sobota, 26 stycznia 2013

Julia Avis - fakty, ciekawostki itd. ;D i Liebster Award (III)

Hello everybody! Daję dzisiaj posta z paroma faktami o mnie ;D jeśli to, co przeczytacie, wam nie wystarczy, to piszcie pytania w komentarzach, będę odpowiadać ;)

1. Moją pierwszą miłością był Michał Wiśniewski z Ich Troje, gdy miałam jakieś 5-6 lat ;D

2. Gram na waltorni.
3. Gram w kabarecie, gdzie stałam się pewniejsza siebie i gram przypakowane dresy z wąsikiem.
4. Gdy miałam tak ze trzy lata, mama robiła porządki w pokoju pradziadka, a ja się bawiłam, przeglądałam obrazki w gazetach czy coś. Mama położyła krzesła na stole, żeby odkurzyć i umyć podłogę. Te krzesła miały dziury w nogach. Ja dorwałam pudełko z lekami nasennymi pradziadka. Bawiłam się nimi, aż mama się zorientowała, że ubyło ich bardzo dużo. Była wystraszona i  z tatą zabrała mnie do szpitala, a po drodze zaczęłam usypiać. Na miejscu czekało mnie płukanie żołądka. Po jakimś czasie do rodziców wyszła lekarka i zapytała, czym mnie karmią. Odpowiedzieli, że wszystkim, co jest odpowiednie dla mojego wieku. Dlaczego pytała? Bo rurka zapchała się kiełbasą made in mój dziadek. Później siedziałam z rodzicami w sali, a mama przyniosła mi ze świetlicy misia. Wskazała na jego oko i zapytała, co to. Po usłyszeniu mej 'mądrej' odpowiedzi: "siusiak" stwierdzili, że jestem zdrowa i wypisali mnie. A tabletki? Znalazły się, gdy odwracano krzesła i wysypały się z ich nóg.
5. Mam z 173 cm wzrostu.
6. Rozdziały piszę w szkole na lekcjach ;D
7. Moim dzwonkiem w telefonie jest "More Than This".
8. Zapuszczam kudełki, żeby były takie jak na mojej komunii ;D
9. Mam full plakatów w pokoju, kiedyś wrzucę zdjęcie ;D
10. Uwielbiam rysować coś, co jest związane z 1D i projektowaniem.
11. Na drugie mam Jadwiga. Ale wg mnie trochę dziwne to imię, w klasie się śmiali, więc w Internecie wzięłam Avis, angielską wersję tego imienia.
12. W ciągu ostatniego miesiąca przeczytałam więcej niż 5 grubszych książek.
13. Przez 2,5 miesiąca zapełniłam prawie dwa grube zeszyty, zapisując rozdziały opowiadania.
14. Jak wiadomo, najbardziej z 1D lubię Louisa. Resztę tylko ociupinkę mniej.
15. Kocham jabłka.
16. Moim ulubionym przedmiotem jest geografia. I jeszcze religia, bo wtedy nic nie robimy i mogę spokojnie pisać ;D
17. Oprócz 1D słucham jeszcze Michaela Jacksona, Beatlesów, Eltona Johna.
18. Jestem uzależniona od muzyki, książek, pisania opowiadania, 1D i telefonu ;D
19. Nie mogę długo przebywać w pomieszczeniu, w którym jest gorąco i duszno. Zamulam i usypiam. Dzieje się tak w pizzerii i na lekcjach ;D
20. W wieku 13,5 lat, czyli trochę ponad pół roku temu, złapałam bukiet panny młodej na weselu. Krawat zdobył brat pana młodego, czyli mój kuzyn. (taki szczegół: jeśli będziecie w najbliższym czasie, czyli jak zaczną emisję, oglądać nową edycję Must Be The Music i zobaczycie zespół Meet Jimmy, to wiedzcie, że wokalistą jest mój kuzyn, właśnie ten od krawata ;D).
21. Mój ulubiony sport to piłka ręczna, w zeszłym roku na pozycji bramkarza i nazywali mnie szkolnym damskim Sławomirem Szmalem xD
22. Chciałabym umieć perfekcyjnie angielski. I zmienić mój sposób wymowy bo jak coś mówię po angielsku to dziwnie to brzmi. Tak sztucznie.
23. Przeważnie jestem cicha, spokojna, nieśmiała i nie kontaktuję ze światem.

A teraz odpowiedzi na pytania nie/powiem z 13. stycznia do którejś tam notki ;D

Ile miałaś lat, gdy zainteresowałaś się pisaniem?
Tak szczerze to miałam jakieś 8-9 lat i próbowałam tworzyć pierwsze coś. A teraz, z 6 lat później, czytacie to opowiadanie. Było mnóstwo podejść i dopiero to wypaliło ;)

Jak się nim zainteresowałaś? 
Normalnie. Kocham książki. I zaczęłam trafiać na co gorsze badziewia, więc stwierdziłam, że napiszę swoją książkę. Takich akcji było mnóstwo, ale tylko dwa razy udało mi się napisać coś, co ma więcej niż dwie strony.

Skąd przyszedł ci taki pomysł?
Pomysłów było mnóstwo, a tematyka odpowiednia do mojego wieku. Kiedyś miały być dziecięce kryminały, innym razem jakieś fantasy. A teraz powstaje fan fiction, z którym nie zamierzam się na razie rozstawać. Dlaczego fan fiction? Nie wiem. Miał być pamiętnik poniżanej kujonki, ale wkleiłam chłopców i zostało to, co jest ;D

Ile czasu piszesz już tego bloga?
Bloga założyłam  pod koniec listopada, ale pierwsze rozdziały powstały w połowie miesiąca. Kończę zapełniać drugi zeszyt (zostało trochę ponad 20 stron) piszę 33. rozdział i nie zamierzam kończyć.

A teraz wreszcie Liebster Award.

Ja zostałam nominowana przez Vicki.. Dziękuję bardzo ;D

1. Ile będziesz miał/miała w tym roku lat?
Już skończyłam. 14 lat.


2. Masz jakieś zwierze? 
Tak. Kota, 3 dorosłe owczarki niemieckie i 8 małych i stadko kur mojej mamy.

3. Masz drugie imię?
Jadwiga. Ale że śmieją się z tego imienia w klasie, a w "Księdze Imion" wyczytałam, że po angielsku Jadwiga to np. Avis. I dlatego tak podpisuję się w internecie.

4. Jakie masz hobby?
Czytanie pisanie, muzyka, gra na waltorni, kabaret, czytanie książek, spanie, obijanie się.

5. W której klasie najlepiej Ci szło z nauką?
Zdecydowanie w szóstej. Średnia 5.1 na semestr xD

6. W której klasie jesteś?
W pierwszej gimnazjum.

7. Masz rodzeństwo?
Tak. Młodszego brata i siostrę, też młodszą.

8. Masz aktualnie ferie?
Niestety nie. Dopiero od 11. lutego ;/

9. Lubisz się uczyć?
Tak, ale tylko na angielski, bo chcę znać ten język, i na geografię.

10. Co robisz w czasie wolnym?
Chodzę do szkoły muzycznej I. stopnia, chodzę do MCEE na kabaret, dziennikarskie, fotograficzne, czytam książki, słucham muzyki, piszę opowiadanie.

11. Masz wielu przyjaciół?
Nie, tylko dwie najbliższe. Wielu, to ja mogę mieć bliższych znajomych.


Moje pytania:
1. Ulubiona książka?
2. Co inspiruje Cię i motywuje do pisania bloga?
3. Jakie blogi (z jaką tematyką) podobają Ci się najbardziej?
4. Jaka jest Twoja szczęśliwa liczba?
5. Co najczęściej robisz na lekcjach?
6. Jaki miałaś/miałeś najfajniejszy sen?
7. Ulubiony smak lodów?
8. Piosenka, która sprawia, że chce ci się rano wstać?
9. Wydarzenie fikcyjne, które zapadło ci w pamięć? (np. fragment w książce, filmie, na blogu w opowiadaniu)
10. Jaka piosenka sprawia, że się uśmiechasz?
11. Bez czego nie możesz przeżyć choćby jednego dnia?

Nominowani:


Tak, wiem, prawie same z 1D, ale jakoś nie trafiłam na inne, które by mnie zainteresowały.

I jeszcze coś powiem. Te blogi u góry polecam. Mi przypadły do gustu. A wy? Sami zdecydujecie ;)

Rozdział jutro. Teraz nie, bo korzystam z kompa kuzynów, a nie mam swojego zeszytu z rozdziałami...

XXII.

Witam wszystkich, którzy zostawili aż 10 komentarzy, to rekord i jest mi bardzo miło. Przepraszam tych, którzy przez cały tydzień zaglądali, żeby sprawdzić, czy aby przypadkiem czegoś nie dodałam. Wiecie, planowałam dodać jeszcze w niedzielę, ale po prostu mama dała mi zakaz i kazała się uczyć. Bo wracałam po chorobie i miałam sprawdzian z biologii, grr... I jeszcze codzienne granie na waltorni, zwłaszcza, że w poniedziałek egzamin miałam... Ale nieważne. Rozdział miał być wczoraj, ale po prostu zabrakło mi czasu. Musiałam czekać godzinę, zanim brat mnie wpuścił o 23., a jak już mi zostało parę zdań, to musiałam gasić kompa. Ale jest dzisiaj!
Dziękuję przeogromnie za 3.500 wyświetleń. To mój ewidentny rekord, żaden nigdy nie doszedł powyżej 1.500 wyświetleń. I za to wam wielkie dzięki ;*

 Następny rozdział chyba jutro. Bo dzisiaj nie będzie mnie w domu, a wcześniej chcę jeszcze zrobić posta z polecanymi blogami (xD) i z faktami o mnie (jeszcze większe xD). Chcecie beznadziejnego szczerza autorki? ;D
Co by tu jeszcze napisać... Liczę na pomysły na nexty, bo naprawdę, ale mam pustkę!!! I komentujcie tak, jak pod ostatnim postem ;D

__________________________________________________________________________________
_______________________________________________________
_____________________________

- No cześć! - zawołała Katya, gdy otworzyłam drzwi. - Co jest? Zarwana noc?
- No tak jakby. - odpowiadam, zamykając za nią drzwi. Prowadzę dziewczynę do kuchni.
- Z Louisem? - pyta zaciekawiona i siada na wysokim krześle przy blacie stołu.
- Nie! - nie wytrzymuję i parskam śmiechem. - Lou był u mnie, ale poszedł po piątej. - powoli podchodzę do zlewu i nalewam wody do czajnika. - Kawę? Herbatę?
- A masz kakao? - przytakuję. - To poproszę. - uśmiecha się promieniście. Odstawiam czajnik na bok, a w zamian wyciągam z szafki garnek i mleko z lodówki. - Ty w ogóle wiesz, która jest godzina? - stawiam garnek na gazie i wlewam ciurkiem litr napoju od krowy. - Po dziewiątej!.. Ej, a co wy wczoraj robiliście? No bo wiesz - sadowi się wygodniej na krześle. - ty przyjechałaś koło drugiej, a on poszedł po piątej... - słodzę mleko i sięgam ostrożnie kakao. - Okej, jak nie chcesz mówić, to nie nalegam...
- Spokojnie, nic się nie stało. - siłą wyrywam się ze wspomnień sprzed dwóch lat, kiedy to pojechałam na kolonie...

///*\\\

- Kochasz mnie? - pytam cicho opalonego chłopaka w czarnej koszuli.
- Nad życie. - odpowiada, bawiąc się rąbkiem mojej białej sukienki. - Liczysz się dla mnie tylko ty. Nikt więcej. - szepcze mi do ucha, rozplatając mojego warkocza. - Tak wyglądasz piękniej.
- Piotr... - zaczynam, ale on przerywa mi pocałunkiem.
- Nic nie mów... - mruczy, dobierając się do mnie.
- Nie! Nie chcę! - ale on już nie słyszy mojego zduszonego krzyku. Zatraca się w tym, co robi.
        Jesteśmy sami na łące, nasz ośrodek jest co najmniej pół kilometra stąd. Leżymy na słomie. Do najbliższego zabudowania jest przynajmniej trzysta metrów. Piotrka poznałam na turnusie. On - wielki gwiazdorek, przystojny zresztą. Której by się nie spodobały jego miętowe oczy, czarne, kręcone włosy, idealnie wyrzeźbione muskuły? Jest trzy lata starszy. A ja? Cicha, zapatrzona w grube książki, nie chłopców. Nie wyróżniająca się niczym dziewczyna. A mimo to on coś do mnie czuł. Tak mówił. Od samego początku nosił za mną bagaże, koc, torby, przynosił bukieciki polnych kwiatów, próbował pisać wiersze. Nieudolne, ale to było coś. Powoli mnie tym kupował. A teraz, w ostatnie popołudnie naszego pobytu tutaj, leżymy na sianie.
- Puść mnie! - próbuję krzyczeć, ale on zatyka mi ręką usta. Bez namysłu ją gryzę ostrymi kłami.
- Ty dziwko! Szmato! - puszcza mnie, by przyjrzeć się dłoni. Puchnie i płynie z niej krew.
          Korzystam z jego nieuwagi, wyrywam się i zaczynam biec. Jest tak zdziwiony, że nie reaguje. Tylko stoi i patrzy się na ranę. Gdy jestem już dość daleko, zaczyna opatrywać rękę, owijając ją strzępem koszuli, porwanej w tym celu. Wybiegam na drogę. Pusto. W oddali widzę zarys ośrodka. Nie myślę, skupiam tylko swoje mięśnie oraz energię i zmuszam je do wysiłku. Jestem coraz bliżej. Już mam wbiec na podjazd, gdy za plecami słyszę jego krzyki. Nie zwracam na to uwagi. Mijam bramę i z trudem docieram do pokoi opiekunów i kierownika.
          Przerażona, roztrzęsiona opowiadam o zajściu. Chyba wierzą, zwłaszcza, że moja sukienka jest podarta i zakrwawiona. Każą mi się położyć. Zasypiam od razu. Następnego dnia, przed odjazdem, muszę powtórzyć "zeznania" policji i ich psycholożce. Potem pakuję się przy pomocy dziewczyn z pokoju obok. 
          Wyjeżdżamy, bez Piotra, który został zatrzymany. W domu przez długi czas boję się gdziekolwiek wychodzić, zostawać sama. Oczywiście nikt nie myśli o psychologu. Wkrótce zaczynają przychodzić anonimy z groźbami. Wyjeżdżamy do Anglii, by zapomnieć...

///*\\\


        Ale ja nie zapomniałam.
- Ej, Jula, wszystko okej? - pyta troskliwie Katya. - Co się stało?
- Wspomnienia z kolonii. - nic nie muszę dodawać, wie, o co chodzi.
- Nie bój się. Louis taki nie jest. - przytula mnie do siebie. - To co, pijemy to kakao? Tobie dobrze zrobi. Siadaj!
        Siadam, a Katarinka rozlewa napój do kubków. Chwilę później siedzimy obok siebie z kubkami w dłoniach.
- Miśka, może to o to chodzi: to to wspomnienie sprawia, że nie jesteś sobą. Blokuje cię przed miłością. Musisz mu o tym powiedzieć. Louis musi wiedzieć.
- Chyba masz rację. - przyznaję. Pijemy w milczeniu, aż opróżniamy kubki do dna. - Ale ja tego nie powiem. Nie jestem na tyle odważna.
- Idź się ubierz. - wskazuje na moją piżamę. - Ja pochowam do zmywarki. I nie bój się, od tego zależy, czy będziesz szczęśliwa.
        I znów jej słucham. Idę na górę. Nie przebieram w ciuchach. Wybieram bawełnianą sukienkę w kolorze czekolady, z dekoltem w łódkę, za kolano, rękawy za łokieć. Jest mojego projektu, uszyta przez babcię. Do tego czarna cienka marynarka i beżowe buty na niskim obcasie. Schodzę na dół.
- No i wyglądasz jak ludzie. Jak wzrok?
- Chyba lepiej... Sama nie wiem...
- To weź się, kobito, zdecyduj! - denerwuje się, ale tylko dla żartu. Po chwili się szczerzy.
- Oj tam... Nie było problemu, że zwiałaś z lekcji?
- Coś ty! Oficjalna wersja jest taka, że choruję. No bo byłam przeziębiona, a z moją odpornością to wiesz, jak takie rzeczy się przeciągają. Ale jutro wracam. - uśmiecha się. - Gotowa?
- Momento. - idę do łazienki i przetrząsam kosmetyczkę w poszukiwaniu pomadki ochronnej.
       Po chwili wychodzę ze zgubą. Ubieramy się, wychodzimy, zamykam dom i idziemy do metra. Na peronie co któraś dziewczyna pokazuje na nas palcem.
       W galerii jesteśmy niecały kwadrans później. Od razu kierujemy się do sklepów.
- Słuchaj, Miśka! Nienawidzę zakupów, robię dla ciebie wyjątek, więc masz coś sobie kupić. - mówi na wstępie.
        Przeglądam kolejne wieszaki, półki, regały itp. i łącznie kupuję flanelową koszulę w czarno-czerwoną kratę; drugą, zwykłą białą koszulę w czarne paski; czekoladowy sweter 'leningradzki'; dwie pary spodni (brązowe i miętowe); chabrową spódnicę i trzy kiecko. Pierwsza jest w kolorze malin, dopasowana, przed kolano, bez rękawów, o prostym kroju. Następna jest jak na jakąś uroczystość, w kolorze śniegu. Kremowa biel. Koronkowa. Z rękawami przed łokieć. Obcisła góra i rozkloszowana spódnica. A ostatnia to typowa sukienka na jakiś spacer, piknik, spotkanie w gronie znajomych. Kwiecista, dekolt w łódkę, krótki rękaw. I za kolano.
        Katya kupuje tylko bejsbolówkę, kolejną do kolekcji. Ale trzeba jej pogratulować wytrzymałości przy tym maratonie po sklepach. Kto jak kto, ale ona jest zagorzałą przeciwniczką tej formy spędzania wolnego czasu. W zamian za to idziemy do części gastronomicznej. Jest po 14.
- Co bierzesz? - pyta dziewczyna, gdy stajemy w kolejce do jakiegoś fast-fooda.
- Nie wiem. Nie widzę co jest. Ale chce mi się czegoś normalnego.
- No to cappuccino i zestaw czterech kanapek. Z wędliną, serem i warzywami.
- Może być. - kiwam głową. - A ty co zamawiasz?
- Kawa, jajecznica i hamburger. No i frytki. - uśmiecha się.
       Zbliżają się do nas jakieś dziewczyny. Roześmiane, na luzie.
- Cz-cześć... - zaczyna wysoka brunetka w wojskowej kurtce. - Ty jesteś Julia? - mrużę oczy. Nie znam dziewczyny. - Wszystko okej? Coś nie tak z twoimi oczami czy co?
- Mhm... Ostatnio bardzo słabo widzę... Tak, mam na imię Julia. Ale co to ma do rze...
- No więc to ona, mówiłam! - przerywa mi radośnie niższa blondynka. - A czy twoja koleżanka ma na imię Katya? - kiwam niepewnie głową. - No i co? - woła triumfalnie do towarzyszek.
- Niekoniecznie. - mówi sceptycznie inna, szatynka z lokami jak Danielle.
- Kurczę, o co wam chodzi?! - wybucham. - Dopiero co wyszłam ze szpitala, przyszłam z przyjaciółką na zakupy, teraz chcę coś zjeść, a ktoś czegoś ode mnie chce! Przepraszam bardzo, ale jak moje ojczyste przysłowie mówi: jak Polak głodny, to zły!
- Jula... - Katya dotyka mojego ramienia. - Znajdź stolik, załatw sprawę i zjedz Snickersa, bo zaczynasz gwiazdorzyć, a ja kupię.
- Dobrze. - wychodzę z kolejki, śmiejąc się pod nosem z tekstu z batonem, podczas gdy trio dziewczyn wciąż za mną podąża. Idę w stronę wolnego stolika. Tamte coś do siebie szepczą.
- Ekhem... - odkasłuje blondynka, gdy zajmuję miejsce. - Przepraszam, ale wiesz... Ja jestem okropną Directioners i staram się być na bieżąco ze wszystkim... No i chodzi o to, że Louis chodzi z jakąś dziewczyną, a ona jest strasznie podobna do ciebie. I nie wiem, co o tym myśleć...
-Emm... Nie wiem, po co to ukrywać, skoro to prawda... Ale... - mruczę do siebie. - Czy jestem dziewczyną Louisa, to zapytajcie lepiej jego. Ja przecież równie dobrze mogę kłamać, wykorzystując podobieństwo, czyż nie?
- Może... Ale gdyby to było takie proste, to dorwanie Louisa... - odpowiada dziewczyna z lokami. - Może chociaż zdradzisz, gdzie go szukać?
- Niestety, ale nie wiem. Poza tym nie jestem dziennikarską paplą, że wygadam o gwieździe wszystko...
- To powiedz chociaż, skąd jesteś?
- Już mówiłam... Z pięknego od czasu do czasu kraju, który zwą Polską.
- Tak jak tamta? - dziwi się blondynka. - No, tamta poprzednia dziewczyna Louisa.
- Nie było dwóch. Jest wciąż jedna i ta sama. A teraz przepraszam...
         Nadchodzi Katya, dziewczyny się zmywają. Siada. Jemy w milczeniu. Nie wiem, co mam powiedzieć.
- Julka, długo jeszcze chcesz tu być? - pyta Ukrainka, tym samym wyręczając mnie od rozpoczęcia rozmowy. Powoli kończymy jeść.
- No... Jeszcze chwilę chyba mi zejdzie... - odpowiadam niepewnie.
- Bo ja muszę już iść. Trzeba uzupełnić zeszyty, a jeszcze pewnie Zayn wpadnie.
- Nie ma sprawy, idź. Przeżyję. - uśmiecham się.
- Dobra, to ja będę szła. - podnosi się i zakłada kurtkę. - Tylko nie zrób nic głupiego...
- Postaram się, mamusiu. - parskamy śmiechem, jak dzieci. Katya  bierze torbę. - Idź, bo Zayn się obrazi, że musi czekać.
- Cicho, Miśka, ja się po prostu obawiam, jak ty z takim wzrokiem sobie poradzisz w drodze do domu...
- Oj, już się nie martw, bo osiwiejesz. Jakoś dam radę. - mówię, gdy idzie do wyjścia. - Cześć, Katiuszka!
- Cześć, Miśka! Do jutra! - macha mi, a ja się zbieram. A gdy tylko znika mi z oczu, idę w stronę salonu
fryzjerskiego...

sobota, 19 stycznia 2013

XXI.

Ja nie mogę! Nie wierzę, że dodałam ten rozdział xD Ale inny będzie gorszy... Mam tylko nadzieję, że moi znajomi (nie liczę Katii) tego nie czytają, bo się zabiję ;/
Chcecie się pośmiać tak na początek? Kot, nie mój, urządził sobie na moim łóżku kuwetę w czwartek i nie miałam łóżka, na którym bym się porządnie wyspała. A teraz mam love rozdział, który, jeśli przeczytają ludzie z mojej obecnej lub poprzedniej klasy, będzie pośmiewiskiem... Okej... To tyle... 
Dalej czekam na dokończenie zdania:"Julia i Louis są w kawiarni i...". Jest jedna propozycja, ale potrzebuję konkretów ;)
Dziękuję za komentarze, ale czy nie mogłyby zawierać coś więcej niż "fajny rozdział, czekam na następny"? Ja rozumiem, nie zawsze jest czas. Ale w takim razie, jeśli chcecie dać komentarz, to zostawcie to na później i napiszcie dłuższy. Takie krótkie to słaba motywacja i przez nie nie będę dawać szybko rozdziałów!
Dziękuję, zapraszam do czytania, komentowania i cierpliwości, bo następny rozdział w przyszłym tygodniu. A to dlatego, że jestem ledwo dziewięć rozdziałów do przodu i nadążam z pisaniem... Tak więc z łaski swojej: proszę, podrzucajcie pomysły na następne rozdziały!!!!
~*~

- Jeszcze nie wiem, zobaczymy, co nam do głów wpadnie. - uśmiecham się.
         Chwilę później wchodzimy do mojego pokoju. Czystego, zadbanego pokoju. Siadam delikatnie na dywanie po turecku, Louis obok mnie. Opieram głowę o jego ramię. On mnie obejmuje i czule całuje w czoło.
- Wiesz co? W końcu będę miał od kogo zjeżdżać w szkole. - śmieje się.
- Tylko to? To ja wysiadam... - odsuwam się od niego.
         Jednak chwilę później leżę w jego ramionach.
- No to jaki masz pomysł? Co będziemy robić? - szepcze, muskając płatek mojego ucha.
- Żadnego... Zdaję się na ciebie. - odpowiadam przeczesując dłonią jego włosy.
- Radziłbym nie...
- Ale zaryzykować można. - uśmiecham się. W odpowiedzi tylko łaskocze mnie po brzuchu. - Heej, ja tam mam łaskotki! - parskam śmiechem.
- I o to mi właśnie chodzi. - całuje moją szyję. Przy okazji drapie ją swoją nieogoloną brodą.
- Hahah, to jaki masz pomysł?
- Jakbym ci powiedział, to wątpię, żebym wyszedł stąd żywy. - poważnieje, a jego głowa znajduje się dokładnie nad moją.
- Mów! Albo faktycznie żywy nie wyjdziesz.
- Kurczę, kobieto... - jego gorący oddech muska mój nos. Nasze usta dzieli coraz mniejsza odległość. - Kocham cię do szaleństwa, bejbe... - muska mój nos. - Nawet nie wiesz, jak bardzo... - całuje moje wargi.
- Mogę się tylko domyślać. - szepczę, odwzajemniając słodki pocałunek.
- Właśnie. - mruczy, rozpinając powoli guziki mojej koszuli. Po rozpięciu paru przerywa. - Nie wiem, czy ty... - urywa i unosi minimalnie głowę. Wyduś to z siebie!
         Jednak zamiast dokończyć całuje mnie namiętnie, jego dłonie wędrują w stronę pleców i unoszą mnie, przyciskając moje ciało do jego. Jedną ręką oplatam jego ramię, druga znajduje swoje miejsce w gęstwinie jego włosów, psując idealnie ułożoną grzywę Louisa.
- Julka... - szepcze chwilę później.
- Hmm? - kieruję oczy w jego stronę.
- Czasami mam wrażenie, jakbyś była ode mnie starsza i bardziej doświadczona. - uśmiecham się. - Ale wiesz... Nie chcę cię zranić. Jesteś dla mnie kimś, kim nigdy nikt dla mnie nie był. - jego głos staje się poważny. Opuszcza mnie delikatnie na dywan.
- I co w związku z tym? - pytam, oczekując niecierpliwie odpowiedzi.
- Już nic... To ewentualnie po ślubie. - śmieje się nerwowo, a ja domyślam się, o co mu chodziło. - Eee... Puścisz mnie?
- Nie. - odpowiadam panicznie. - Boję się, że gdy to zrobię, znów coś się stanie.
- Och... Dobrze, ale wiesz co? Tak jest niewygodnie. - mówi i obraca się ta, że głowę opiera na moim brzuchu. - Oo, teraz lepiej. - mamrocze, ściskając moją dłoń. - Nie uciskam cię? - zwraca się do mnie.
- Nie, tak jest dobrze. - uśmiecham się. - To jak było w Ameryce?
- To co zwykle. Dużo ludzi, aut, wrzeszczące fanki... Czyli tradycyjnie: hałas, ścisk i brak czasu na cokolwiek... A ty? Co robiłaś w tym czasie beze mnie?
- To co zwykle: leżałam, chodziłam, słuchałam muzyki, audiobooków i kłóciłam się z zołzowatą pielęgniarką. - odpieram i wspominam Rosalynne, 22-letnią pielęgniarkę, która kłóciła się ze mną praktycznie o wszystko.
- O co tym razem? - jęknął z politowaniem.
- Tym razem o muzykę. Mimo, że słuchałam przez słuchawki, ta i tak musiała się przyczepić, że jest za głośno. Katya nie wytrzymała i puściła muzykę na pół szpitala. Wtedy ta mruknęła tylko, że w końcu jest tak jak trzeba. Ale chyba zgłosiła to ordynatorowi. Była awantura o zakłócanie wypoczynku i rehabilitacji pacjentów i pracy lekarzy. I się oberwało... Rosalynne. I w końcu dała spokój.
- Nudno nie było. - roześmiał się Lou, kręcąc głową, aż się zwijam ze śmiechu, ponieważ jego włosy łaskoczą mój odsłonięty brzuch. - Wiesz, Zayn nam prawie umarł z tęsknoty.
- Za swoimi kosmetykami?
- Nie, za Katyą. - odpowiada, a ja uśmiecham się na myśl, jak musiał wyglądać, kiedy w końcu się z nią zobaczył. - Ja też tęskniłem. Za tobą, oczywiście... Dobra, dosyć tego słodzenia. - śmieje się. - Jutro szkoła, a ty masz dużo zaległości.
- A właśnie, że nie. Zamiast przepisywać, Katya mi pokserowała zeszyty, ćwiczenia uzupełniłam.... Źle nie jest.
- No dobrze, ale kto ci uzupełniał ćwiczenia?
- Nasza Katiuszka! Nialla też przed USA wkręciłam.
- Podziwiam go, że dał się namówić. - podnosi się i siada.
- Nie miał wyboru, a poza tym w nagrodę dostał wypieki mojej mamy. - też się podnoszę. - Jutro jeszcze nie pójdę do szkoły, ale za to w środę już tak. I będzie niespodzianka. - wypuszczam na oblicze smajlika.
- Jaka?! - pyta słodko.
- Jak powiem to nie będzie niespodzianki. - poszerzam szczerza. - Jutro nie przychodź, bo i tak nie będzie mnie w domu.
- Czemu?
- Wybieram się z miłością Zayna na zakupy. - odpowiadam.
- To ja jadę z wami! Jestem dobry w doradzaniu. Przy czwórce chłopaków i piątce sióstr to się gust wyrabia. - jest wesoły, nie chcę mu psuć zabawy, ale nawet Katyę będę musiała przegonić. Oboje w życiu nie zgodzą się na to, co już postanowiłam...
- Nie, Lou. - odpowiadam delikatnie. - Z tobą mogę pojechać w weekend. Wtedy ja dam ci wolną rękę w wyborze, a ty pozwolisz mi wybierać dla siebie.
- Niech stracę... Dobra. - całuje mnie w czoło. Potem wyciąga telefon i wpatruje się w podświetlony ekranik. - Uwierzysz, że już czwarta? Siedzę u ciebie dwie godziny. Będę musiał iść, bo trzeba się rozpakować, uzupełnić zeszyty...
- Dobrze, nie zatrzymuję cię. Tylko uważaj na dziennikarzy. Zuza opowiadała mi przez telefon ostatnio, że cały czas tu przesiadują i liczą na sensację. Nie chcę, żebyś z mojego powodu musiał odpowiadać na jakieś niewygodne pytania...
- Nie martw się na zapas. - wstajemy i schodzimy na dół. Louis podtrzymuje mnie, żebym nie upadła.
- To do środy? - pytam retorycznie, gdy zakłada kurtkę.
- Oczywiście, Marchewko. - obejmuje mnie. - Boisz się dziennikarzy, fanek? - kiwam głową. - Dlaczego, Mała?
- Bo dziennikarze wymyślają okropne, niestworzone rzeczy, które ranią. A fanki... Mogą cię kochać, ale nienawidzić za to, że jesteś ze mną i coś ci zrobić...
- Oj, głupku mój! Przeżyjemy. A jak będą dla nas niezbyt mili, to ich problem, ale odejdę z zespołu.
- Chyba nie mówisz tego poważnie? - podnoszę głowę do góry.
- Ależ oczywiście, że mówię poważnie. Zespół jest dla mnie ważny, ale ty, rodzina, prywatność, spokój... Jesteście dla mnie ważniejsi.
- Louis, nie możesz i nie będziesz się tak dla mnie poświęcać. - zaprzeczam i wyrywam się z jego uścisku,
- Mogę i nikt mi tego nie zabroni. - mówi poważnym tonem i mimo protestów z mojej strony przyciąga mnie do siebie i długo i namiętnie całuje. - A to jest tego dowód, Mała. - szepcze do mojego ucha.
- Już wolę Marchewkę. - muskam jego brodę. - Jest słodsze i bardziej pasuje...
- Czemu? - pytam, a po chwili obejmuje mnie tak mocno, że nie mogę oddychać. Nie mam też pewności, czy przypadkiem nie ucierpiały na tym moje kości. Odwzajemniam uścisk, przylegając do niego, jakby chcąc ochronić go przed całym złem tego świata. - Marchewko, co jest?
         Podnoszę ku niemu głowę. Nic nie mówię. Wokół nas panuje niezmącona cisza. W moim ciele gromadzi się dziwna mieszanka, która szuka ujścia w moich ustach, a te przybliżają się do Louisa. Najpierw muskam delikatnie, smakuję jego gorących malinowych warg. A potem coraz zachłanniej. Chłopak, po chwili zaskoczenia, odwzajemnia nagły przypływ uczuć. Przesuwa nas w stronę drzwi do garażu i przyciska mnie do nich. Nasze czoła się stykają, jego ręce oplatają moje biodra i plecy, natomiast moje dłonie zatrzymuję się na jego barkach. Wpijam mocniej, niczym cholernie wygłodniały wampir, swoje usta w usta Louisa. On unosi mnie, więc oplatam jego biodra nogami. Obejmuję jego szyję w chwili, gdy odrywa nas od drzwi. Prowadzi z powrotem na górę, klęka na podłodze i kładzie mnie na dywanie. Pochyla się nade mną i, rozpinając moją koszulę, wciąż mnie całuje.
- Czy ktoś ci mówił, że cudnie pachniesz? Jabłko i cynamon... - muska nosem moje odkryte ramię i odrzuca ściągniętą koszulę na łóżko. Pod spodem mam bokserkę.
- A czy tobie ktoś powiedział, że masz... - nie daje mi dokończyć. Zrzuca z siebie kurtkę, pozwala, żebym zdjęła jego koszulkę i zamyka mi usta potężnym ładunkiem namiętności. Niby delikatnie, ale potem coraz mocniej, coraz namiętniej... Myśli w mojej głowie galopują, próbując zapisać te chwile.
- Louis! - piszczę, gdy czuję, jak jego dłonie wędrują do sprzączki mojego stanika. - Nie! - mówię, odrywając się od niego, ale tylko na chwilę.
- Dobrze. - mruczy, przenosząc ręce na moje włosy. Bawi się nimi. - Wiesz co? Jak by to powiedziała Katarinka: ja tiebia liubliu! - mówi parę minut później, gdy leżymy obok siebie.
- I nawzajem. - śmieję się. - Która godzina?
- Po piątej. - też się śmieje, ale wstaje. - Niall się na nas obraził, wiesz? - zakłada koszulkę.
- Za co? - co oni mu znowu zrobili?!
- Włamaliśmy się mu do spiżarni i na Twittera.
- Wiesz co?! Dajcie biedakowi czasem spokój. - mówię z litością.
- My go kochamy! A on kocha nas! - parska śmiechem. - U nas nie wieje nudą i jest baaardzo wesoło.
- Dobra, dobra, już ja wiem, co u was znaczy wesoło.
- Tsa... Ej, skarbie, co jest? - kuca przy mnie i wyciera policzki z łez. Kręcę głową. - Ni: nic, bo widzę, że coś ci jest.
- Nic takiego, idź już. - mruczę, pospiesznie zakładając koszulę i odwracając głowę.
- Nie pójdę! - mówi stanowczo, łapiąc mnie za ramiona. - Ja cie nie rozumiem, boję się o ciebie. Bo raz jesteś wesoła, a za chwilę płaczesz... Co się dzieje?
- Nie wiem...
- Jula, mała... - łapie mnie za podbródek tak, bym na niego spojrzała. - Jest ci ciężko, ja wiem... Chcesz marchewkę? Może pomoże?
- Nie, Louis, nie trzeba. Idź, ja po prostu jestem taka przez zmęczenie, może przez wypadek... - mówię, ziewając. Wstaję i idę za nim na dół. - Do środy? - pytam, gdy zapina kurtkę.
- Tak, Mała... - odpowiada w roztargnieniu. Potem patrz na mnie poważnymi oczyma i bierze w dłonie moją twarz. - Ale jeśli coś się będzie działo, dzwoń. Nawet w środku nocy. - całuje mnie, przytula i wychodzi...

czwartek, 17 stycznia 2013

XX.

       Mijają tygodnie, zdjęto mi gips, od nowa uczę się chodzić i upadać. A wszystko to po omacku, na ślepego, bo mimo początkowej poprawy nie widzę nic. Tylko ciemność. Najgorsze jest to, że być może już nigdy nikogo nie zobaczę. Mogę się też pożegnać z projektowaniem.
- Nie przejmuj się, tak też da się żyć. - pociesza mnie Katya. I nie tylko ona.
- Julia, dla mnie to nieważne, że nie widzisz. Ja wciąż cię kocham, Mała. - wciąż powtarza Louis.
- Już nigdy nie zobaczę twojego uśmiechu, zarostu, roześmianych oczu, twoich potarganych włosów, w ogóle ciebie. To jest to, dlaczego chcę widzieć! - wciąż odpowiadam.
- Julka... - w tym miejscu zawsze urywa. Nigdy nie wie, co powiedzieć...

~*~

       Leżę na szpitalnym łóżku. Czekam na wypis. Jest 14. marca. Jest też szansa, że mój stan zdrowia się poprawi. Bo coraz lepiej chodzę, zaczynam widzieć. Niby plamy, ale lepsze to niż ciemność.
- Można? - pyta męski głos. Jego właściciel stoi w drzwiach. Nie muszę tego widzieć, po prostu czuję.
       Kiwam głową. Nawet nie patrzę w jego stronę, bo i po co? Ten ktoś podchodzi.
- Jak się czujesz? - co tu, kurwa, robi Eryk?!
- A jak może się czuć osoba, która ponad dwa miesiące spędziła w szpitalu, miała gips, uczy się chodzić, a przede wszystkim prawie nie widzi?! - wołam histerycznie. No sorry, ale takie pytania mnie denerwują...
- Spokojnie, przepraszam... - że co, kurde?! On przeprasza?!
- Czego chcesz? - pytam chłodno. - Która matka cię przysłała? Moja?
- Zakopmy ten topór wojenny, co? Zachowujesz się jak głupia, rozwydrzona dziewczyna. Złościsz się, że ktoś ci coś wytyka, zarzuca. Dlatego miałaś ten durny wypadek. Nie powiem, twoja mama też jest trochę winna, bo nie powinna cię do niczego zmuszać. Nie chcę być niemiły, ale naprawdę... Musisz zrozumieć, że słyszysz to, co chcesz usłyszeć. Chcesz usłyszeć, że komuś Louis do gustu nie przypadł, więc atakujesz, że niby wolą, żebyś była ze mną. A może po prostu chcą, żebyś zmieniła swoje nastawienie wobec mnie. Przemyśl to, chyba, że chcesz mieć zepsute życie. - kończy.
- Jak... - zacinam się, zastanawiam się nad jego słowami i wybucham. Wybucham niepohamowanymi potokami słów i łez. - Chyba... Chyba masz rację. Zbudowałam wokół siebie barierę. Słyszałam, słyszę słowa krytyki, a tych pochwały nie przepuszczałam. Słyszę tylko intrygi. Ale zawsze mnie ignorowano, wyśmiewano... Może to po części dlatego. Ja... Mimo wszystko nie umiem radzić sobie z krytyką... Jestem dziwna, wiem. Mimo obietnic nigdy nie zaprowadzono mnie do psychologa. Bo nigdy nie był ważny stan mojej psychiki... - urywam. - Dlaczego one chcą nas widzieć jako parę?
- Nie mam pojęcia... Może po prostu chcą dla nas dobrze. Czasem aż za dobrze. - zamyśla się. - Hmm... A czemu mnie nie lubisz? - pyta po chwili, jego głos jest smutny.
- A jak myślisz? Zawsze byłeś arogancki, zachowywałeś się tak, jakbyś miał do czynienia z upośledzoną ośmiolatką.
- Tak? - chyba jest zdziwiony. - To... Przepraszam.
- Ale powiedz, kim ty jesteś? - przekręcam się w jego stronę. Zauważam jego ciemny strój, jakby był w żałobie. - Bo wiem na sto procent, że jesteś inni niż wszyscy.
- Bo wiesz... Dobra, nie wiem, jak ci to powiedzieć.
- Mów! Chyba nic ci za to nie zrobię. - uśmiecham się łagodnie.
- Nie rozumiesz. Nawet matka nie wie. Na pewno mnie wydziedziczy, ale to nie jest najważniejsze. Ale muszę jej to powiedzieć, bo inaczej nie dadzą nam spokoju. Przecież ty masz Louisa, a ja Iana... Nie mogą mieszać...
- Jesteś gejem? - jestem zaskoczona. Tego nie brałam pod uwagę, raczej coś w stylu "wolę starsze", "jestem kosmitą" albo "jestem kobietą w przebraniu". No, ale potwierdza to skinieniem głowy, więc trzeba przyjąć tę wersję. - Ale czemu wcześniej nie powiedziałeś? Nie byłoby tego całego cyrku.
- Nawet nie wiesz, jak to ciężko. Boisz się dyskryminacji, odrzucenia.
- Posłuchaj mnie. Byłam w Polsce z pewnych powodów, siedziałam tam dwa miesiące. Poznałam Adriana, mojego rówieśnika. Zaprzyjaźniliśmy się, spędzaliśmy razem mnóstwo czasu, może ze względu na to, że chodziliśmy do jednej szkoły... Ale wiesz co? On nie wstydzi się swojej orientacji, jest gejem. Wszyscy o tym wiedzą i nikomu to nie przeszkadza, choć mówi się, że Polacy nie lubią "pedałów". Jedyne osoby, które mogą tu mieć jakieś ''ale'', to złośliwe mohery od Rydzyka. Jest tak fajną i sympatyczną osobą, że nikt nie patrzy na to, że jest inny. Spróbuj, chyba nie ma nic do stracenia. Ale jeśli jednak będzie, to winna będę ja... Poza tym, czy czułbyś się dobrze, ukrywając swoją tożsamość, swoje prawdziwe ja?
- No... Nie.
- Właśnie, więc nie marudź! - wyciągam ręce, żeby go przytulić. Obejmuje mnie, a ja mu szepczę do ucha - Nie martw się, proszę. - puszczam go.
        Otwierają się drzwi.
- Gotowa? - pyta tata.
- Prawie. Muszę wziąć torbę.
- To ja ją wezmę... Porozmawialiście?
- Tak. Wyjaśniliśmy parę spraw. - spuszczam nogi na podłogę. Opierając się o Eryka, robię parę kroków. - Dobra, mogę iść sama.
- Dla pewności weź kule.
- Tata, nie jestem kaleką. - mówię z wyrzutem i dopiero po chwili dociera do mnie sens tego zdania. Uśmiecham się i biorę kule.
        Wychodzimy z sali i idziemy do windy.
- Katii nie ma? - pytam z nadzieją, że na mnie czeka.
- Nie ma, coś jej wypadło... Uwaga, ściana! - woła tata, gdy prawie wpadam na rzeczoną ścianę, która przede mną wyrosła.
        Parę długich minut później kierujemy się do auta na szpitalnym parkingu. Ostrożnie siadam na miejscu obok kierowcy w srebrnym oplu taty. Eryk zostaje, prawdopodobnie zaraz odjedzie swoją czarną toyotą.
- To cześć... - rzucam w stronę chłopaka i zatrzaskuję drzwi.
       Jedziemy w całkowitej ciszy, przerywanej od czasu do czasu przekleństwami taty, rzucanymi pod adresem niedzielnych kierowców.
       Zapadam się w fotelu i myślę o Louisie, który razem z resztą jest teraz w Nowym Jorku z powodu koncertów i występów. Wrócą lada dzień, Louisem nacieszę się około półtora tygodnia, a potem wybędą do Skandynawii na jakieś dwa-trzy tygodnie... I tak do tej pory miał dużo czasu, praktycznie nigdzie nie jeździli, ale zima to zima... Kurde! O czym ja myślę? Jaki to ma w ogóle sens? Dobra, nie wiem, ale ten wypadek to chyba podziałał źle na mój mózg...
        Moje wewnętrzne spory przerwał tata. Dopiero wtedy zauważam, że wysiadł z samochodu i otworzył mi drzwi.
- Chodź, jesteśmy na miejscu.
         Powoli wysiadam i podpierając się kulami ruszam za głosem taty. Przed upadkiem na schodkach w ostatniej chwili ratują mnie czyjeś ręce. Znajome ręce. Przez mgłę widzę czerwone spodnie.
- Cześć. - mruczy mi do ucha właściciel cudownego, zachrypniętego głosu. - Pamiętasz mnie jeszcze?
         Wypuszczam kule z rąk i obejmuję Louisa za szyję. Przez przypadek oberwał ode mnie przy tym w ucho i nos.
- Ale jak? - pytam. W oczach zatrzymują się na chwilę łzy szczęścia, by zaraz stoczyć się po policzkach kaskadami. - Mieliście wrócić najwcześniej pojutrze...
- Oj, bekso... - szepcze, kucając przy mnie. - Występy zakończyliśmy już przedwczoraj, a wczoraj wywiady. Tak więc dzisiaj wsiedliśmy w pierwszy samolot i oto jestem. - przytula mnie i podnosi. Bierze kule i wchodzimy do domu.
- Cześć, nieźle cię tam utuczyli. - palnęła na powitanie Zuza. Nie lubi szpitali, była u mnie tylko wtedy, gdy się wybudziłam.
         Kocham ten jej jęzorek! Tylko spokojnie, spokojnie... Dobra, może przytyłam, ale wyglądam tak, jak w grudniu. Po wybudzeniu byłam wychudzona, ale wróciłam do normy...
- Też cię kocham. - odpowiadam spokojnie.
- Cześć, mama! - wołam w stronę kuchni. Nie gadałyśmy od wypadku, ale nie ma takiej potrzeby. Chyba będzie okej i bez tego. Szepczę Lou, żebyśmy poszli do mnie na górę.
- Co ty kombinujesz? - pyta zaskoczonym, jeśli nie przerażonym głosem...

___________________________________________________________________________________
_________________________________________________________
_________________________________

Heloł, tu Avisowa! Późno, w tygodniu... Ale rozdział jest! Jeśli dopiszecie i będą ze cztery komentarze, to dam jutro taaaki romantyczny rozdział xD Ale to zależy od was. Inaczej spodziewajcie się rozdziału w sobotę ;)
 A tak na marginesie, to dokończcie w komentarzu zdanie: Julia i Lou są w kawiarni i... Chodzi mi o rozwinięcie jednego z przyszłych rozdziałów. Piszcie! I do następnego ;*

wtorek, 15 stycznia 2013

XIX., która myślała, że jest numerem XX.

     Budzę się w jasnym i ciepłym miejscu, ale nie mogę otworzyć oczu. Nie mogę niczym ruszać, ciało mi ciąży, jest dla mnie zbędnym balastem. Czuję za to wyraźnie. Czuję zapach płynu do podłóg, woń zwiędłych kwiatków zwisających smętnie w szklance na szafce obok. Prawdopodobnie są to czerwone tulipany. Czuję, że ktoś siedzi na krześle przy moim łóżku i śpi. I słyszę. Słyszę pocieszający szept lekarza w sąsiedniej sali. Słyszę krzątaninę na przeciwległym końcu korytarza. Słyszę cichutkie bicie serca, takie zmęczone, wystraszone, mojego śpiącego stróża.
- Julia? - ''opiekun'' budzi się z drzemki. - Obudziłaś się?... Po co ja się w ogóle pytam... Ale czuję, czuję, że się wybudziłaś, mam taką nadzieję... W każdym razie, choć pewnie znasz to na pamięć... Jesteś sparaliżowana. Wybiegłaś na drogę osobówce. Dobrze, że auto nie jechało tak szybko przez te zaspy... Nie wiem, o co się pokłóciłyście, mówiłyście po polsku.  Ale chodziło o Eryka, prawda? Ech... Wybiegłaś, a ja cię nie zatrzymałem... Julia, czy mi wybaczysz?... - och, Louis, za co ty mnie przepraszasz? Przecież nie ma za co... - Bałem się, wciąż się boję. Nie chcę cię stracić... Ale pamiętasz... Tamta wizja się sprawdziła... Gdy źle się czułem... Czułem, że mogę cię stracić...
     Louis, ja też nie chcę cię stracić. Jesteś dla mnie taki ważny. A ja nie mogę nic powiedzieć. Akurat teraz. Ale historia zatacza koło, czyż nie? Jeszcze parę dni temu to ty leżałeś na szpitalnym łóżku, a ja do ciebie mówiłam...
- Jesteś taka krucha... - westchnął smutno. - Wiesz... Jesteś w gipsie. A dokładnie to twoja lewa noga, obojczyk i... masz głowę w bandażach. Podejrzewany jest, a właściwie to był, bo go stwierdzono... Miałaś wstrząs mózgu, na szczęście niezbyt groźny, chociaż... Coś się uszkodziło i możesz nie widzieć... - nagle mój policzek zaczyna płonąć. Chcę krzyczeć, ale jedyne, co mogę z siebie wydobyć, to cichuteńki charkot. - Julia? - przypada do łóżka i szepcze z nadzieją, która miesza się z niedowierzaniem. Zrób coś! Mam spłonąć?! Ból jest okropny! - Nie płacz już, cii... - ociera mój policzek, jakby czytał w moich myślach. Ach, co za przyjemny chłód... Ale czy to była łza? Niemożliwe. Łzy aż tak nie palą. - Doktorze White! Szybko!
     Nagle wokół mnie robi się zamieszanie. Ktoś kogoś przepycha, ktoś inny krzyczy.
- Julia? Wiem, że mnie słyszysz. Nazywam się Anton White, jestem twoim lekarzem. - mówi przyjemny, kojący głos. - Przez szmat czasu byłaś w jakby letargu, ale to nie była śpiączka. - jaki szmat czasu?! Przecież to parę dni... - Zaczynaliśmy tracić nadzieję. Miałaś wypadek, straszny. Długo cię składaliśmy. Prawdopodobnie przez jakiś czas nie będziesz mogła widzieć, ale to nie znaczy, że tak pozostanie do końca życia. Już wiele wycierpiałaś. - mówi coraz bardziej nerwowo. Aplikują mi jakiś zastrzyk. - Trzymaj się... Louis jest tu praktycznie codziennie. Śpiewa tylko dla ciebie, ale słuchają wszyscy. Nawet nie wiesz, jak długo chłopcy musieli go namawiać, żeby nie śpiewał tylko i wyłącznie "Moments" <
''Jest to historia chłopaka którego dziewczyna umiera, a on nie potrafi sobie z tym poradzić...'' - wiecie, o co kaman>
... Dobrze, zabieramy cię teraz na badania, a potem odpoczniesz. Chociaż - uśmiecha się, na sto procent się uśmiecha! - wybyczyłaś się tutaj przez ostatni miesiąc. Minęły twoje urodziny, na smutno, ale dostałaś mnóstwo prezentów... Wszyscy, fanki chłopców też, martwią się o ciebie...
     Nie słyszę, co mówi dalej. Zagłusza go mój płacz, czy też raczej skowyt. Nie mam pojęcia czy płaczę w mojej wyobraźni, czy też może naprawdę. W każdym razie nie wiem, jak to możliwe, że minął miesiąc. Że to aż tak długo. Pamiętam wszystko, poza tym pieprzonym miesiącem! Co się wtedy działo? Och... To wszystko jest takie dziwne, głupie! Wywożą mnie na łóżku z sali, przedzieramy się przez nieskończenie długi korytarz, przez mrok i światło. W końcu chyba jesteśmy na miejscu.
     Nagle moje powieki się unoszą. Ktoś je przytrzymuje, ktoś chyba czymś świeci, bo przez osłonę ciemności przebija się nikły kosmyk jasności, który razi moje oczy niemiłosiernie. Próbuję uciec wzrokiem przed tą udręką.
- Paraliż ustępuje. - informuje sucho jakaś kobieta. - Oddycha bez urządzeń.
- Reaguje na światło. - dodaje ktoś inny.
- Julia, słyszysz? - pyta doktor. - Jest coraz lepiej, tak trzymaj...
     Próbuję go dotknąć, ale moje ręce są nieposłuszne. Za to mogę ruszać ustami. Teraz tylko wydobyć dźwięk... Napinam mięśnie...
- D-dok.. - tylko tyle mogę mruknąć. - Lo-ois...
- Julia? - chłopak łapie mnie za rękę. - Jestem tu... Będzie dobrze, Mała. Już tak wiele ci się udało... Razem przebiegniemy przez te miny, które podkłada nam życie.
- Lo-ou... - szepczę. Każdy wydawany dźwięk jest dla mnie kolejnym ciężkim kamieniem na ciele.
     Nagle ból przeszywa mnie na wskroś. Czuję się, jakbym była w wodzie, do której wrzucono toster podłączony do prądu. Drgawki przebiegają moje ciało, gdybym mogła, zwijałabym się z bólu.
- Co się dzieje? - pyta wystraszony.
- Odsuń się. - mówi dr White. - To skutek paraliżu. Wtedy czuła najwyżej ból na twarzy. Teraz paraliż ustępuje, ból jest odczuwalny kilka razy mocniej i na całym ciele... Siostro Pierce, zastrzyk przeciwbólowy, proszę.
      Chwilę później czuję lekką ulgę. Mogę nawet unieść na parę milimetrów dłoń. Louis łapie ją łapczywie, ale minutę później niechętnie puszcza.
- Chłopcze, idź się zdrzemnij. Jest noc, musisz spać. Ona także. W końcu w tak krótkim czasie tyle zrobiła. Proszę, wyjdź. Jeśli coś się zmieni albo Julia będzie chciała się z tobą zobaczyć, natychmiast cię zawiadomimy...
      Louis wychodzi, a mnie ogarnia zmęczenie, pewnie za sprawą zastrzyków...


***Louis***

     Niechętnie wychodzę z sali. Nie po to tyle czekałem, żeby ją teraz opuszczać... W pamięci wciąż tkwi wspomnienie tamtego dnia. Nie wiem, o co im poszło, nikt nic nie chciał powiedzieć, podobno ''dla mojego dobra''... Przecież  jeszcze kwadrans wcześniej było tak... Nie umiem tego określić. Wiem tylko, że nigdy nie czułem tego, co wobec Julii, do innych dziewczyn, których zresztą nie miałem wielu.
     Eryk... Chłopak, którego chyba Julia nie znosi. Od tamtej pory często z nim gadałem, obaj przesiadywaliśmy u Julii mnóstwo czasu... Trochę arogancki, ale mimo to sympatyczny. Martwi się jej stanem. Opowiedział mi, jak zachowywały się jego i jej rodzicielki. To trochę przykre. Jego matka nie wie, kim on naprawdę jest, Eryk boi się reakcji rodziców, ma w tym trochę racji... Chłopak obiecał mi opowiedzieć o tym, co się właściwie stało w kuchni, gdy Julka się wybudzi. Obiecał też, że w końcu porozmawia z matką na ten temat.
      Przez ten miesiąc noce spędzałem tutaj, mam nawet swój kąt, W ciągu dnia próbowałem normalnie funkcjonować. Ale jak tu żyć w takim momencie, jeśli na dodatek jest się gwiazdą, i to bardzo popularną? Mniej więcej raz w tygodniu jakiś wywiad, sesja albo koncert. I fanki, wszędzie fanki. Niektóre są miłe, pytają o Julię, martwią się o nią. Przysłały jej sporo kartek urodzinowych z życzeniami powrotu do zdrowia. Wiele było z innych kontynentów... Nie wiem, skąd wiedziały o jej urodzinach, ale to było miłe, tacy fani są najwspanialsi... Bo przecież mogły być takie fanki, które by ją wyzywały, nienawidziły, jak kiedyś El.

       Z rozmyślań wyrywa mnie czyjś głos.
- Co z nią? Wieźli ją do innej sali, ale nie chcieli nic powiedzieć. - odzywa się Katya. Siedzi z chłopakami na bluzach rozścielonych na podłodze na korytarzu.
- Obudziła się. - odpowiadam.
- Żartujesz?! - kręcę głową. Dziewczyna wstaje. - I co jeszcze?
- Paraliż ustępuje, reaguje na światło, powoli wypowiada jakieś sylaby... - widzę, że chce do niej iść. - Nie. Doktor White powiedział, że ma odpoczywać.
- Dobrze. - mówi z ociąganiem i już siada na bluzie, gdy powstrzymuje ją Harry.
- Louis, idziemy do kawiarenki. Musisz coś zjeść. - kręcę głową na propozycję Loczka. - Nie: nie chcę! Musisz. Chcesz przy niej zemdleć?
- Nie. - przyznaję.
- No, to chodź. - mówi Liam.
        Idziemy wszyscy do szpitalnej kawiarni, czynnej całodobowo. Zamawiam gorącą czekoladę, taką, jaką piła Julia w radiowej kawiarni, i naleśniki.
- Dobra, czego chcecie? - pytam. Uśmiecham się, po raz pierwszy od dawna.
- Pokoju, seksu i miłości. - szczerzy się Zayn. No tak, ten to jak coś powie...
- Z tym drugim leć do Katii. - odpowiadam z bananem na twarzy. Już się nie martwię, czuję, że teraz będzie już tylko lepiej.
- Nie da rady... - uśmiech spełza z jego twarzy.
- Dobrze, nie wnikam. Coś jeszcze chcecie?
- Masz odpocząć. Ale tak porządnie i nie na krześle. - mówi Harry.
- Proszę bardzo. - kelnerka, z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem, stawia przede mną talerz i kubek. Zaczynam jeść.
- Lou, zrozum, ty się wykończysz. Kto ją będzie wspierał? Przecież doskonale wiesz, że będzie się musiała nauczyć chodzić. Kto wie, co jeszcze? - ach, ta Rosjanko-Ukrainka... Teraz rozumiem, że to dla tej upartej oślicy Zayn przestał nałogowo palić fajki.
- Dobrze, dobrze, już... - odpowiadam po przełknięciu paru kęsów. - Trzeba zadzwonić po jej rodziców. Dopiero jak przyjadą, będę mógł spokojnie położyć się spać.
- Zgoda. - Katya wyciąga komórkę i wykręca numer. Przykłada telefon do ucha. - Dobry wieczór, przepraszam, że budzę, tu Katya Dmitrieva... Julia się wybudziła... Jakieś pół godziny temu... Tak, zajęto się nią, mhm... Nie wiem zbyt wiele, poza tym, że paraliż ustępuje, zaczyna reagować na światło... Nie wiem... Teraz chyba śpi... Dobrze... Do widzenia. - rozłączyła się. - Będą za pół godziny. Louis, nie wiem, najpierw zjedz, a potem może do niej zajrzyj. A jak przyjadą, to ty idziesz spać. My jedziemy, będziemy w ciągu dnia. - rzuca na odchodnym, a potem wychodzą.
       Robię to co każe, czyli jem. Następnie płacę i idę do jej sali.
- Julia? - pytam niepewnie, uchylając drzwi do pomieszczenia. Światło jest wyłączone.
- Hmm? - z łóżka wydobywa się ciche mruknięcie.
- Śpisz?
- Nie...
- Wiesz co? Już ci to mówiłem, ale teraz nie śpisz... Wszystkiego najlepszego, moja gwiazdko z nieba. Kochanie, skończyłaś osiemnaście lat... - kiwa głową. - Spokojnie, odpoczywaj... - podchodzę i głaszczę ją po ręce. - Twoi rodzice niedługo będą.
- Ja-jaki dziś d-dzień? - pyta.
- 31. stycznia.
- Nie! - jęknęła głucho.
- Tak. Niestety...
- Louis? - szepcze.
- Słucham? - obejmuję ją jak mogę najdelikatniej.
- Tęskniłeś?
- Bardzo. - unosi kąciki ust w uśmiechu, chociaż podejrzewam, ile bólu i cierpienia jej to przynosi.
- Lou?
- Tak?
- Widzę cię. - mówi bez zająknięcia, przystanku na oddech, odpoczynek.
- Co?! Widzisz mnie?
- No, obraz jest cholernie rozmazany, ale trochę rozróżniam... Na przykład ty... Masz czarną koszulkę w jasne coś, dżinsową kurtkę, szare spodnie. Jesteś potargany jak strach na wróble i się nie ogoliłeś. - śmieje się delikatnie, a ja przyciskam brodę do jej dłoni i ją smyram.
- Coś jeszcze, Marchewko? - widzę łzy w jej oczach. Pytanie tylko: łzy szczęścia czy smutku?
- Tak, Miśku! - otrząsa się. - Pachniesz czekoladą i naleśnikami. - przesuwa dłonią po mojej twarzy, która jest roześmiana. - I znowu tak słodko mrużysz oczy, gdy się uśmiechasz. - cieszy się jak małe dziecko. Widzę ją tak szczęśliwą po raz pierwszy. - Tylko nie idź po lekarza. Znowu będą mnie badać, a ty będziesz musiał iść... Chociaż wypadałoby, żebyś poszedł. Jesteś padnięty... - ona jest niemożliwa! Sama jest w kiepskim stanie, to jeszcze martwi się o mnie.
- Och, pomyśl też czasem o sobie. - mruczę, muskając wargami jej brodę.
- Myślę o sobie, myślę... I o czymś tu myślę... - uśmiecha się i unosi głowę.
        Odgarniam jej włosy, który wpadły do oczu. Nachylam się bardziej i całuję ją w nos.
- Całus w nos to spełnienie marzeń, co? - pyta kwaśno.
- A coś nie tak? - nie czekając na odpowiedź zamykam jej usta kolejnym pocałunkiem, tym razem dłuższym. Specjalnie pocieram jej twarz zarośniętym policzkiem.
- Mógłbyś się ogolić, wiesz?
- Wiem. Ale wtedy nie będę sexy. - śmieję się. - I nie będziesz chciała mnie całować...
- To ty chyba mnie nie znasz. - parska śmiechem takim dziewczęcym, takim perlistym. Czegoś takiego nigdy u nikogo nie słyszałem.
- Chyba masz rację.
        Słyszymy kroki na korytarzu. Przytulam ją po raz ostatni i wstaję.
- Która godzina?
- Dochodzi czwarta w nocy. - odpowiadam, zerkając na wyświetlacz komórki. - Ja idę, dobrze? - kiwa głową, a ja podchodzę do drzwi. Już mam nacisnąć klamkę, ale ktoś robi to za mnie. Do sali wchodzi Zuza, jej tata, doktor White i na końcu, niepewnie, mama Julii.
- O, Louis. - uśmiecha się doktor. - Jak pacjentka?
- Niech sam się pan przekona. - odpowiadam. - Ja idę się zdrzemnąć.
- Nie zdrzemnąć, tylko porządnie wyspać.
- Dobrze, dobrze... Dzień dobry... Yyy... Dobry wieczór... - zwracam się do jej rodziców i wychodzę.
         Idę do świetlicy, pustej o tej porze. Ściany w kolorze szafirowego morza uspakajają i wyciszają. W kącie sali pod oknem, za parawanem, jest łóżko, na którym śpię, i szafka z moimi rzeczami. przebieram się i zakopuję pod pościelą. Mam co najmniej 5 godzin snu. Świetlica jest czynna od ósmej.
         Czuję, że moje oczy się zamykają. Po chwili występuję na wielkiej scenie, a pośrodku wielkiej, pustej widowni stoi ona. Julia. Ma wielki brzuch, jest w ciąży. Uśmiecha się do mnie. Śpiewam "We are the champions" i "Everything I do - I do it for you"...

___________________________________________________________________________________
________________________________________________________
__________________________

        Hej, dobrnęliście do końca dziewiętnastki. I, jak widać, robi się miło, bo Julia się wybudziła. Ale jest wiele niewiadomych... Z góry uprzedzam, że to, co się stało Julii, było wymysłem mojej wyobraźni. Nie wiem dokładnie, jakich obrażeń doznaje człowiek po takim wypadku, jakie są skutki wstrząsu mózgu... Nie korzystałam z jakiegoś źródła. Jedynym była moja głowa. Tak więc, jeśli komuś się coś nie zgadza, to sorry, ale ja nigdzie się nie dowiadywałam o takie rzeczy. 
         Co do tytułu,  to po prostu jak zapisywałam w zeszycie, to pomyliłam się z numeracją.

         Dalej... Zapraszam na stronkę bloga na fejsie, tam pytajcie o wszystko i wszystkich, odpowiem w wolnym czasie ;)
         
Pewnie się zastanawiacie, jak to pisałam i dodałam rozdział... Proste. Po prostu w szkole źle się czułam (niestety) i mama mnie odebrała ze szkoły. A na szczęście, bo ominą mnie dwie biologie xD

niedziela, 13 stycznia 2013

Trochę inaczej, bez rozdziału

     No więc mówię wam ''hello'' o drugiej w nocy, wiem, dziwna jestem, ale ja mam takie pory xD Dzięki za ponad 2000 wyświetleń, nawet blog, którego mam od sierpnia tyle nie uzbierał, a to już coś ;D Z tej okazji, chociaż nie, może jednak niekoniecznie, mam do was kilka pytań, na które prosiłabym o odpowiedź WSZYSTKICH czytających. Dotyczy bloga, opowiadania i paru innych szczegółów ;)

1. Jak oceniasz bloga? (ale nie odpowiedzi "fajny, lubię go, warto zaglądać", bo naprawdę uduszę! Chodzi mi o wygląd, opowiadanie itp.)
2. Co ci się najbardziej spodobało na tym blogu, a co najmniej?
3. Założyć stronkę na fejsie związaną ściśle z blogiem i opowiadaniem, na której będę informować o rozdziałach itd.? (głupie, ale nie daje mi spokoju)
4. Jakie masz sugestie do ciągu dalszego?
5. Pisać dalej tego bloga?
6. Zmienić coś wyglądzie?
7. Chcecie parę faktów z życia o tej debilce, co to pisze to opowiadanie? Jeśli tak, to z jakiej kategorii?
8. O którym bohaterze ma być więcej?
9. Lubisz tego bloga?
10. Jak trafiłaś/-eś na tego bloga?
11. Na jakie wydarzenie czekasz w tym opowiadaniu najbardziej? (może właśnie dzięki Twojej odpowiedzi coś nowego wymyślę, a przynajmniej będę wiedziała, w jakim kierunku tworzyć opowiadanie ;D)


Wszystkie te pytania mają na celu poznanie przeze mnie waszych opinii, propozycji i ulepszenie bloga. Jakby co, w ciągu dnia powinna ukazać się dziewiętnastka ;*

sobota, 12 stycznia 2013

XVIII. - Nasze opowiadanie jest już pełnoletnie ;D

    Stoimy w hallu, gdy otwierają się wrota windy i wypluwają chłopców na zewnątrz. Ale są oni jacyś inni. Liam ma potargane włosy i czerwoną, jakby opuchniętą, twarz, Louis jest smutny, Niall trzyma się za brzuch, najprawdopodobniej z głodu, Zayn ma dziurę w swojej ukochanej granatowo-szarej bejsbolówce, natomiast Harry w jednej dłoni coś ściska, a drugą trzyma się za włosy.
- Co się stało? - pyta przerażona Selene.
- A więc tak, Liam pobił się z Zaynem za rózgę, a ze mną za spacery, więc wyglądają jak wyglądają. Ja jestem smutny, bo oni śmiali się z mojej kochanej Marchewki. Niall jest głodny. A Hazza stracił z mojej ręki jednego kędziorka i wyprawi mu pogrzeb. - odpowiada Louis, po czym podchodzi i mnie przytula. - Pachniesz czekoladą. - stwierdza. - Jak słodko...
- Nie rozpływaj się tak. - szepczę. - Jeszcze kiedyś będziesz miał czas. - w tym momencie słyszę ''Lulbaby'' - to mój telefon. Odbieram. - Halo? Cześć mama... Co? Poczekaj... - odsuwam komórkę od ucha i zwracam się do reszty. - Jakieś plany na później?
- Wracamy do domu i siedzimy. - mówi Liam.
- Eee... Louis... Co powiesz na świąteczny obiad w moim domu? - pytam nieśmiało.
- Co ja na to? A ja na to, jak na lato. - szczerzy się. - Przejdziemy się na piechotę, okej?
- Dobra - mówię i odpowiadam do telefonu. - Mama, będę gdzieś za pół godziny... Przyjdę z Louisem... Tak, z tym od marchewek, mhm... - robię się czerwona ze wstydu. - Tak... No, cześć.
- To idziemy? - pyta rozbawiony.
- Taa, tylko wezmę torbę z auta.
- Okej... Ale znasz drogę?
- Taa... Kiedyś polowałam na Olly'ego Mursa, a potem musiałam zwiewać, więc tak... Znam drogę.
- Dobra - znów się uśmiecha - więc reszcie Merry Christmas życzę, a my spadamy do moich przyszłych teściów.
        Parę minut później idziemy wąską uliczką między zabytkowymi kamiennymi kamieniczkami rodem ze średniowiecznych Włoch, która prowadzi do kamiennego placyku.
- Wiesz co? - pyta, łapiąc mnie za rękę. - Lubię takie spacery.
- Wczoraj mówiłeś coś całkiem podobnego. - uśmiecham się delikatnie.
        Skręcamy w prawo i wychodzimy na zatłoczoną ulicę. Stąd  już tylko 10 minut drogi, jeśli pojechać metrem. Gdy mijamy cukiernię ''Sweet Mariposa" wchodzimy do środka i po dłuższym niezdecydowaniu kupujemy ciastka, babeczki (''Tylko spróbuj mi się na nie spojrzeć!'') oraz dwa rodzaje ciast. Potem idziemy do metra. W wagonie nie mogę powstrzymać śmiechu. Grupka dziewczyn piszczy na widok Louisa, a ten tylko się zawadiacko uśmiecha. Gdy mamy wysiadać ruszają za nami i proszą go o autografy i fotki. Zgadza się, a ja robię za fotografa. W końcu ruszamy dalej.
        Na miejscu jesteśmy nie pół godziny, a 40 minut później. Wchodzimy do środka, a w korytarzu już czeka Zou.
- Cześć, mama zaczyna się denerwować. - informuje młoda, gdy zdejmuję kurtkę. - Wow. Ale masz fajną sukienkę!
- Ech, kobiety. A wy tylko o jednym. - wzdycha Louis.
- O, cześć. Harry'ego i Liama nie będzie?
- Co ona ma z nimi? - szepcze do ucha, zdejmując mi szalik.
- Jest w nich zakochana. - odpowiadam, również szeptem, gdy strzepuję śnieg z jego włosów. W odpowiedzi tylko się uśmiecha.
- Nie, nie będzie ich. Jestem tylko ja i to musi wystarczyć.
- Szkoda... - markotnieje. - Dobra, weźcie łapcie i chodźcie. - idzie, z niezrozumiałych początkowo powodów, na górę. Dopiero po chwili stwierdzam, że musi się wysmucić.
- To chcesz łapcie? - pytam.
- Mhm... - podaję mu i biorę też dla siebie.
- Ty faktycznie nie nosisz skarpetek, zwłaszcza zimą.
- No!- szczerzy się. - Już, idziemy, bo twoja rodzinka mnie nie polubi.
       Łapię go za rękę, w drugą biorę paczkę z cukierni i prowadzę do jadalni, z której wydobywają się pyszne zapachy.
- Cześć. - mówię w progu i szepczę do Louisa. - Mama nie zna zbyt dobrze angielskiego, więc w razie czego będę tłumaczyć.
- Nie ma problemu. - smajlik i zwraca się do mamy. - Dzień dobry, proszę pani.
- Dzień dobry, Louis. - mruczy z kuchni roztargniona. - Siadajcie. Tomek! Zuza! - woła.
       Po chwili tata wyłania się z salonu, trzymając w dłoni zgniecioną puszkę po świątecznym piwie i wywala ją do kosza. Zaraz potem w pomieszczeniu pojawia się Zou, zbiegając do salonu po dwa-trzy schodki naraz, tak na oko. Siadamy. Mama kładzie na stole wazę z barszczem. Nalewamy zupę.
- Louis, będę was mogła kiedyś odwiedzić? - walnęła po jakimś czasie młoda, aż się zakrztusiłam.
- Zuzanna, proszę cię. - wzdycha mama.
- No co? Skoro Julka może, to czemu nie ja? - ona mnie tą swoją dziecięcą szczerością powala. Tyle, że jej wypowiedzi są często nie na miejscu.
- Nie no, okej... Pogadamy kiedy indziej na ten temat... - odpiera z czarującym uśmiechem chłopak. - Bardzo dobra zupa, proszę pani. - nie powiem, z niego jest niezły czaruś.
- Dziękuję. - mama się uśmiecha. - Koło czwartej zajrzą Olendziakowie, wiecie, ci z centrum. Przyjdą z dziećmi. - mówi naście minut, sprzątając talerze. Wstaję i pomagam. Zou robi to samo.
      Gdy znikamy w kuchni, tata wydobywa z siebie pytanie, które musiało go od jakiegoś czasu trapić.
- Czy... spotykasz się z moją córką?
-T-tak... - Louis jest na stówę zaskoczony. - Czemu pan..?
- Posłuchaj synu... Jesteś jej pierwszym chłopakiem, a przynajmniej o żadnym innym wcześniejszym nie wiem... - kurde, tata, ty to zawsze znajdziesz jakiś moment...
- Czego pan ode mnie oczekuje? - spoglądam na niego w chwili, gdy przybiera poważną minę. W duszy pewnie się śmieje.
      Wycieram talerze i wyciągam sztućce, gdy tata ponownie przemawia.
- Chcę tylko, aby mogła czuć się przy tobie bezpiecznie. Jestem jej ojcem i wiem, że jej szczególnie trzeba to zapewnić... - och, tata... - I jeszcze jedno: nie rań jej... Z tego co wiem, naprawdę jesteś pierwszym, któremu na niej zależy. I jej na tobie... - milknie, gdy Zuza przynosi i rozkłada talerze i szklanki do napojów.
- Coś do picia? - pyta.
- Kawę. - odpowiada tatu.
- Je też poproszę. - co jest z Louisem? Chyba faktycznie chce się przypodobać. Gdy młoda odchodzi, odpowiada. - Dobrze. Ona jest dla mnie kimś ważnym. Nie zawiodę pańskiego zaufania.
       Wnoszę talerze z daniami, rozkładam sztućce. Zbliża się trzecia. Siadam koło Louisa. Łapie mnie pod stołem za rękę. Mimowolnie się uśmiecham.
       Pół godziny później odchodzimy od stołu i idziemy do salonu. Zuza z nami, rodzice zostają. Zamykamy drzwi. Młoda rozwala się na fotelu, my na kanapie. Lou ramieniem obejmuje mnie, dłonią łapie mą dłoń. Opieram głowę o jego pierś  i podkulam nogi. W telewizji leci świąteczny program.
- Sympatyczny ten twój tata. - mówi z uśmiechem. - Kocha swoje córki i dba o nie.
- Taa, bardzo. - odwzajemniam uśmiech.
       Zaczyna lecieć ''Last Christmas''. Chłopak wstaje i ciągnie mnie za rękę.
- Zatańczymy, mademoiselle? - pyta, całując moją dłoń.
- Z wielką chęcią. - odpowiadam.
       Porywa mnie w wir melodii, tańczymy przytuleni. Louis nuci słowa piosenki, co jakiś czas nurkując twarzą w stronę mojej twarzy. Obdarowuje mnie drobnymi pocałunkami na czole, nosie, brodzie, wreszcie ustach.
       Piosenka się kończy, słyszymy trzaśnięcie drzwi - to Zuza wyszła. Siadamy na kanapie, wtuleni w siebie.
- Naprawdę nie miałaś nigdy chłopaka? - pyta.
- Nigdy. Tak się złożyło...
- To ja... Czyli naprawdę jestem...
- Mhm... - mruczę, gdy muska moje wargi.
- Kurczę... Okej... - nie umie się wysłowić.
- Nie gadaj już! -szepczę mu do ucha. Kiwa głową.
- To co?
- Nie wiem, ale nie mów już na ten temat. Każdy inny, tylko nie ten.
- Dobrze... A co robimy?
- Louis, Louis, Louis... - śmieję się. - Nie wiem, a co chcesz?
- Dowiedzieć się czegoś o tobie. - kiwam głową. - Hmm... Co robiłaś w Polsce przez ostatnie dwa miesiące?
- Uczyłam się, mieszkałam u kuzynki, próbowałam nawiązać nowe znajomości...
- A kogo poznałaś?
- Tylko parę osób. Ale najbardziej zaprzyjaźniłam się z Adrianem. I Izą. Poznałam ich w pociągu, a potem się okazało, że uczymy się w jednej szkole... Następne pytanie.
- Kim chcesz zostać po szkole?
- Najbardziej projektantką. Ewentualnie aktorką. - puszczam smajlika. - A co?
- To ja zadaję pytania. - bananek. - Ale pytam, bo chcę wiedzieć... Hmm... Lubisz mnie?.. Za odpowiedź mam nagrodę.
- Lubię, nawet bardziej niż myślisz. - uśmiecham się. Znowu.
        W odpowiedzi Louis pochyla się nade mną i składa pocałunek na szyi. Ręką odgarnia mi włosy, a ja jemu. Spoglądamy na siebie w oczekiwaniu. Mrugam oczami i czuję jego gorący oddech na obojczyku. Zaraz potem przyciska swoje usta do moich, wplatam dłonie w jego włosy, zamykam oczy, coś łaskocze mnie w brzuchu i... Odrywamy się od siebie. Oddycham z trudem, Louis też. Gdy nasze oddechy się uspakajają, otwierają się drzwi w których staje mama. Chłopak szybko poprawia włosy.
- Wszystko w porządku? - pyta mamcia.
- Tak, jak najbardziej. - odpowiada Louis.
- Dobrze. Jest ciasto, chcecie?
- Tak, oczywiście. - znowu odpowiada Lou i łapie mnie za rękę. - Już idziemy. - i faktycznie idziemy.
         W jadalni są Olendziakowie: pan Mariusz, gruby jegomość po 40-ce, pani Marlena, drobniutka 38-latka, i ich dzieci: 8-letni Anthony, 13-letnia Iga, 16-letnia Daria i 19-letni Eryk. Lubię Darię i Igę, może dlatego, że są dziewczynami. Ale Eryka wręcz nienawidzę. Egoista, ponurak, pan idealny, zapatrzony w siebie, pan wiem-wszystko-lepiej-od-ciebie-dziecko. Przez pierwsze dwa miesiące nasze matki chciały nas zeswatać.
- Dzień dobry. - mówimy chórem. Louis mocniej ściska moją rękę, gdy widzi Eryka.
- Dzień dobry. - przerzuca się na polski Olendziakowa. - To twój chłopiec? - pyta, patrząc na Lou. Najprawdopodobniej porównuje go teraz do swojego synalka.
- T-tak... - odpowiadam, zerkając na chłopaka. On również się na mnie spogląda, ale z niemym pytaniem w oczach. - To jest Louis. - mówię po angielsku.
- Och, rozumiem. - reflektuje się. - Ja cię skądś znam... Występujesz gdzieś?
        Wtedy podnoszą się dziewczyny i podchodzą do nas.
- Mamo, to Louis Tomlinson! - piszczy Iggi. - Ten z One Direction! O rajuśku!
- Zamknij się. - mówi spokojnie Zou. - Do nas codziennie któryś przychodzi, o ile Julka jest w domu. Wczoraj Liam, ostatnio wszyscy... Nie ma się czym podniecać,
- Żartujesz?! - siostra kręci głową. - To masz raj!
- Mamo, my sobie coś nałożymy i idziemy do mnie. - mruczę pod nosem. Jak chce, to usłyszy. - Chodź do kuchni, weźmiemy coś. - szepczę do Louisa.
         Kończymy nakładać i mamy już iść na górę, gdy wchodzi mamcia.
- Julka, weźcie Eryka, on się nudzi. Jesteście w podobnym wieku... - nie patrząc na Louisa nawija po polsku.
- Mama, odkąd się zaprzyjaźniłaś z panią Marleną, chcecie nas zeswatać. - podnoszę lekko głos. - Po pierwsze: nikt nie pytał nas o zdanie. Po drugie: jeśli nie zauważyłaś, jestem z Louisem. Czy ci się to podoba, czy nie, Eryk jest dla mnie nikim. Równie dobrze mógłby nie istnieć.
- Nie mów tak! Ja tylko chcę, żebyście się zaprzyjaźnili.
- I tu popełniasz błąd! Nie możesz nikogo do niczego zmuszać! Czy ja cię zmuszam do przyjaźni z kimś, kogo nie lubisz? Nie! Więc ty też nie tak nie rób. Chyba, że mam się wyprowadzić... Zapytaj raz czego pragnę, co jest moim marzeniem, a nie! Wybierasz dla mnie to, co jest dobre, ale według ciebie. Według mnie nie musi być to dobre.
- Julia, dlaczego nie spróbujesz?
- A dlaczego nie dasz mi spokoju?!
- Och... Proszę cię, uspokój się, wróć do jadalni i usiądź grzecznie przy stole!
- Nie chcę! Poza tym nie mam ośmiu lat, żebyś mogła mnie ustawiać!
- Myślisz, że nie wiem, co wyprawialiście w salonie? To było zbyt oczywiste. Od dawna ze sobą sypiacie? - ostatnie pytanie wręcz wysyczała.
- Jak możesz?! - pytam, a po policzkach staczają się kaskady słonych łez.
- Jak widać - mogę! A teraz marsz do stołu!
- Nie będziesz mi rozkazywać! Nigdy nie będę taka, jakbyś chciała! Nie będziesz mnie kształtować! Jestem na to za stara.
- Julio Jadwigo! Do stołu!
- Nie!
       Ruszam do korytarza, drżącymi dłońmi zakładam buty, kurtkę, chwytam torbę i wybiegam z domu. Brnę przez zaspy do ulicy, za plecami słyszę Louisa, tatę i... Eryka. Nie zwracam uwagi na ich wołania, jestem zaślepiona gniewem.
        I wtedy wybiegam na jezdnię. Jedyne, co czuję - oślepiający blask. Jedyne, co słyszę - rozdzierający krzyk rozpaczy. Jedyne, co czuję - niezwykłe uczucie lekkości.
        Ale to trwa tylko ułamek sekundy. Nagle zapada ciemność, cisza, a ja czuję tylko przytłaczający ciężar...

___________________________________________________________________________________
___________________________________________________________
________________________________

       Jeśli tu dotarliście, to znaczy, że wytrzymaliście ten długaśny rozdział. Tak więc nagły zwrot akcji, chyba domyślacie się, jaki. Proszę o opinie każdego, kto to czyta. KAŻDEGO. To dla mnie ważne. Jeśli będzie więcej niż 4 komentarze, ale nie w stylu "fajne, jak zawsze, czekam na dalej", bo przeniknę przez monitor i pobiję!, to dam dziewiętnastkę. Szczerze, konkretnie i na temat. Pilnie proszone są też sugestie, bo u mnie kryzys. 
       Następne... Opowiadanie jest już pełnoletnie, ma już 18 rozdziałów!! xD A jeśli o urodzinach mowa: z mojej strony płyną szczere życzenia szczęścia, pomyślności, wytrwałości, rozwijania talentu i dalszego pobytu w zespole Zaynowi, który kończy dziś 20 lat! Wiem, że tego nigdy nie przeczyta, no ale...
       Co do tego pomysłu, o którym miałam powiedzieć... Prosiłam o zadawanie pytań na ask.fm i podawanie swoich nicków, nazw na Bloggerze. Z nickiem prośbę spełniła tylko Alexis, pozostałe trzy pytania zostały anonimowe. Ale w ogóle miło, że ktoś zadał pytanie. Ale konkrety: wpadłam na pomysł konkursu na Blogowego Zapytajka Tygodnia. Jak nietrudno zgadnąć, w tym tygodniu tytuł ten (Blogowy Zapytajek Tygodnia I) przypadł Alexis. Nagroda jutro na moim blogu, najpierw muszę ją wykonać, ale... Powinna być jutro.
       A jeśli wy też chcecie takie wyróżnienie, to do roboty i zadawać pytania na Asku, ale z podpisem!

Dziękuję za uwagę i do następnego ;*

poniedziałek, 7 stycznia 2013

XVII.

- ZA-AYN!! - obudził mnie wrzask Katii. Nie dość, że darła się w nocy, to jeszcze teraz... - Zayn! Odsuń się, kuźwa, ode mnie! Nie taka była umowa!... - nagle milknie. Ciekawe, co jej takiego zrobił Zayn, bo normalnie to jej nie uciszył.
     Próbuję się wyswobodzić z objęć Louisa, ale jestem za słaba.
- Louis - mruczę mu do ucha. - twoja Marchewka musi iść.
- I dlatego jej nie puszczę. - odpowiada, wtulając twarz w moje włosy.
- Nawet wtedy, gdy musi natychmiastowo do toalety? - pytam, nerwowo przesuwając nogami po materacu.
- Tylko wtedy robię wyjątek. - mówi, zwalniając uścisk. Podnoszę się powoli, to samo robi chłopak.
     Gdy tylko moje stopy dotykają puszystego dywanu, zrywam się i sprintem biegnę do łazienki. Chwilę później wychodzę z powrotem, wciąż mając na sobie czerwoną koszulę.
- Nie zdejmuj jej, proszę... - błaga Louis. - Tak ci w niej ładnie... - mruczy.
     Po chwili wyciąga zza pleców aparat - lustrzankę - i przysuwa mnie do siebie.
- A teraz mówimy: mar-chew-ka! Bo Louis chce mieć pamiątkę. - szczerzy się, włączając aparat. Przytula mnie, celuje w nas obiektyw  i w połowie "marchewki" puszcza spust migawki. - Dziękuję, madame, za zdjęcie. - mówi, całując szarmancko moją dłoń.
- Która godzina? - pytam, słysząc burczenie w swoim brzuchu.
- Dochodzi dziesiąta. - odpowiada, zerkając na zegarek. Przez chwilę grzebie w aparacie, po czym podsuwa mi go pod nos. Na wyświetlaczu jest nasze zdjęcie.
- Spójrz, przy tobie to chyba nawet bardziej fotogeniczna jestem. - uśmiecham się. Louis milczy. - Co jest? Louis?
- Mówiłaś coś? - potrząsa głową, jakby chciał odgonić natrętne myśli. - Przepraszam, po prostu boli mnie głowa... Tylko nie dawaj mi żadnych leków. Chyba, że chcesz, żebym trafił na oddział... - widać, że cierpi.        Każę mu się położyć i schodzę na dół. Zaglądam do kuchni, gdzie przy stole siedzą Danielle, Selene i Katya. Zatrzymuję się w progu. Czuję się głupio, bo tylko ja jestem nieubrana.
- O, cześć. - zauważa mnie niska blondynka, czyli Sell. - Dopiero wstałaś?
- Można tak powiedzieć. - uśmiecham się. - A wy od dawna na nogach?
- Góra pół godziny. Katya jest wyjątkowo głośnym człowiekiem. - śmieje się Danielle.
- Ej no... Nie moja wina, że się do mnie przystawiał...
- A podobno jesteście parą. - parskam śmiechem i wchodzę do kuchni.
- Owszem, ale tego w planach nie było. - jęknęła.
- Dobra, to teraz powiedzcie mi, gdzie co jest, bo nie jestem w temacie. A wypada zrobić coś do jedzenia...
- Ktoś coś mówił o jedzeniu? - do pomieszczenia wpada Niall, a za nim Zayn.
- Możliwe... Chłopcy... Co zrobić Louisowi? Łepetynka go boli...
- Nie wiem, nie jestem Hazzą, nie poradzę ci tego, co on by zrobił... Ale mamy audycję świąteczną, więc lepiej, żeby a dwunastą był zdrowy. - mówi Zayn.
      W końcu robię jajecznicę, kakao i kanapki. Wszystko ładuję na tacę i wracam na górę. Z głośników płyną dźwięki piosenek Eltona Johna. Louis leży z zamkniętymi oczami.
- Ekhem... Przyniosłam coś do jedzenia, mam nadzieję, że poprawi też twoje zdrowie... Aha, Zayn mówił coś o jakiejś audycji koło dwunastej.
       Otworzył powoli oczy, spojrzał na mnie i uśmiechnął się łobuzersko.
- Czuję się jak rozpieszczony książę. - mówi.
- No bo chyba nim jesteś. - uśmiecham się. - Jemy! Bo przed dwunastą masz być zdrowy i gotowy.
- Wiesz co? Tak sobie pomyślałem... - mówi z pełnymi ustami. - Jedź z nami!
- Dlaczego?
- Bo jesteś moją dziewczyną. - szepcze i zaczyna nucić "Kiss You".
- No chyba żartujesz... - mówię. - I myślałam, że boli cię głowa...
- Nie żartuję, a teraz jedz! A głowa nie boli, gdy jesteś przy mnie... Bo wiesz, to nie był zwykły ból głowy. Miałem dziwne uczucie, przeczucie, że mnie opuścisz... Ale nie tak normalnie...
      Milczymy i jemy. Dziesięć minut później kończymy. Idę się przebrać w łazience. W sumie to nie mam w czym przebierać, Katya o to zadbała. Zakładam czerwoną sukienkę przed kolano. Jej prosty krój podkreśla talię. Do tego pozłacana bransoletka z przywieszkami i czarne szpilki.
       Gdy wychodzę, Lou już czeka, ubrany w czerwone dżinsy, białą koszulkę w paski i do tego obowiązkowo szelki. Bez słowa, ale ze smajlikiem na twarzy, łapie mnie za rękę i przyciąga do siebie.
- Ubieraj się tak częściej, dobrze? - mruczy mi do ucha.
- Rozważę twoją propozycję. - uśmiecham się i próbuję uwolnić się z jego objęć.
- Chcesz iść? - kiwam głową. - To jeszcze nie pójdziesz. - obejmuje mnie w pasie i ciągnie w stronę łóżka. W międzyczasie oplata mnie coraz ciaśniej.Ledwo muska ustami moją szyję, gdy ktoś wali do drzwi.
- Louis!! - wrzeszczy Harry. - Wolę nie wiedzieć, co robicie, ale wolę cię widzieć za pięć minut na dole!
       Chłopak puszcza mnie, mrucząc pod nosem.
- Ja mu dam! To, że ja mu wykręciłem taki numer, to nie znaczy, że on mi się ma tak odwdzięczać cały czas.
        Schodzimy na dół, gdzie czeka już pozostała siódemka.
- Nie no, czyli nie tylko ja wpadłem na pomysł zabrania mej lubej do studia? - jęknął Louis.
- Nie, my rozwozimy dziewczyny do domów. - odpowiada Liam.
- Julka, chcesz jechać z nami do studia?
- Mi to obojętne, ale pytanie: czy mnie wpuszczą?
-Z nami na pewno. - mówi Zayn i zwraca się do dziewczyn. - A wy? Chcecie jechać? - Danielle kręci głową, Selene i Katya przytakują.
        Poleciałam na górę po torbę, wróciłam i wyszliśmy. Z racji tego, że ledwo się zmieściliśmy do busa, w aucie jest upiornie gorąco. Zrobiło się odrobinę lepiej, gdy Danielle wysiadła pod swoim domem. Ale tylko odrobinę, bo Nialler wziął jeszcze gitarę.
        W budynku radia panuje rozgardiasz, wszyscy się gdzieś spieszą. Po chwili podchodzi do nas jakiś gruby facet.
- O, chłopcy! Dobrze, że jesteście. Za dziesięć minut wchodzimy. - i spogląda na nas. - Chłopcy, przykro mi, ale wasze towarzyszki nie będą mogły z wami iść nawet na górę.
- Mick, są święta... - jęknął Louis.
- Lou, ja tu zostanę, dziewczyny też. Nie martw się, nie uciekniemy. Więc idźcie.
        Gdy w końcu poszli, zajrzałyśmy do małej kawiarenki radiowej. W tle leci muzyka ze stacji, w której mają wystąpić chłopcy. Siadamy przy wolnym stoliku i zamawiamy po kubku gorącej czekolady.
- Selene, jak poznałaś Harry'ego? - pytam i upijam łyk napoju.
- Ech, całkiem normalnie... Chyba... Pracuję jako makijażystka. No i kiedyś, przed jakimś programem, robiłam mu makijaż. Niestety, tak się wiercił, tak kłócił się z Louisem o marchewki, że wsadziłam mu do oka pędzel do nakładania pudru. W ramach rekompensaty zaprosiłam go na kawę. No i gdzieś od miesiąca się spotykamy. - zakończyła. - A wy? Jak poznałyście One Direction?
- W szkole. Chodzimy razem do klasy.  - mówi Katya.
- Czyli takie klasowe miłości?
- Nie, raczej nie. - odpowiadam. - To wyglądało dużo inaczej. I nie było tak kolorowo.
- Czemu...?

- Witamy po przerwie. To było tradycyjne Last Christmas, muzyczny symbol świąt. A teraz długo zapowiadana i oczekiwana niespodzianka. W naszym studiu goszczę właśnie kilka tajemniczych postaci. Przedstawcie się.
- Dzień dobry. - powiedział Zayn.
- Wesołych świąt wszystkim! - woła Niall. - Macie coś do jedzenia? Głodny jestem... - pyta chłopców. - Ojć, przepraszam...
- Jingle Bells, Jingle Bells... - zanucił Harry. - Czyli wesołych świąt.
- Co tu dużo mówić, wesołych świąt wam życzę i mam nadzieję, że nikt poza naszym kolegą rózgi nie dostał. - parsknął Liam.
- Taki z ciebie kumpel? - zapytał ze złością mulat.
- A ja tylko jedno: silent night, carrot night... - zaśpiewał Lou ''Cichą noc'' po angielsku i z własną edycją słów. - No Marchewki, wesołego! - usłyszałam śmiech chłopców.
- Teraz już na pewno wiadomo, kto u mnie jest. To One Direction. - mówi wesoło Mark Grandt. - Opowiedzcie, co jest dla was najważniejsze w czasie świąt?
- Jedzenie! - wyrywa się Niallowi. - A tak przede wszystkim, to spotkanie z rodziną.
- Rodzina i marchewki. - mówi Louis, na co chłopcy znowu wybuchają śmiechem.
- Rozumiem. - odpowiada prezenter ze śmiechem. - Jak obchodzi się u was święta?
- W rodzinnym gronie, czasem nawet baaardzo dużym gronie. - mówi Zayn. - Są potrawy angielskie, irlandzkie, pakistańskie, wczoraj znalazły się także polskie i rosyjskie... Przyjeżdża rodzina, rozmawiamy, spędzamy razem czas.
- Czasami urządzamy spacery przy świetle księżyca... - mruczy Liam i chyba natychmiast tego pożałował, bo dało się słyszeć jęk bólu.
- Ale przede wszystkim jesteśmy wtedy z tymi, których kochamy i zacieśniamy łączące nas więzi. - kończy Harry, próbując ratować sytuację.
- Hmm... Dziękuję... Czy przygotowaliście coś dla słuchaczy?
- Oczywiście. - mówi Zayn. I śpiewają ''Last Christmas'', ''Silent Night'' i 'Live While Where Young'' (bo niedługo Sylwester).

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________
_____________________

Dziękuję za uwagę  i polecam się na przyszłość... Przepraszam, że nie dałam tego wczoraj, ale mając takiego brata jak mój, to jest beznadziejnie. Ledwo zaczęłam przepisywać, a ten chciał obejrzeć w skrócie "Nad życie". Skończyliśmy, napisałam jedną linijkę, a przychodzi mama i mówi, że chce obejrzeć ten film... Teraz mam tylko nadzieję, że to się niedługo skończy i jak uzbieram na laptopa, to nie będę miała przeszkód. A teraz piszę ze szkolnego komputera, ponieważ mam na dziesiątą i czekam ;D
A teraz oceniajcie, bo jest mi miło, że czytacie ;D A co do imiaginów, to jeśli chcecie coś jeszcze przeczytać, to piszcie o czym ma być, bo ja mam w głowie pustkę i nic więcej nie mam...

niedziela, 6 stycznia 2013

Imagin z Hazzą ;)

  No więc mówię wam: cześć ;) Teraz dodaję imagina, a rozdział będzie, jeśli uda mi się później zgonić braciszka, wieczorem... A teraz zapraszam do czytania i oceniania ;)

Bohaterowie:
[T.I.] - Twoje Imię (czyli Ty)
H. -Harry
[I.T.W.] - Imię Twojej Współlokatorki

--------- Twoimi oczami ---------

    Brr... Znowu zaspałam. Zabiję [I.T.W.]. Znowu wyłączyła mi budzik. Jak ja mam w takiej sytuacji zdążyć do pracy? A tam przed otwarciem trzeba jeszcze nakarmić zwierzaki... 
    Niechętnie zwlokłam się z łóżka i podeszłam do szafy. I pojawił się odwieczny problem: co założyć? Dla ułatwienia spojrzałam w stronę okna. Deszcz. A więc dżinsy, koszulka w paski i bluza. Zjadłam w biegu kanapkę i wybiegłam z mieszkania, zapinając po drodze kurtkę. 
    Sklep otworzyłam z półgodzinnym opóźnieniem. Już po chwili lokal tętnił życiem, co dla mnie oznaczało kolejny monotonny dzień. Podaj, pomóż, przynieś, obsłuż, sprzątnij... 
     I nagle otworzyły się drzwi, w moją stronę przyleciał podmuch wiatru niosący za sobą zapach powalających męskich perfum. Ich właściciel musiał być równie powalający. I rzeczywiście. Gdy go ujrzałam, zdało mi się, że to sam Apollo zstąpił z Olimpu. Wysoki szatyn z kręconymi włosami, twarz delikatna, jakby anielska. W dłoniach trzymał rudego kociaka. Podszedł do mnie, a ja zatonęłam w jego szmaragdowych oczkach okolonych gęstą siecią rzęs.
H.- Dzień dobry. Chciałem kupić coś dla tego kiciusia. - powiedział z seksowną chrypką.
T.I.- Dzień dobry, mam na imię [T.I.]. Co konkretnie chce pan kupić? - musiałam wywiązywać się z obowiązków. Ale jak tego dokonać, kiedy on do mnie mówił? Poza tym... Ja go skądś znam... Ale skąd?
H.- A czego mu potrzeba? Bo ja go znalazłem przed chwilą...
T.I.- Już czegoś poszukamy. Proszę za mną...

*trochę później*

      Z żalem wyglądałam przez okno i odprowadzałam wzrokiem tego sympatycznego, choć trochę nieogarniętego chłopaka. Rany, ja się chyba zakochałam...
T.I.- Ciociu, mogę dziś wcześniej wyjść? Dziwnie się czuję... - zapytałam, gdy tylko ciotka weszła do sklepu, którego jest właścicielką. Dorabiam tutaj przez większość wakacji od paru lat.
     Ciocia zgodziła się od razu. Porwałam swoje rzeczy i wybiegłam... 

-------- Paczadłami Hazzy --------

     Nawet się nie przedstawiłem, o ja głupi! Dobrze chociaż, że zdążyłem nabazgrać swój numer na odwrocie paragonu i wsunąć do kieszeni jej bluzy... I wreszcie poznałem jej imię... A dzień miał przecież wyglądać inaczej...

*wcześniej*

     Szedłem zamyślony przez miasto i zastanawiałem się nad słowami Louisa. ''Harry, z tobą dzieje się coś dziwnego. Rozkojarzony, zamyślony, niecierpliwy... I codziennie zmuszasz mnie do wracania z prób koło tamtego sklepu... Zagadaj do niej...'' No właśnie. Jestem zakochany. W dziewczynie, którą widziałem zaledwie parę razy. Ale zagadać do niej? Owszem, mógłbym śpiewać dla milionów ludzi, ale zagadać? To nie dla mnie. Bałem się.
     Nagle zmaterializował się przede mną rudy kot, o jakim zawsze marzyłem. Kot na coś czekał. I się doczekał... Zahaczyłem o niego i wywinąłem orła. Gdy uniosłem głowę, moim oczom ukazała się witryna sklepu zoologicznego, w którym pracowała Ona. To znak. Wziąłem futrzaka na ręce i pchnąłem drzwi sklepu...

*parę tygodni później*

H.- Louis! - wrzasnąłem. - Gdzie Tom? - tak nazwałem kota, choć Lou wolał Marchewę ku czci jego ulubionemu warzywu. 
Lo. - Nie wiem, nie widziałem go od wczoraj, jak wróciliśmy z próby.
H. - Kurczę, chyba zaginął... - byłem przerażony, przywiązałem się do tego pociesznego stworzenia, które rozbawiało nas ciągle swoim denerwowaniem Zayna i niszczeniem jego fryzury.
     Zdecydowałem, że pójdę do jej sklepu. Przez ostatnie tygodnie widywaliśmy się dość często, bo kot ciągle czegoś potrzebował. I przede wszystkim rozmawialiśmy...
H.- [T.I.], nie widziałaś Toma? - pokręciła głową. - Zaginął...
T.I.- Nie martw się, może jest teraz w schronisku, Grajku? - nienawidziłem tego przezwiska. - Za godzinę kończę. Jeśli będę mogła, to go poszukam...
     Mruknąłem słowa podziękowania i wybiegłem.

-------- Ty -------

     Zmieniłam się z Jessie, drugą pracowniczką, i ruszyłam do siebie. Bez życia weszłam do mieszkania, potem skierowałam się do swojego pokoju. Już miałam się rzucić na łóżko, gdy spostrzegłam na nim rudą kulkę futra. I przypomniałam sobie o Harry'm. Spróbowałam go złapać, ale on uciekał w stronę drzwi. To Tom, byłam tego pewna. Wybiegł przez uchylone drzwi, a ja za nim. Goniłam go i goniłam, ale on zawsze wymykał się z moich rąk.
T.I.- Tom! - znowu go zawołałam. Pościg trwał już dobrą godzinę.
      Wtem na kogoś upadłam, a moje usta złączyły się z ustami tego kogoś. Nie chciałam przerywać. Wtedy kocur dał o sobie znać ostrym drapnięciem mnie w policzek.
H.- Jak mnie znalazłaś? No i kota?
T.I.- To Tom mnie znalazł. I zaprowadził do ciebie...
H.- [T.I.], już dawno chciałem ci to powiedzieć, ale nie miałem odwagi... Tom... Tom pomógł.... [T.I.], kocham cię, ale wstyd mi, że kot załatwił to za nas...
T.I.- Nie gadaj tyle... Ja też cię kocham... Grajku... - i pocałunek...

__________________________________________________________________________________
____________________________________________________
____________________________

Hahaha, nie no, tego imagina pisałam po nocy, a wtedy mam zajebiście debilne pomysły xD Ale jeżeli wam się spodobało, to komentujcie. A jeśli chcecie więcej, to piszcie propozycje, które mają zawierać: o czym tak mniej więcej, z którym chłopakiem... No więc dziękuję za uwagę, do następnej notki, w której bd siedemnastka xD