód... Ale czy to była łza? Niemożliwe. Łzy aż tak nie palą. - Doktorze White! Szybko!
     Nagle wokół mnie robi się zamieszanie. Ktoś kogoś przepycha, ktoś inny krzyczy.
- Julia? Wiem, że mnie słyszysz. Nazywam się Anton White, jestem twoim lekarzem. - mówi przyjemny, kojący głos. - Przez szmat czasu byłaś w jakby letargu, ale to nie była śpiączka. - jaki szmat czasu?! Przecież to parę dni... - Zaczynaliśmy tracić nadzieję. Miałaś wypadek, straszny. Długo cię składaliśmy. Prawdopodobnie przez jakiś czas nie będziesz mogła widzieć, ale to nie znaczy, że tak pozostanie do końca życia. Już wiele wycierpiałaś. - mówi coraz bardziej nerwowo. Aplikują mi jakiś zastrzyk. - Trzymaj się... Louis jest tu praktycznie codziennie. Śpiewa tylko dla ciebie, ale słuchają wszyscy. Nawet nie wiesz, jak długo chłopcy musieli go namawiać, żeby nie śpiewał tylko i wyłącznie "Moments" <
''Jest to historia chłopaka którego dziewczyna umiera, a on nie potrafi sobie z tym poradzić...'' - wiecie, o co kaman>
... Dobrze, zabieramy cię teraz na badania, a potem odpoczniesz. Chociaż - uśmiecha się, na sto procent się uśmiecha! - wybyczyłaś się tutaj przez ostatni miesiąc. Minęły twoje urodziny, na smutno, ale dostałaś mnóstwo prezentów... Wszyscy, fanki chłopców też, martwią się o ciebie...
     Nie słyszę, co mówi dalej. Zagłusza go mój płacz, czy też raczej skowyt. Nie mam pojęcia czy płaczę w mojej wyobraźni, czy też może naprawdę. W każdym razie nie wiem, jak to możliwe, że minął miesiąc. Że to aż tak długo. Pamiętam wszystko, poza tym pieprzonym miesiącem! Co się wtedy działo? Och... To wszystko jest takie dziwne, głupie! Wywożą mnie na łóżku z sali, przedzieramy się przez nieskończenie długi korytarz, przez mrok i światło. W końcu chyba jesteśmy na miejscu.
     Nagle moje powieki się unoszą. Ktoś je przytrzymuje, ktoś chyba czymś świeci, bo przez osłonę ciemności przebija się nikły kosmyk jasności, który razi moje oczy niemiłosiernie. Próbuję uciec wzrokiem przed tą udręką.
- Paraliż ustępuje. - informuje sucho jakaś kobieta. - Oddycha bez urządzeń.
- Reaguje na światło. - dodaje ktoś inny.
- Julia, słyszysz? - pyta doktor. - Jest coraz lepiej, tak trzymaj...
     Próbuję go dotknąć, ale moje ręce są nieposłuszne. Za to mogę ruszać ustami. Teraz tylko wydobyć dźwięk... Napinam mięśnie...
- D-dok.. - tylko tyle mogę mruknąć. - Lo-ois...
- Julia? - chłopak łapie mnie za rękę. - Jestem tu... Będzie dobrze, Mała. Już tak wiele ci się udało... Razem przebiegniemy przez te miny, które podkłada nam życie.
- Lo-ou... - szepczę. Każdy wydawany dźwięk jest dla mnie kolejnym ciężkim kamieniem na ciele.
     Nagle ból przeszywa mnie na wskroś. Czuję się, jakbym była w wodzie, do której wrzucono toster podłączony do prądu. Drgawki przebiegają moje ciało, gdybym mogła, zwijałabym się z bólu.
- Co się dzieje? - pyta wystraszony.
- Odsuń się. - mówi dr White. - To skutek paraliżu. Wtedy czuła najwyżej ból na twarzy. Teraz paraliż ustępuje, ból jest odczuwalny kilka razy mocniej i na całym ciele... Siostro Pierce, zastrzyk przeciwbólowy, proszę.
      Chwilę później czuję lekką ulgę. Mogę nawet unieść na parę milimetrów dłoń. Louis łapie ją łapczywie, ale minutę później niechętnie puszcza.
- Chłopcze, idź się zdrzemnij. Jest noc, musisz spać. Ona także. W końcu w tak krótkim czasie tyle zrobiła. Proszę, wyjdź. Jeśli coś się zmieni albo Julia będzie chciała się z tobą zobaczyć, natychmiast cię zawiadomimy...
      Louis wychodzi, a mnie ogarnia zmęczenie, pewnie za sprawą zastrzyków...


***Louis***

     Niechętnie wychodzę z sali. Nie po to tyle czekałem, żeby ją teraz opuszczać... W pamięci wciąż tkwi wspomnienie tamtego dnia. Nie wiem, o co im poszło, nikt nic nie chciał powiedzieć, podobno ''dla mojego dobra''... Przecież  jeszcze kwadrans wcześniej było tak... Nie umiem tego określić. Wiem tylko, że nigdy nie czułem tego, co wobec Julii, do innych dziewczyn, których zresztą nie miałem wielu.
     Eryk... Chłopak, którego chyba Julia nie znosi. Od tamtej pory często z nim gadałem, obaj przesiadywaliśmy u Julii mnóstwo czasu... Trochę arogancki, ale mimo to sympatyczny. Martwi się jej stanem. Opowiedział mi, jak zachowywały się jego i jej rodzicielki. To trochę przykre. Jego matka nie wie, kim on naprawdę jest, Eryk boi się reakcji rodziców, ma w tym trochę racji... Chłopak obiecał mi opowiedzieć o tym, co się właściwie stało w kuchni, gdy Julka się wybudzi. Obiecał też, że w końcu porozmawia z matką na ten temat.
      Przez ten miesiąc noce spędzałem tutaj, mam nawet swój kąt, W ciągu dnia próbowałem normalnie funkcjonować. Ale jak tu żyć w takim momencie, jeśli na dodatek jest się gwiazdą, i to bardzo popularną? Mniej więcej raz w tygodniu jakiś wywiad, sesja albo koncert. I fanki, wszędzie fanki. Niektóre są miłe, pytają o Julię, martwią się o nią. Przysłały jej sporo kartek urodzinowych z życzeniami powrotu do zdrowia. Wiele było z innych kontynentów... Nie wiem, skąd wiedziały o jej urodzinach, ale to było miłe, tacy fani są najwspanialsi... Bo przecież mogły być takie fanki, które by ją wyzywały, nienawidziły, jak kiedyś El.

       Z rozmyślań wyrywa mnie czyjś głos.
- Co z nią? Wieźli ją do innej sali, ale nie chcieli nic powiedzieć. - odzywa się Katya. Siedzi z chłopakami na bluzach rozścielonych na podłodze na korytarzu.
- Obudziła się. - odpowiadam.
- Żartujesz?! - kręcę głową. Dziewczyna wstaje. - I co jeszcze?
- Paraliż ustępuje, reaguje na światło, powoli wypowiada jakieś sylaby... - widzę, że chce do niej iść. - Nie. Doktor White powiedział, że ma odpoczywać.
- Dobrze. - mówi z ociąganiem i już siada na bluzie, gdy powstrzymuje ją Harry.
- Louis, idziemy do kawiarenki. Musisz coś zjeść. - kręcę głową na propozycję Loczka. - Nie: nie chcę! Musisz. Chcesz przy niej zemdleć?
- Nie. - przyznaję.
- No, to chodź. - mówi Liam.
        Idziemy wszyscy do szpitalnej kawiarni, czynnej całodobowo. Zamawiam gorącą czekoladę, taką, jaką piła Julia w radiowej kawiarni, i naleśniki.
- Dobra, czego chcecie? - pytam. Uśmiecham się, po raz pierwszy od dawna.
- Pokoju, seksu i miłości. - szczerzy się Zayn. No tak, ten to jak coś powie...
- Z tym drugim leć do Katii. - odpowiadam z bananem na twarzy. Już się nie martwię, czuję, że teraz będzie już tylko lepiej.
- Nie da rady... - uśmiech spełza z jego twarzy.
- Dobrze, nie wnikam. Coś jeszcze chcecie?
- Masz odpocząć. Ale tak porządnie i nie na krześle. - mówi Harry.
- Proszę bardzo. - kelnerka, z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem, stawia przede mną talerz i kubek. Zaczynam jeść.
- Lou, zrozum, ty się wykończysz. Kto ją będzie wspierał? Przecież doskonale wiesz, że będzie się musiała nauczyć chodzić. Kto wie, co jeszcze? - ach, ta Rosjanko-Ukrainka... Teraz rozumiem, że to dla tej upartej oślicy Zayn przestał nałogowo palić fajki.
- Dobrze, dobrze, już... - odpowiadam po przełknięciu paru kęsów. - Trzeba zadzwonić po jej rodziców. Dopiero jak przyjadą, będę mógł spokojnie położyć się spać.
- Zgoda. - Katya wyciąga komórkę i wykręca numer. Przykłada telefon do ucha. - Dobry wieczór, przepraszam, że budzę, tu Katya Dmitrieva... Julia się wybudziła... Jakieś pół godziny temu... Tak, zajęto się nią, mhm... Nie wiem zbyt wiele, poza tym, że paraliż ustępuje, zaczyna reagować na światło... Nie wiem... Teraz chyba śpi... Dobrze... Do widzenia. - rozłączyła się. - Będą za pół godziny. Louis, nie wiem, najpierw zjedz, a potem może do niej zajrzyj. A jak przyjadą, to ty idziesz spać. My jedziemy, będziemy w ciągu dnia. - rzuca na odchodnym, a potem wychodzą.
       Robię to co każe, czyli jem. Następnie płacę i idę do jej sali.
- Julia? - pytam niepewnie, uchylając drzwi do pomieszczenia. Światło jest wyłączone.
- Hmm? - z łóżka wydobywa się ciche mruknięcie.
- Śpisz?
- Nie...
- Wiesz co? Już ci to mówiłem, ale teraz nie śpisz... Wszystkiego najlepszego, moja gwiazdko z nieba. Kochanie, skończyłaś osiemnaście lat... - kiwa głową. - Spokojnie, odpoczywaj... - podchodzę i głaszczę ją po ręce. - Twoi rodzice niedługo będą.
- Ja-jaki dziś d-dzień? - pyta.
- 31. stycznia.
- Nie! - jęknęła głucho.
- Tak. Niestety...
- Louis? - szepcze.
- Słucham? - obejmuję ją jak mogę najdelikatniej.
- Tęskniłeś?
- Bardzo. - unosi kąciki ust w uśmiechu, chociaż podejrzewam, ile bólu i cierpienia jej to przynosi.
- Lou?
- Tak?
- Widzę cię. - mówi bez zająknięcia, przystanku na oddech, odpoczynek.
- Co?! Widzisz mnie?
- No, obraz jest cholernie rozmazany, ale trochę rozróżniam... Na przykład ty... Masz czarną koszulkę w jasne coś, dżinsową kurtkę, szare spodnie. Jesteś potargany jak strach na wróble i się nie ogoliłeś. - śmieje się delikatnie, a ja przyciskam brodę do jej dłoni i ją smyram.
- Coś jeszcze, Marchewko? - widzę łzy w jej oczach. Pytanie tylko: łzy szczęścia czy smutku?
- Tak, Miśku! - otrząsa się. - Pachniesz czekoladą i naleśnikami. - przesuwa dłonią po mojej twarzy, która jest roześmiana. - I znowu tak słodko mrużysz oczy, gdy się uśmiechasz. - cieszy się jak małe dziecko. Widzę ją tak szczęśliwą po raz pierwszy. - Tylko nie idź po lekarza. Znowu będą mnie badać, a ty będziesz musiał iść... Chociaż wypadałoby, żebyś poszedł. Jesteś padnięty... - ona jest niemożliwa! Sama jest w kiepskim stanie, to jeszcze martwi się o mnie.
- Och, pomyśl też czasem o sobie. - mruczę, muskając wargami jej brodę.
- Myślę o sobie, myślę... I o czymś tu myślę... - uśmiecha się i unosi głowę.
        Odgarniam jej włosy, który wpadły do oczu. Nachylam się bardziej i całuję ją w nos.
- Całus w nos to spełnienie marzeń, co? - pyta kwaśno.
- A coś nie tak? - nie czekając na odpowiedź zamykam jej usta kolejnym pocałunkiem, tym razem dłuższym. Specjalnie pocieram jej twarz zarośniętym policzkiem.
- Mógłbyś się ogolić, wiesz?
- Wiem. Ale wtedy nie będę sexy. - śmieję się. - I nie będziesz chciała mnie całować...
- To ty chyba mnie nie znasz. - parska śmiechem takim dziewczęcym, takim perlistym. Czegoś takiego nigdy u nikogo nie słyszałem.
- Chyba masz rację.
        Słyszymy kroki na korytarzu. Przytulam ją po raz ostatni i wstaję.
- Która godzina?
- Dochodzi czwarta w nocy. - odpowiadam, zerkając na wyświetlacz komórki. - Ja idę, dobrze? - kiwa głową, a ja podchodzę do drzwi. Już mam nacisnąć klamkę, ale ktoś robi to za mnie. Do sali wchodzi Zuza, jej tata, doktor White i na końcu, niepewnie, mama Julii.
- O, Louis. - uśmiecha się doktor. - Jak pacjentka?
- Niech sam się pan przekona. - odpowiadam. - Ja idę się zdrzemnąć.
- Nie zdrzemnąć, tylko porządnie wyspać.
- Dobrze, dobrze... Dzień dobry... Yyy... Dobry wieczór... - zwracam się do jej rodziców i wychodzę.
         Idę do świetlicy, pustej o tej porze. Ściany w kolorze szafirowego morza uspakajają i wyciszają. W kącie sali pod oknem, za parawanem, jest łóżko, na którym śpię, i szafka z moimi rzeczami. przebieram się i zakopuję pod pościelą. Mam co najmniej 5 godzin snu. Świetlica jest czynna od ósmej.
         Czuję, że moje oczy się zamykają. Po chwili występuję na wielkiej scenie, a pośrodku wielkiej, pustej widowni stoi ona. Julia. Ma wielki brzuch, jest w ciąży. Uśmiecha się do mnie. Śpiewam "We are the champions" i "Everything I do - I do it for you"...

___________________________________________________________________________________
________________________________________________________
__________________________

        Hej, dobrnęliście do końca dziewiętnastki. I, jak widać, robi się miło, bo Julia się wybudziła. Ale jest wiele niewiadomych... Z góry uprzedzam, że to, co się stało Julii, było wymysłem mojej wyobraźni. Nie wiem dokładnie, jakich obrażeń doznaje człowiek po takim wypadku, jakie są skutki wstrząsu mózgu... Nie korzystałam z jakiegoś źródła. Jedynym była moja głowa. Tak więc, jeśli komuś się coś nie zgadza, to sorry, ale ja nigdzie się nie dowiadywałam o takie rzeczy. 
         Co do tytułu,  to po prostu jak zapisywałam w zeszycie, to pomyliłam się z numeracją.

         Dalej... Zapraszam na stronkę bloga na fejsie, tam pytajcie o wszystko i wszystkich, odpowiem w wolnym czasie ;)
         
Pewnie się zastanawiacie, jak to pisałam i dodałam rozdział... Proste. Po prostu w szkole źle się czułam (niestety) i mama mnie odebrała ze szkoły. A na szczęście, bo ominą mnie dwie biologie xD

6 komentarze:

M. pisze...

ale szybko dodajesz nowe rozdziały! c:

Mrs. X pisze...

supeeer *_*
AA Eryk to jest gejem, no nie?xd hahaha . nie no sory . zgaduje tylko. czekam na następny xx

Julia Avis pisze...

Do M.: szybko, bo ja je przepisuję. Mam zeszyty, w których piszę opowiadanie, a w weekendy, gdy mogę korzystać z komputera, przepisuję rozdziały i wrzucam. Bo teraz korzystam z internetu w telefonie.

Do Mrs. X: dobrze zgadujesz :) Ale oficjalnie to będzie wiadomo w dwudziestce :)

Wiktoria:) pisze...

Jak zawsze bomba:) Tak jak M. czekam na następny:)

Unbroken Girl pisze...

bardzo przepraszam za spam, ale chciałam cię również powiadomić że stworzyłam nowy blog z nowym opowiadaniem o 1D
http://little-things-and-one-direction.blogspot.com/

może ci się spodoba ?
proszę, skomentuj ! :)

Mrs. X pisze...

link na ASK'a: ask.fm/heartachedoesntlastforever
jest też na blogu po lewej stronie.;* kiedy następny?

Prześlij komentarz

Proszę, zostaw szczery komentarz. Ja wiem, doskonale, że to, co piszę, nie jest dopracowane i zbyt ciekawe, ale to opowiadanie traktuję tylko i wyłącznie jako ćwiczenie. Dlatego proszę o wyrozumiałość :)
Pozdrawiam,
Julia :)