poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rozdział XIV.

    Miesiące mijają szybko. Październik zmienił się w listopad, a ten w grudzień, który ma się właśnie ku końcowi. Jest 22. grudnia.
    W szkole zadomowiłam się całkiem szybko. Jestem w klasie z Adrianem, z którym bardzo się zaprzyjaźniłam, ale nic z tego nie wyjdzie... Zrobiłam chyba postępy w kwestii projektowania. Tak mówią, ale i ja to zauważam.
     Co do chłopaków i Katii... Jeszcze przez tydzień od wyjazdu byliśmy sensacją. Opublikowano bowiem nasze zdjęcia z lotniska. Gorące uściski, łzy... Podobno dziennikarze chcieli mnie szukać w Polsce, ale dali spokój. Jedyną sensacją, z tych bieżących, jest zacieśniająca się więź między Ukrainką a Zaynem. Od jakiegoś czasu są parą, jak ostatnio zwierzyła mi się Katya. Harry też się chyba z kimś spotyka.
      Okropnie martwi mnie za to Louis. Do pewnego momentu wiedzieli o tym tylko najbliżsi, ja też, ale w końcu się wydało. Jest z nim źle. Przynajmniej raz w tygodniu jest w szpitalu, spędza tam przynajmniej noc, na badaniach. I wszystko przeze mnie. Po moim odjeździe był zrozpaczony... Nałykał się leków, no i wylądował w szpitalu. Widziałam w internecie jego ostatnie zdjęcia i byłam przerażona... Bo to przeze mnie, winna jestem ja. A przecież miało być lepiej... Właśnie, miało...
     Kurczę, płaczę! No, ale... Louis, kurde! Wpieprzaj marchewki i zdrowiej!
     Wyrywam się z tych ponurych rozmyślań niemal siłą. Ogarniam się i uruchamiam laptopa. Po chwili czytam już komentarze pod wczorajszą notką.

''Julka, wróć! Bez ciebie jest coraz gorzej!'' - Katya
"Zrób coś, dziewczyno... Proszę" - Zayn

     I sporo innych. Przekaz jest prosty: z Louisem jest gorzej niż tragicznie... A ja znowu beczę. Dlatego zaczynam pisać kolejnego posta.


    Nie piszę 'cześć', bo nie ma sensu. Po głowie chodzi mi pewien pomysł. Nie wiem, czy uda mi się go zrealizować, ale wiem dwie rzeczy: jestem chora psychicznie z tego powodu, a po drugie: Louis, wytrzymaj do urodzin! Wtedy wszystko się okaże... A jeśli nie, to znaczy, że jestem w Warcie...

    Coś postanowiłam, jedna myśl od dawna we mnie dojrzewała, aż w końcu oznajmiła mi swoje zamiary. W każdym razie będą zmiany...


     Ładuję stronę Linii Lotniczych i rezerwuję bilet. Następnie dzwonię do szkoły, by dowiedzieć się, jak się z niej wypisać... Będę musiała poprosić Baśkę, żeby tam poszła i złożyła papiery z rezygnacją.
    Basia niedługo wróci z piątkowych zajęć, muszę z nią pogadać. I z Adrianem.
- Adrian? - pytam nerwowo.
- Tak, madame, to ja. - żartuje. - Co się stało?
- Jutro wyjeżdżam do Anglii.
- Czemu to robisz?
- Czekają tam na mnie przyjaciele, a jeden z nich mnie kocha. I ja... - łkam w słuchawkę, próbując powstrzymać wybuch płaczu. - Jeśli nie wrócę, to może się źle skończyć. Od czasu mojego wyjazdu on cierpi, ja w głębi duszy też... - wyznaję.
- Ale co ze mną? - pyta smutno. - Myślałaś o mnie?
- Tak, oczywiście, że tak. Ale on był wcześniej, on bardziej mnie potrzebuje... Strasznie cię przepraszam. Ale tak musi być...
    Rozłączam się nim zdąży odpowiedzieć i biorę się za pakowanie. Wrzucam ciuchy bez ładu i składu, nie ma na to czasu. Za długo zwlekałam.
    Po paru godzinach, gdy dochodzi 21., słyszę chrobot klucza w drzwiach.
- Co to za pobojowisko? - pyta od progu kuzynka.
- Wracam do Londynu. Jutro.
- Czemu? - pyta troskliwie i spogląda na moją twarz. - Przyjaciele?
- Tak. A konkretnie Louis. Jest w szpitalu, przeze mnie... - beczę chyba na pół kamienicy.
- Dobrze... Julka, ale szkoła?
- Prawie załatwione, w międzyczasie wydrukowałam odpowiednie dokumenty, wypełniłam, ty tam musisz tylko dokończyć... Zaniosłabyś je do szkoły?
- Dobrze... A teraz idź już spać.
- Okej, ale muszę skończyć się pakować.
- Dobrze, ale potem naprawdę idź spać.
      Pakuję ostatnie rzeczy, sprawdzam bloga (''Co planujesz?''''Kuźwa, Julka, nie żartuj!!'') i idę spać...

***Następnego dnia***

- Wszystko wzięłaś?
- Chyba tak. A nawet jeśli, to u ciebie nie zginie. - odpowiadam, próbując przełknąć kanapkę z pomidorem
      Dochodzi dziewiąta. Wychodzimy z mieszkania, taszcząc z trudem moje walizy do jej auta.
      Na poznańskim lotnisku odstawiamy bagaże na miejsce i ruszam do odprawy.
- Baśka, dziękuję ci, że mogłam u ciebie mieszkać, że trochę miasta mi pokazałaś... Dziękuję. - szepczę, wtulając się w dziewczynę jak dziecko.
- Nie dziękuj. - odpiera. - Wystarczy, że załatwisz mi ich autografy.
      Mimo wszystko się uśmiecham. Baśka jest fanką One Direction.
- Pomyślimy. - spoglądam na kolejkę, przytulam mocniej kuzynkę, po czym puszczam ją i ruszam. - To lecę. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia... Powodzenia!
      Macham jej i znikam w bramce. Lot mija mi podobnie, jak ostatnio, z tą jednak różnicą, że nie śpię. Minuty dłużą się w cholerę! Panie pilocie, fastem!!
      Ale w końcu lądujemy. Odbieram walizki, pakuję je do taksówki, płacę za kurs i wysyłam je do domu. Piszę mamie esemesa w tej sprawie i biorę drugą taksówkę, którą jadę do szpitala. Na szczęście nie ma korków. Jest czternasta... Yyy, trzynasta. Patrzyłam na polski czas.
      Dosłownie wyskakuję z auta, gdy parkuje pod szpitalem. Zapłaciłam jeszcze w drodze.
      Wjeżdżam na czwarte piętro, ale winda jedzie dziwnie wolno. Szukam sali 149. Znajduję ją i wchodzę. Staję w progu. Louis chyba śpi. Wygląda gorzej niż na zdjęciach. Blady, wychudzony, podłączony do tysiąca rurek i aparatur wydaje się taki delikatny, kruchy... Zaczynam płakać.
      Chłopak chyba wyczuwa moją obecność, bo otwiera oczy i zaczyna się przekręcać w stronę drzwi.
- Harry? Liam? Niall? Katya? Zayn? - wymienia powoli kolejne imiona. Wchodzę do środka, stając tuż przy samotnym łóżku. - Kim jesteś? - nie poznaje mnie.
       No tak, zapomniałam... Ścięłam moje długie włosy, zamiast okularów mam szkła kontaktowe, no i schudłam.- Louis, to ja, Julia... - tylko tyle umiem z siebie wydusić, smutek ściska moje gardło. 
- Nie. Moja Julia wygląda inaczej... Jest w Polsce i pewnie układa sobie życie z kimś innym a o nas zapomniała. - mówi gorzko. - Dlatego proszę nie żartować.
      Ocieram oczy wierzchem dłoni, przysuwam się jeszcze bliżej niego i zakładam okulary, które wciąż noszę w torebce. Rozpinam kurtkę, bo z emocji jest mi niewiarygodnie gorąco.
- Louis, nigdy nie byłam bardziej poważna. Wróciłam, do cholery, tylko dla ciebie! Bo mi na tobie zależy! - mówię spokojnie i dobitnie, po czym klękam i biorę w swoje dłonie jego dłoń. Całuję ją delikatnie i przykładam do piersi. - Cholera, posłuchaj, jak wali mi serce! Im bliżej byłam Londynu, potem szpitala, tym bardziej się o ciebie bałam, bałam się, że nie zdążę... - głos zaczyna mi drżeć. - Louis, kocham cię...
- Julia... - szepcze, po policzkach płyną mu łzy a oczy płoną. - Nawet nie wiesz, jak bardzo liczyłem i czekałem na te słowa... Ja... - urywa. - A co z Harry'm?
- Ty mi to powiedz... Podobno się z kimś spotyka...
- Tak... Z Selene... Taką jedną... Nieważne...
- Masz rację, to nieważne... Ale czemu na mnie czekałeś? Przecież przed chwilą gadałeś, że pewnie mnie nie obchodzisz...
- Ja naprawdę jestem w tobie zakochany... Tak bardzo, że nic innego się dla mnie nie liczy. Nic, poza tobą... A czekałem, bo byłem pewny, że wrócisz... Nie wiedziałem, do kogo, a mimo to czekałem... Prawdziwego zakochania nie zniszczy czas i odległość, wiesz?
- Teraz to wiem. - uśmiecham się i milknę. Ktoś idzie. - Będziesz miał gości. - mruczę.
- To się chowaj... za drzwiami. - śmieje się, a ja mu wtóruję. W tej chwili jesteśmy jak dzieci.
     Po chwili on udaje, że śpi, a ja wsuwam się za drzwi, które chwilę później rozpłaszczają mnie na naleśnik.
- Pobudka, księciuniu! - drze się Niall. - Dostawa marchewek dotarła!
- Cicho, bo nas stąd wywalą. - karci go Harry. Po głosie słychać, że się czymś denerwuje. - Louis?
- Hmm? - udaje, że się obudził. - Co jest?
- Musimy pogadać. Chodzi o Julię...
- Co z nią? - ''trzeźwieje".
- Coś jej odwala, jakieś dziwne rzeczy pisze...
- Co niby?
- Ostatnio coś o jakimś pomyśle, o tym, że jest chora psychicznie... Nie wiemy, o co może jej chodzić... I jeszcze kazała ci się trzymać do jutr, do twoich urodzin... - zdejmuję okulary i wsuwam je do kurtki. - A teraz nie daje znaku życia.
- Ale ja chyba wiem. - mruczy Lou.
- Co niby? - pyta, mimo wszystko, wesoło Katya.
     W tym momencie tracę równowagę i się, dosadnie rzecz ujmując, wypieprzam. Wszyscy się na mnie gapią.
- Proszę, wyjdź, albo wezwiemy ochronę. - mówi Harry.
     Robi przy tym wielkie oczy, jak i reszta. Tylko Louis się szczerzy od ucha do ucha...

___________________________________________________________________________________
________________________________________________________
_________________________

Kurczę, beczałam jak tworzyłam ten rozdział. Beczałam też, gdy go przepisywałam, może dlatego, że słuchałam, potem śpiewałam, no i oglądałam teledysk do "1000 metrów nad ziemią" by Mrozu ;D A teraz włączyłam sobie ising.pl i wyję do monitora xD Dobrze, że nie mieszkam w bloku... 
No więc oceniajcie ten rozdział, czy wam się podoba itp... Bo wiecie, ja mam marzenie, że do następnego Sylwestra powiem coś takiego jak Julia, no albo ktoś mi tak powie ;))) Ale to na razie marzenia...
No to życzę wam, żebyście nie miały kaca w Nowym Roku, a nawet jeśli, to szklanka octu podobno pomaga ;D

3 komentarze:

Mrs. X pisze...

hahahahaahahahahahahaha . genialneeee . :d

Ola Gatz pisze...

Zajebistee ;pp Aż mi się smutno zrobiło .. Kiedy następny? ;D

Anonimowy pisze...

Jeju, piękne ;( Beczę ;

Prześlij komentarz

Proszę, zostaw szczery komentarz. Ja wiem, doskonale, że to, co piszę, nie jest dopracowane i zbyt ciekawe, ale to opowiadanie traktuję tylko i wyłącznie jako ćwiczenie. Dlatego proszę o wyrozumiałość :)
Pozdrawiam,
Julia :)