poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rozdział XIV.

    Miesiące mijają szybko. Październik zmienił się w listopad, a ten w grudzień, który ma się właśnie ku końcowi. Jest 22. grudnia.
    W szkole zadomowiłam się całkiem szybko. Jestem w klasie z Adrianem, z którym bardzo się zaprzyjaźniłam, ale nic z tego nie wyjdzie... Zrobiłam chyba postępy w kwestii projektowania. Tak mówią, ale i ja to zauważam.
     Co do chłopaków i Katii... Jeszcze przez tydzień od wyjazdu byliśmy sensacją. Opublikowano bowiem nasze zdjęcia z lotniska. Gorące uściski, łzy... Podobno dziennikarze chcieli mnie szukać w Polsce, ale dali spokój. Jedyną sensacją, z tych bieżących, jest zacieśniająca się więź między Ukrainką a Zaynem. Od jakiegoś czasu są parą, jak ostatnio zwierzyła mi się Katya. Harry też się chyba z kimś spotyka.
      Okropnie martwi mnie za to Louis. Do pewnego momentu wiedzieli o tym tylko najbliżsi, ja też, ale w końcu się wydało. Jest z nim źle. Przynajmniej raz w tygodniu jest w szpitalu, spędza tam przynajmniej noc, na badaniach. I wszystko przeze mnie. Po moim odjeździe był zrozpaczony... Nałykał się leków, no i wylądował w szpitalu. Widziałam w internecie jego ostatnie zdjęcia i byłam przerażona... Bo to przeze mnie, winna jestem ja. A przecież miało być lepiej... Właśnie, miało...
     Kurczę, płaczę! No, ale... Louis, kurde! Wpieprzaj marchewki i zdrowiej!
     Wyrywam się z tych ponurych rozmyślań niemal siłą. Ogarniam się i uruchamiam laptopa. Po chwili czytam już komentarze pod wczorajszą notką.

''Julka, wróć! Bez ciebie jest coraz gorzej!'' - Katya
"Zrób coś, dziewczyno... Proszę" - Zayn

     I sporo innych. Przekaz jest prosty: z Louisem jest gorzej niż tragicznie... A ja znowu beczę. Dlatego zaczynam pisać kolejnego posta.


    Nie piszę 'cześć', bo nie ma sensu. Po głowie chodzi mi pewien pomysł. Nie wiem, czy uda mi się go zrealizować, ale wiem dwie rzeczy: jestem chora psychicznie z tego powodu, a po drugie: Louis, wytrzymaj do urodzin! Wtedy wszystko się okaże... A jeśli nie, to znaczy, że jestem w Warcie...

    Coś postanowiłam, jedna myśl od dawna we mnie dojrzewała, aż w końcu oznajmiła mi swoje zamiary. W każdym razie będą zmiany...


     Ładuję stronę Linii Lotniczych i rezerwuję bilet. Następnie dzwonię do szkoły, by dowiedzieć się, jak się z niej wypisać... Będę musiała poprosić Baśkę, żeby tam poszła i złożyła papiery z rezygnacją.
    Basia niedługo wróci z piątkowych zajęć, muszę z nią pogadać. I z Adrianem.
- Adrian? - pytam nerwowo.
- Tak, madame, to ja. - żartuje. - Co się stało?
- Jutro wyjeżdżam do Anglii.
- Czemu to robisz?
- Czekają tam na mnie przyjaciele, a jeden z nich mnie kocha. I ja... - łkam w słuchawkę, próbując powstrzymać wybuch płaczu. - Jeśli nie wrócę, to może się źle skończyć. Od czasu mojego wyjazdu on cierpi, ja w głębi duszy też... - wyznaję.
- Ale co ze mną? - pyta smutno. - Myślałaś o mnie?
- Tak, oczywiście, że tak. Ale on był wcześniej, on bardziej mnie potrzebuje... Strasznie cię przepraszam. Ale tak musi być...
    Rozłączam się nim zdąży odpowiedzieć i biorę się za pakowanie. Wrzucam ciuchy bez ładu i składu, nie ma na to czasu. Za długo zwlekałam.
    Po paru godzinach, gdy dochodzi 21., słyszę chrobot klucza w drzwiach.
- Co to za pobojowisko? - pyta od progu kuzynka.
- Wracam do Londynu. Jutro.
- Czemu? - pyta troskliwie i spogląda na moją twarz. - Przyjaciele?
- Tak. A konkretnie Louis. Jest w szpitalu, przeze mnie... - beczę chyba na pół kamienicy.
- Dobrze... Julka, ale szkoła?
- Prawie załatwione, w międzyczasie wydrukowałam odpowiednie dokumenty, wypełniłam, ty tam musisz tylko dokończyć... Zaniosłabyś je do szkoły?
- Dobrze... A teraz idź już spać.
- Okej, ale muszę skończyć się pakować.
- Dobrze, ale potem naprawdę idź spać.
      Pakuję ostatnie rzeczy, sprawdzam bloga (''Co planujesz?''''Kuźwa, Julka, nie żartuj!!'') i idę spać...

***Następnego dnia***

- Wszystko wzięłaś?
- Chyba tak. A nawet jeśli, to u ciebie nie zginie. - odpowiadam, próbując przełknąć kanapkę z pomidorem
      Dochodzi dziewiąta. Wychodzimy z mieszkania, taszcząc z trudem moje walizy do jej auta.
      Na poznańskim lotnisku odstawiamy bagaże na miejsce i ruszam do odprawy.
- Baśka, dziękuję ci, że mogłam u ciebie mieszkać, że trochę miasta mi pokazałaś... Dziękuję. - szepczę, wtulając się w dziewczynę jak dziecko.
- Nie dziękuj. - odpiera. - Wystarczy, że załatwisz mi ich autografy.
      Mimo wszystko się uśmiecham. Baśka jest fanką One Direction.
- Pomyślimy. - spoglądam na kolejkę, przytulam mocniej kuzynkę, po czym puszczam ją i ruszam. - To lecę. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia... Powodzenia!
      Macham jej i znikam w bramce. Lot mija mi podobnie, jak ostatnio, z tą jednak różnicą, że nie śpię. Minuty dłużą się w cholerę! Panie pilocie, fastem!!
      Ale w końcu lądujemy. Odbieram walizki, pakuję je do taksówki, płacę za kurs i wysyłam je do domu. Piszę mamie esemesa w tej sprawie i biorę drugą taksówkę, którą jadę do szpitala. Na szczęście nie ma korków. Jest czternasta... Yyy, trzynasta. Patrzyłam na polski czas.
      Dosłownie wyskakuję z auta, gdy parkuje pod szpitalem. Zapłaciłam jeszcze w drodze.
      Wjeżdżam na czwarte piętro, ale winda jedzie dziwnie wolno. Szukam sali 149. Znajduję ją i wchodzę. Staję w progu. Louis chyba śpi. Wygląda gorzej niż na zdjęciach. Blady, wychudzony, podłączony do tysiąca rurek i aparatur wydaje się taki delikatny, kruchy... Zaczynam płakać.
      Chłopak chyba wyczuwa moją obecność, bo otwiera oczy i zaczyna się przekręcać w stronę drzwi.
- Harry? Liam? Niall? Katya? Zayn? - wymienia powoli kolejne imiona. Wchodzę do środka, stając tuż przy samotnym łóżku. - Kim jesteś? - nie poznaje mnie.
       No tak, zapomniałam... Ścięłam moje długie włosy, zamiast okularów mam szkła kontaktowe, no i schudłam.- Louis, to ja, Julia... - tylko tyle umiem z siebie wydusić, smutek ściska moje gardło. 
- Nie. Moja Julia wygląda inaczej... Jest w Polsce i pewnie układa sobie życie z kimś innym a o nas zapomniała. - mówi gorzko. - Dlatego proszę nie żartować.
      Ocieram oczy wierzchem dłoni, przysuwam się jeszcze bliżej niego i zakładam okulary, które wciąż noszę w torebce. Rozpinam kurtkę, bo z emocji jest mi niewiarygodnie gorąco.
- Louis, nigdy nie byłam bardziej poważna. Wróciłam, do cholery, tylko dla ciebie! Bo mi na tobie zależy! - mówię spokojnie i dobitnie, po czym klękam i biorę w swoje dłonie jego dłoń. Całuję ją delikatnie i przykładam do piersi. - Cholera, posłuchaj, jak wali mi serce! Im bliżej byłam Londynu, potem szpitala, tym bardziej się o ciebie bałam, bałam się, że nie zdążę... - głos zaczyna mi drżeć. - Louis, kocham cię...
- Julia... - szepcze, po policzkach płyną mu łzy a oczy płoną. - Nawet nie wiesz, jak bardzo liczyłem i czekałem na te słowa... Ja... - urywa. - A co z Harry'm?
- Ty mi to powiedz... Podobno się z kimś spotyka...
- Tak... Z Selene... Taką jedną... Nieważne...
- Masz rację, to nieważne... Ale czemu na mnie czekałeś? Przecież przed chwilą gadałeś, że pewnie mnie nie obchodzisz...
- Ja naprawdę jestem w tobie zakochany... Tak bardzo, że nic innego się dla mnie nie liczy. Nic, poza tobą... A czekałem, bo byłem pewny, że wrócisz... Nie wiedziałem, do kogo, a mimo to czekałem... Prawdziwego zakochania nie zniszczy czas i odległość, wiesz?
- Teraz to wiem. - uśmiecham się i milknę. Ktoś idzie. - Będziesz miał gości. - mruczę.
- To się chowaj... za drzwiami. - śmieje się, a ja mu wtóruję. W tej chwili jesteśmy jak dzieci.
     Po chwili on udaje, że śpi, a ja wsuwam się za drzwi, które chwilę później rozpłaszczają mnie na naleśnik.
- Pobudka, księciuniu! - drze się Niall. - Dostawa marchewek dotarła!
- Cicho, bo nas stąd wywalą. - karci go Harry. Po głosie słychać, że się czymś denerwuje. - Louis?
- Hmm? - udaje, że się obudził. - Co jest?
- Musimy pogadać. Chodzi o Julię...
- Co z nią? - ''trzeźwieje".
- Coś jej odwala, jakieś dziwne rzeczy pisze...
- Co niby?
- Ostatnio coś o jakimś pomyśle, o tym, że jest chora psychicznie... Nie wiemy, o co może jej chodzić... I jeszcze kazała ci się trzymać do jutr, do twoich urodzin... - zdejmuję okulary i wsuwam je do kurtki. - A teraz nie daje znaku życia.
- Ale ja chyba wiem. - mruczy Lou.
- Co niby? - pyta, mimo wszystko, wesoło Katya.
     W tym momencie tracę równowagę i się, dosadnie rzecz ujmując, wypieprzam. Wszyscy się na mnie gapią.
- Proszę, wyjdź, albo wezwiemy ochronę. - mówi Harry.
     Robi przy tym wielkie oczy, jak i reszta. Tylko Louis się szczerzy od ucha do ucha...

___________________________________________________________________________________
________________________________________________________
_________________________

Kurczę, beczałam jak tworzyłam ten rozdział. Beczałam też, gdy go przepisywałam, może dlatego, że słuchałam, potem śpiewałam, no i oglądałam teledysk do "1000 metrów nad ziemią" by Mrozu ;D A teraz włączyłam sobie ising.pl i wyję do monitora xD Dobrze, że nie mieszkam w bloku... 
No więc oceniajcie ten rozdział, czy wam się podoba itp... Bo wiecie, ja mam marzenie, że do następnego Sylwestra powiem coś takiego jak Julia, no albo ktoś mi tak powie ;))) Ale to na razie marzenia...
No to życzę wam, żebyście nie miały kaca w Nowym Roku, a nawet jeśli, to szklanka octu podobno pomaga ;D

Rozdział XIII.

    Nastał wtorek, znalazłam już szkołę, teraz się pakuję. Mam spędzić ponad pół roku w Poznaniu w szkole plastycznej, kierunek: projektowanie. Będę mieszkać u kuzynki studentki. Najgorzej było namówić rodziców, ale chyba zrozumieli, że nie ma innego wyboru.
    Ogarniam pokój wzrokiem, wycieram wierzchem dłoni kilka łez smutku, które staczały się po policzku, zbieram walizki (5 wielkich sztuk) i ruszam na dół.
- Daj, wezmę. - mówi tata, gdy jestem już w korytarzu i wyręcza mnie w chowaniu bagaży do auta.
     Wsiadamy wszyscy i jedziemy na lotnisko. Ustawiam się w kolejce do odprawy, a rodzice zajmują się walizkami. Została ze mną Zuza i godzina do odlotu.
- Ej, Julka - ciągnie mnie za rękaw bluzy młoda. - Ty, to nie... One Direction! - szepcze podekscytowana do mojego ucha.
      Faktycznie, to oni. Idą w towarzystwie Katii. Podchodzą do nas.
- Taa, Zuza, to oni, ale nie masz się czym podniecać, to przez nich jadę do Polski. - odpowiadam jej smutno.
- Cz-cześć. - mówi speszony Harry.
- Chcieliśmy cię pożegnać... - dodaje Louis.
- Widzę... Ale wy naprawdę dziwni jesteście. Czy ja umieram albo co? - kręcą głowami. - No właśnie. Dajcie spokój, co? Za mniej niż rok będę z powrotem.
- Ale to mnóstwo czasu, będzie smutno, nie będzie tak samo, no i w ogóle... - mówi smutno Lou.
- Wiem. Ale dlatego założyłam bloga, na którym będę was o wszystkim informować, co u mnie, jak mi życie leci... Poza tym są jeszcze maile, ewentualnie komentarze pod wpisami... - dostrzegam paparazzi. - Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale dziennikarze za wami...
- Nam nic nie zrobią, gorzej z wami. - mówi Zayn.
- Kurde, a co oni nam mogą zrobić? Nie wiedzą, kim jesteśmy, mają tylko zdjęcia. Niech się odpieprzą. - odpowiada Katya. I tu muszę przyznać jej rację.
      Przytulam każdego po kolei, żegnam się wylewnie, jak nie ja. No bo nigdy wcześniej nie dałabym chłopakowi, żadnemu!, na pożegnanie buziaka w policzek... Gdy dochodzę do przyjaciółki, coś mnie dziwi.
- Ej, co się stało? Czemu płaczesz? Przecież wrócę.
- Wiem... Ale Seba też wraca do Polski. - łka.
- Och, rozumiem... - przytulam ją mocniej. - Muszę już iść.
       Ruszam do kolejki.
- A adres bloga? - woła za mną Liam.
- Wyślę esemesem! Tak będzie najlepiej.
- Cześć! - woła cała szóstka.
       Przytulam jeszcze rodzinkę, przechodzę kontrolę i wchodzę na pokład samolotu. Zajmuję swoje miejsce i wyciągam jakieś czytadła, ale zanim się za nie zabieram, wystukuję esemesa z adresem do Katii. W końcu usypiam, a gazety przesuwają się po podłodze...

**** po przylocie ****

   Budzę się już po wylądowaniu. Zbieram torbę, podnoszę gazety i je chowam, po czym ruszam za innymi do wyjścia.
    Godzinę zajmuje mi odbiór walizek. Wyjeżdżają osobno co -naście minut, ale w końcu mam wszystkie. Ruszam z nimi samotnie przez pustą w tej chwili halę przylotów. Na zewnątrz jest postój taksówek. Wybieram największą, ze względu na bagaże.
- Gdzie panią zawieźć? - pyta kierowca po upchnięciu moich klamotów.
- Na dworzec. Ale ten pociągowy.
- Skąd pani wraca? Jeśli można wiedzieć... Bo mówi pani z akcentem, ale przede wszystkim skądś panią kojarzę. - pyta facet, młody, chyba niewiele po dwudziestce.
- Wracam z Anglii... Ale skąd miałby mnie pan kojarzyć?
     Podaje mi czasopismo i rusza przez zakorkowaną Warszawę. Na pierwszej stronie jest coś o chłopakach. Tytuł: "Nowe szczęścia chłopców?". Zaciekawiona zerkam na artykuł. Są tam zdjęcia Katii i Zayna pod jej internatem, moje i Zayna w kawiarni, moje i chłopaków w kinie, pod moim domem, grupowe z soboty w tamtej knajpce...

   Od ponad tygodnia można było spotkać naszych chłopców w towarzystwie dwóch tajemniczych dziewczyn. Jak widać, dobrze się razem bawią. Jednak pewne pytania cisną się nam na usta: Kim one są? Czy któraś jest dziewczyną Zayna, jego nową miłością? A może któraś z nich jest pocieszeniem dla Louisa, który, jak dowiedzieliśmy się z zaufanego źródła, rozstał się z Eleanor? (...)
   Na razie wiemy tylko, że znają się ze szkoły (...) Tymczasem czekajmy na rozwój wypadków i życzmy im szczęścia. (...)

      Wycieram łzy i podnoszę głowę. Jesteśmy na miejscu.
- To była pani, prawda? Ty jesteś jedną z nich? - kręcę głową. - To kim? - wychodzimy z auta.
- Przyjaciółką.
- A mi się wydaje, że nie tylko... Dlaczego wyjechałaś? - wyciąga bagaże.
- Nieważne... - odpowiadam smutno, ale po chwili zmieniam zdanie. - Musiałam wyjechać, żeby to wszystko na spokojnie przemyśleć... Ile płacę?
- Dwadzieścia złotych. - podaję mu banknot. - Mam na imię Łukasz, a ty?
- J-Julia... Ale po co to?
- Ile masz lat? Ja dwadzieścia dwa.
- A po co to panu?! Bardzo mi przykro, ale nie zadaję się z nachalami... - wymijam go i kieruję się do okienka, by kupić bilet. - Do widzenia!
- Przepraszam. Ale jakby co, to dzwoń. - wyciąga w moją stronę dłoń, a w niej wizytówka.
       Nie słucham go i ignoruję. Kupuję bilet, biorę bagaże i ruszam na peron. Koleś daje spokój. Według rozkładu pociąg powinien być za 10 minut... Ale przyjechał dodatkowe 10 minut później. No tak, nie ma to jak punktualność PKP.
       Znajduję wolny przedział, rozkładam się i wyciągam laptopa z torby.  Wchodzę na bloga i zaczynam pisać...

   Cześć wam! Właśnie wsiadłam do pociągu. W samolocie spałam ;) Prawie godzinę czekałam na bagaże. I jeszcze taksówkarz. Okropny! Pokazał mi gazetę, w której są nasze zdjęcia i snują domysły... Ale to szczegół. Za parę godzin będę na miejscu. 
Julia ;*

       Publikuję i zaglądam na Fejsa. Eee... jest mnóstwo zaproszeń od nieznanych osób. I mnóstwo komentarzy. Ale pierwsze pytanie: Skąd wiedzą, jak się nazywam???

   ''Daj spokój chłopcom!!!''
''Niech mają normalne dziewczyny,
nie wieloryby!''
''Wierzę w was! Nie poddawaj
się! Każdy ma prawo do miłości.''

''Jesteś moją idolką. Nie wierzyłam,
że chłopakowi może podobać 
się dziewczyna, która nie jest anorektyczką.Dopiero, 
gdy zobaczyłam wasze zdjęcia, uwierzyłam. Dziękuję ;*''


     Takich komentarzy jest mnóstwo. Na Twitterze całkiem podobnie... Nie, chyba skasuję konta... W końcu wyłączam laptopa, i to w momencie, gdy ktoś wchodzi.
- Można? - pyta nieśmiało wysoki chłopak. Towarzyszy mu niska dziewczyna o różowych włosach i facet napakowany jak świąteczny indyk.
- Jasne. - odpowiadam i opieram głowę o szybę.
     Ach, po tych komentarzach i tej całej akcji miło jest poczuć chłód szyby na czole. Milczymy przez jakieś dziesięć minut, aż w końcu odzywa się dziewczyna.
- Jestem Iza. To jest Maks - wskazuje na Indyka - a to Adrian. - przedstawia wysokiego chłopca. - A ty?
- Julia... Miło mi was poznać.
- I nawzajem. - uśmiecha się dziewczyna. - Do Poznania?
- Mhmm... A wy?
- Też. Studiujesz? - pyta Adrian.
- Nie, jeszcze nie. Chodzę... Właściwie to dopiero będę chodzić do do liceum plastycznego, kierunek: projektowanie. A wy? Studiujecie?- Też nie. Ale ja i Adrian chodzimy do tej szkoły co ty. Ja ogólnie na plastykę, Adrian projektowanie. - szczerzy się Iza. - Ale ciebie nie kojarzę.
- Bo jestem nowa. - powtarzam z naciskiem.
      Po tej wymianie zdań dziewczyna zajęła się konwersacją z Indykiem, który okazał się być jej chłopakiem. A ja zaczęłam gadać z Adrianem, który usiadł koło mnie. Wyszło na to, że mamy sporo wspólnych tematów, jak na przykład One Direction. Poza tym opowiada mi, jak jest w mieście, w szkole, a ja w zamian opowiadam o Anglii, Londynie, tamtejszej społeczności.
      W końcu dojeżdżamy. Zbieramy rzeczy i wychodzimy. Na peronie już czeka Baśka, moja kuzynka. Wymieniam się numerem telefonu z Adrianem i ruszamy, każde w swoją stronę.
- Cześć, jak podróż? - pyta wesoło.
- Do niczego. - śmieję się.
       I kierujemy się na parking do jej auta.

___________________________________________________________________________________
_____________________________________________________
________________________

Hej ;* Tak wygląda trzynastka, mam nadzieję, że nie będzie pechowa xD Komentujcie, bo tylko to motywuje mnie do dalszego pisania. Kto czeka na romantyczną czternastkę, niech pisze, to może dodam przed Nowym Rokiem, bo nigdzie na Sylwestra nie idę xD A tak przy okazji:
Życzę Wam zdrowia, szczęścia, pomyślności, spełnienia marzeń, przyjazdu 1D do Polski i wszystkiego, co najlepsze ♥♥ 
Wiecie co? Piszcie mi swoje daty urodzin (dzień i miesiąc). Dlaczego? Wczoraj wpadłam na pomysł, że jeśli będę dodawać rozdział w dniu albo tygodniu urodzin czytelniczki, rozdział będzie z dedykacją dla niej ;D Tylko nie oszukujcie ;)
I jeszcze jedno: chyba was nieco rozpieściłam ;) No bo dodaję już chyba czwarty rozdział dzień po dniu xD Ale wiecie, po powrocie do szkoły to czekajcie tylko w weekendy, chyba, że poprzepisuję sporo rozdziałów i gdy będę mogła wejść na kompa, to opublikuję, ale jeszcze nie wiem ;D

niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział XII.

--------- Harry ---------

     Ruszam za dziewczynami. Louis zresztą też. Zatrzymujemy się pod drzwiami damskiej toalety.
- Harry... - zaczyna chłopak. - Wszystko okej? - stara śpiewka.
- No właśnie chyba nie. - szepczę cicho i opieram się o ścianę. - Louis... Co z Eleanor? Pomyślałeś o niej? Jak ona się poczuje, kiedy dowie się, że flirtujesz za jej plecami? Ja rozumiem Zayna, on to co innego, on jest wolny, chyba naprawdę ciągnie go do Katii... Ale ty?
- Ja też jestem sam. Eleanor dała spokój... - przyjaciel smutnieje. - Ja... Kocham ją nadal, ale ona miała dosyć ciągłych nieobecności. Próbowałem ją zatrzymać, ale powiedziała, że to nie ma sensu, że musimy ułożyć sobie życie. Od nowa i osobno... - ostatnie słowa wypowiada z trudem, a potem zaczyna płakać. Obejmuję go po przyjacielsku.
- Od... Od kiedy nie jesteście razem? - pytam.
- Dwa tygodnie... Tydzień jechałem na środkach nasennych, przeciwbólowych... Niewiele brakowało, a zacząłbym coś brać... Nie wiesz nawet, jak to boli... I wtedy, tydzień temu, na matmie, zobaczyłem Julię. Ale zobaczyłem ją tak jakby po praz pierwszy w życiu. To było wtedy, kiedy podstawiłeś jej nogę... I wtedy coś się we mnie obudziło. Znowu zaświeciło dla mnie słońce, a moje serce zaczęło znowu żyć. - kończy.
     Jestem w szoku. Ten pogodny, wiecznie wesoły Louis cierpiał, a ja, jak ślepiec, nic nie zauważyłem. Ale.. To oznaczało, że on też ją kocha. Ja sam coś do niej czuję. Od chwili, kiedy pracowaliśmy razem nad projektem na geografię na początku roku szkolnego. Mimo widocznej niechęci do mnie, próbowała ją chyba przezwyciężyć. No i jej cierpliwość... Próbowała mi wytłumaczyć zawiłości liczby ludności w Indiach, nie poddawała się o wytrwale mnie przygotowywała do prezentacji. A mimo to nie wiem, co tak naprawdę czuję.
     Ale którego wybierze? Nieważne którego, drugi i tak będzie zraniony.
     Ty, który rządzisz nami tam na górze, dlaczego to robisz? Wystawiasz nas na próbę, strasznie ciężką próbę. Jedna osoba będzie smutna, dwie zadowolone... Ale gdzie będę ja? Gdzie Louis?

------------ Louis ------------

- Harry, jak to się skończy? - pytam, spragniony na nowo marchewek i kojącej dawki tabletek nasennych.
- Nie wiem, wiem tylko, że jeden z nas będzie cierpiał.
- Wiesz... - nagle coś sobie przypominam. - Pamiętasz może, co kiedyś ustaliliśmy? - kręci głową. - Ustaliliśmy, że jeżeli jakaś dziewczyna spodoba się więcej niż jednemu z nas, gramy w 'papier, kamień, nożyce'...
- Nie, nie będziecie tak rozwiązywać tego problemu. - słyszymy stanowczy głos Julki, stojącej w drzwiach do łazienki.
- Dziewczyno, powiedz, co w takim razie mamy zrobić? - jęczę zrezygnowany.
- Wiecie... Chwilę nad tym myślałam... - mówi, powoli dobierając słowa. - i zdecydowałam, że na jakiś czas wrócę do Polski. - nie, to nie może być prawda!
      Spoglądam na Harry'ego. On także jest przerażony, dolna warga niebezpiecznie mu drży. Także Katya wydaje się być zaskoczona jej słowami.
- Ale... Ale dla-dlaczego? - Hazza zaczyna "gubić" język, nie panuje nad swoimi emocjami.
- Uznałam, że przez te parę miesięcy zajmiecie się sobą, karierą, a ja sobą... Jest październik. Najpóźniej w lipcu będę z powrotem... - spoglądam na nią błagalnie. Ona kuca i łapie nas za dłonie. Z powagą mówi - Zrozumcie, nie chcę was ranić. Przez ten czas może któryś z was znajdzie sobie dziewczynę, nie wiem... Za kilka miesięcy zobaczymy, co się zmieniło, jak z naszymi uczuciami... To jedyne słuszne wyjście. Wyjadę jak tylko znajdę miejsce w jakiejś szkole.
- Jula... - szepczę dramatycznie. To nie jest dobry pomysł. Ona nie może teraz wyjeżdżać. To się źle skończy...
     Ale Julia już nie słucha. Podnosi się, rusza w stronę stolika, zabiera rzeczy, wręcza kelnerowi pieniądze za swoje zamówienie (jak później opowiadał Liam) i nim zdążyłem ją dogonić, ona wsiada już do taksówki...

___________________________________________________________________________________
__________________________________________________________
____________________________

Tak wygląda dwunastka ;) Nawet nie wiecie, jak mnie wasze ostatnie komentarze zachęciły do umieszczania kolejnych rozdziałów, dzięki ;* Poza tym dzięki wam przybiegło natchnienie i zaczęłam dwudziesty czwarty rozdział. Ech... Powiem jedno: będzie się działo, będzie gorąco! W każdym razie podrzucajcie pomysły na następne rozdziały, coś z tego sklecę ;D Jeśli chcecie wiedzieć coś na temat bohaterów, wydarzeń, opowiadania itd.  to szukajcie mnie na Twitterze: @Juliafor1D1

sobota, 29 grudnia 2012

Rozdział XI.

 - Wchodźcie, wchodźcie, ale Julka jeszcze pewnie śpi. - słyszę moją mamę. Z kim ona gada? - Skąd się znacie? Ze szkoły?... Julia nic nie mówi o przyjaciołach. Idźcie na górę, drugie drzwi po lewo.
      Która jest? O rany, już jedenasta! Słyszę tupot stóp na schodach. Zamykam oczy i czekam na gości.
      Otwierają się drzwi.
- Nialler, skocz po gitarę. - szepcze chyba Liam.
- No fajnie, to my się tu zrywamy o świcie, a ta śpi. - mruczy, już nie tak cicho, Louis.
- Przepraszam, jest jedenasta. - Katya?!
- Dla mnie to blady świt. Szczególnie w weekendy. - odpiera Marchewkowy. - Marchewa! Oh, oh, oooh, so put your hands up! Oh, oh, oooh, cause it is stand up! - zaczyna śpiewać.
- Nie, czekamy na Nialla. - powstrzymuje go Zayn.
- Harry, co ty robisz? - pyta zdziwiony Liam.
- Poprawiam podróbkę. - dobiega mnie głos Loczka gdzieś od strony biurka. - Ma naszą płytę, ale autografy to podróbki.
- Daj, też poprawię 'swoje'. - mruczy Zayn.
        Robi się zamieszanie, które niemal natychmiast zamiera.
- Jestem! - woła dumnie Niall z pełnymi ustami.
- Widzę. Ale zjedz to, co gryziesz, to pogadamy... Idziecie czy nie? - Katya zwraca się do chłopaków, którzy, sądząc po odgłosach, wciąż skrobią moim piórem swe podpisy.
- Już... I gotowe. Dobra, prawie, bo brakuje Nialla. Ale to później. - mówi podekscytowany (WTF?!) Louis. - To co najpierw?
- Może... Dajcie One Thing, I Want, More Than This, albo coś w ten deseń - podpowiada Ukrainka.
- No to gramy! Niall?
- Gotowy!
- Zaprezentujmy najlepszą pobudkę na świecie. - śmieje się Zayn.
       I prezentują. Grają One Thing, a ja zaczynam się wiercić. Przy More Than This ziewam i przeciągam się. Gdy wyskoczyli z Live While Where Young, mrugam oczami i uśmiecham się. Ale gdy Louis i Harry zaczynają śpiewać Barbie Girl, spadłam z łóżka, zwijając się ze śmiechu.
- I pooszło! - woła Louis. - Dawać kasę!
- Co?! - pytam zdziwiona.
- Robiliśmy zakłady, przy której piosence się obudzisz. Tylko ja trafiłem dobrze. I jeszcze prawidłowo zgadłem, że nie śpisz. - szczerzy się Lou. - No dawać mi moje 20 funtów! - krzyczy do reszty.
- Julka! Co się tam dzieje?! Ściszcie muzykę! - woła mama.
- Już! I nic się nie dzieje! - wrzeszczę w odpowiedzi.
- Niall, podpisuj się. - rozkazuje blondynowi Liam, podając mu album.
- Zaraz wracam. - mówię, zbierając ciuchy i zamykając się w łazience.
      Zapalam światło i spoglądam w lustro. Nieciekawie wyglądam, jak zwykle zresztą. Rozpuszczam włosy, porządnie je rozczesuję i związuję je w koka. Zakładam to (+ buty na obcasie) i biorę torbę, która nie wiem jakim cudem trafiła do mojej łazienki. Ostatni look w lustro i wychodzę.
- Ty masz żałobę, że tak prawie cała na czarno? - pyta Louis, lustrując mnie od góry do dołu. - Emm... Dopiero zauważyłem... Że musisz jeść dużo marchewek. - kończy, czerwieniąc się jak bardzo dojrzała marchewka.
- Cóż... Nie każdy może jeść wszystko bez umiaru i nic przy tym nie tyje. - odpieram urażona.
      Jako jedyna z całej siódemki nie mam szczupłej sylwetki. Wręcz przeciwnie. Może nie jestem gruba, tylko "kobiece kształty", jak to określa moja mama. Ale z powodu tych krągłości od zawsze się ze mnie wyśmiewano.
      Gdy raz mnie okropnie wyśmiano, tata nauczył mnie "wierszyka", którym miałam odpierać takie ataki. I teraz wyrecytowałam to, czego nauczyłam się na całe życie w wieku pięciu lat.
- Chłop nie pies, na kości nie poleci. Tak mówił kiedyś mój tata.
- Ooo... Wiesz co, Lou? Ty z kobietami nie zadzieraj. - mówi Niall, klepiąc go po ramieniu. - Zwłaszcza, jeśli to Julia. - znaczące spojrzenie w moją stronę. I cicho szepcze coś do ucha kumpla.
- Dobra, to co robimy?- pyta Harry.
- A co proponujecie? - odpowiada pytaniem na pytanie Katya.
- Meow Chocco Cafe? - proponuje Zayn.
- Nie... Znając nas, będziemy za głośno i wygonią nas zaraz po wejściu. Poza tym za dużo ludzi. - zaprzecza Liam. - Ale może za to Intakki Shake?
- Prędzej Bulakanekee. - mówi Louis.
- Nie! Do Nandos! - przekrzykuje wszystkich Niall.
- Nie. Losujemy, okej? - ucina przekrzykiwankę Katya.
      Kiwamy głowami na zgodę. Sięgam kartkę, zapisuję propozycję, tnę papier na kawałki i składam. Następnie wrzucam je do czapki Nialla, którą ten wyciąga z kieszeni bluzy.
- Kto losuje? - pytam.
- Ty! - odpowiada ekipa.
     Zamykam oczy, mieszam na oślep losami i wyciągam pierwszą lepszą.
- Bulakanekee. - oznajmiam po chwili.
- No to się, człowieki, zwijamy! - woła uradowany Marchewkowy Chłopiec.
     Spoglądam na wyświetlacz telefonu. Już po dwunastej.
- Jak myślicie, będą jeszcze zestawy śniadaniowe? - pytam retorycznie. - No jasne, że nie... - odpowiadam sobie sama.
     Gdy dochodzimy na miejsce, w knajpce jest całkiem pusto i cicho. Siadamy przy największym stoliku w rogu sali, przy oknie. Prawie natychmiast podchodzi do nas kelnerka.
- No i nie ma śniadaniówek. - Niall nachyla się w moją stronę.
- A daj spokój...
- To co państwo z-zamawiają? - pyta niska dziewczyna w fartuchu, która wciąż czeka na zamówienie.
- Zaraz się zacznie. - szepcze mi do ucha Louis, a ja robię wielkie oczy. O co mu chodzi? - Jak odejdzie z zamówieniem, zacznie krzyczeć ze szczęścia, totalnie nieprofesjonalne z jej strony... - tłumaczy, po czym zwraca się do kelnerki. - Tosty z szynką i pomidorami, marchewki, ale surowe i herbatę.
- Zapiekankę z sosem "1000 smaków", naleśniki z dżemem i bitą śmietaną, dużego kebaba i dwie duże butelki Pepsi. - Niall niczego sobie nie żałuje.
- Cappuccino, spaghetti i hamburgera. - zamawia roześmiana Katya.
- Hamburgera, frytki i colę. - recytuje swoje zamówienie Harry.
- Kawa, mała pizza z dużą ilością sera. - mruknął Zayn i nachylił się nad uchem Ukrainki. Co jest grane?
- Cappuccino, podwójna jajecznica na bekonie i sałatka brokułowa. - jęczę, zwijając się z głodu. - No co? Głodna jestem.
- Pieczony filet z kurczaka, sałatkę z sałatą lodową i herbatę z cytryną. - Liam kończy listę zamówień.
      Ledwo dziewczyna zniknęła w kuchni, wstrząsają nami wrzaski euforii.
- Skąd wiedziałeś? - zdziwiona pytam Louisa.
- Bo się jąkała. Totalny brak profesjonalizmu... Teraz będzie mega szpan, kogo to ona obsługiwała. - odpowiada z lekkim uśmiechem. - Poza tym narobią na zdjęć i internet i reszta będzie huczeć.
- No to co? - pyta Katya.
- Dla was to źle, bo będą was nachodzić, wszędzie robić zdjęcia. Czyli totalny brak spokoju. - tłumaczy Liam.
     W ciszy czekamy 15 minut, aż w końcu kelnerka przynosi zamówienia. Zaczynamy jeść. To znaczy: inni zaczynają, bo ja i Niall dosłownie rzucamy się na nasze talerze, co powoduje napad śmiechu u reszty.
- Pasujecie do siebie. - stwierdza rozbawiona Katya. - Niall, to dla ciebie idealna partia dla ciebie. Kocha jedzenie tak samo jak ty.
- Super, ale nie. - odpiera Niall, gdy odrywa się od kebaba.
- Dlaczego?
- Bo ktoś inny jest już w Julii zadurzony. - mówi i znacząco patrzy na Louisa i Harry'ego.
      Mało co się nie udławiłam brokułem. Kurczę, wiedziałam, że coś jest na rzeczy po tym, co się wydarzyło w ich domu... Ale że nadal?
- Ja... tu... jestem... - dukam, wciąż się krztusząc.
       Louis natychmiast spieszy mi z pomocą, ale odpycham go, podnoszę się i biegnę do łazienki. Katya rusza za mną. W milczeniu przemywam twarz, po policzkach płyną słone łzy.
- Julka, okej? To głupia sytuacja, ty w niej jesteś umieszczona... Co zrobisz? - przyjaciółka obejmuje mnie ramieniem.
- Problem w tym, że nie wiem. Mam wrażenie, że to jakiś głupi żart. Myślałam, że tamto, co zdarzyło się w ich domu, to był tylko jakiś durny dowcip. Że tylko sobie zrobili ze mnie jaja. To nie może się dziać naprawdę... - przerzucam się na polski, który Katya zna. Siadam na jakiejś szafce.
- Ale to nie jest żart, Miśka...
- Powiedz, jak byś się czuła, gdyby dwóch członków najpopularniejszego zespołu na świecie by się w tobie kochało?
- No...
- No właśnie. To jak ja mam się czuć? Zrozum, ja lubię ich obu, ale nie chcę nikogo zranić. Nawet nie wiesz, jakie to trudne... - wyrzucam z siebie.
- A właśnie że wiem. Jak było z Michałem i Sebą? Zapomniałaś?
- Racja... Ale co ja mam zrobić?
- A co mówi ci serce?
- Hmm... - wsłuchuję się w siebie. - Że któryś z nich zawiedzie... Że z Louis będzie opiekunem, przewodnikiem, że nauczy mnie tego, co w życiu jest najważniejsze. On może mi podarować swoje serce, swój czas... On będzie mimo wszystko, ale jest jakieś ale... A Harry? Może być kimś naprawdę wyjątkowym, będzie z nim wszystko inne... Że on będzie kimś, kim nie był dla mnie nikt inny. Że spróbuje pokonać przeciwności losu, żeby... Ale jest jakiś haczyk...- wyrywam się z zadumy. - Tak mówi moje serce...

___________________________________________________________________________________
____________________________________________________________
_______________________________

Hej, tak jakoś dodałam jedenastkę. Dwunastka, będzie mikrokrótka, ale też przełomowa. Jak myślicie, który będzie z Julą? xD Tak poza tym, dowiedzieliście się czegoś o mnie w tym fragmencie o wyglądzie. Bo Julka jest bohaterką, którą wzoruję na sobie xD Dobra, nie nudzę już i daję pytania do LA.

Pytanka:
1. Kim chcesz zostać w przyszłości?

2. Co jest twoim głównym natchnieniem do pisania bloga?
3. Komputer vs. telewizja?
4. Ulubiona książka?
5. Słodycze vs. owoce?
6. Ulubiony blog?
7. Ulubiony film?
8. Najlepsze piosenki? (max. 4)
9. Jakie masz hobby?
10. Najdziwniejsze zdarzenie w twoim życiu?
11. Co cię demotywuje w pisaniu bloga?

piątek, 28 grudnia 2012

Rozdział X. + Liebster Award po raz drugi

- Śpiąca królewno! - budzi mnie czyjś wrzask. - Wake up, idiot!!
- Shut up, monkey! - odpowiadam sennie.
- Mama! A Julka nazwała mnie małpa! - wyje dramatycznie.
- A ty ją nazwałaś idiotką! - huczy obcy damski głos. - I jest równowaga!
- Kto tu jest? - pytam zdezorientowana.
- Ciocia Alice przyjechała.
- Kto?? - nie łapię, jaka ciotka?!
- Ta ciotka, którą mnie zawsze straszyłaś. Alicja... No ta... Co się wyprowadziła do Walii...
- Ta ciotka Alicja? - no nie wierzę! Ja ją lubię... Do czasu. Bo to Sherlock w spódnicy. Wszystko wytropi...
       O w cholercię! Jak wytropi chłopaków to kicha! Zaprezentuje wykłady, jakie to szkodliwe są znajomości siedemnastolatki z chłopakami. A co dopiero sławnymi chłopakami! A jeśli pozna Katyę, to też wykłady mam gwarantowane. No bo jak młoda "dama" może przeklinać? Używać wulgaryzmów czasem w co drugim zdaniu? Totalnie źle. Mam nadzieję, że długo nie zabawi u nas.
- Zuza, nadal jest piątek? Bo straciłam rachubę czasu...
- Tak, siostro najdroższa, nadal trwa piątek... - urywa, intensywnie nad czymś myśląc. Ja w tym czasie podnoszę się z podłogi. - Radzę ci sprzątnąć ten syf, bo planuje tu zajrzeć. Pomóc ci?
- Jak najbardziej. - rozglądam się po sporej sypialni. - Wynieś pudła na strych, ja pochowam ciuchy i książki.
       Uwijamy się jak w ukropie. Ścielę łóżko, sprzątam rzeczy, razem upychamy jedzenie do lodówki, aż ledwo się domyka.
- Dobra, chyba gotowe. - mruczę zasapana i znowu się rozglądam po pokoju.
       Biurko jako tako ogarnięte. Z szafek ciuchy się nie wywalają. Rolety zasłaniają widok na dwór, a żółte lampki choinkowe niepoplątane i włączone zwisają z ramy okna balkonowego. Jest dobrze.
- Julciu! Przyjdziesz? - woła ciocia tak śpiewnie, że aż skrzekliwie.
- Chwilkę! - krzyczę i poprawiam warkocza. Spoglądam w kąt między ścianą a łóżkiem i widzę futerał. Waltornia! To ją przegoni, jak zwykle. - Mam pomysł! - mówię siostrze i wychodzę z pokoju.
      Skręcam w prawo i schodzę po schodach do korytarza. Wyglądam przez okno: ciemno jak nie wiem co! Znowu zakręt w prawo i wchodzę do jadalni. Mama krząta się w kuchni, które jest na lewo od wejścia, a tata oglądał telewizję w salonie (drzwi na wprost drzwi do jadalni). Oglądał, bo teraz już chyba śpi.
- Och! Julia! - wyje ciotka - Jak ty pięknie wyglądasz! No bym cię na ulicy nie poznała! No tak wydoroślałaś, spoważniałaś! No, cud-miód! - cholerka, jej skrzek przyprawia mnie o myśli samobójcze.
- Ale twarz drapie. - wtrąca się mama, podchodząc do stołu z kubkami pełnymi kawy. Stawia je na stole i rusza w moją stronę. - Znowu drapałaś!
- Nie.
- To czemu jesteś czerwona na twarzy, co?
- Bo sprzątałam.
- Daj jej spokój. - broni mnie ciotka.
- Dobrze, dobrze...
- No, jak tam, Julciu? - zwraca się do mnie.
      Czy tylko ja zauważyłam, że większość zdań zaczyna od "no"?
- Dobrze, ale bywało lepiej. - mówię, siadając przy stole.
- Nie narzekaj, nie narzekaj - mimo pięćdziesiątki na karku ma głos (efekt operacji plastycznej krtani albo strun głosowych, w każdym razie jakiś dziwny zabieg), który brzmi jak pisk zarzynanego Plastiku (bezmózgiego stworzenia).
       Wstaję i ruszam do kuchni. Nalewam wody do czajnika i stawiam na ogniu, by się zagotowała. Sięgam po kubek z Michaelem Jacksonem (prezent od Jaśka, bardzo trafiony), wsypuję 6 łyżeczek czekoladowego cappuccino ze słoika w misie. Przy okazji przysłuchuję się rozmowie.
- No, Marysiu, córki to ty masz udane. Takie duże, mądre, śliczne... - wychwala ciotka, gdy sypię cukier do kubka. - A jak tam twój Jaś? Ile on już ma lat?
- Jasiek? Został w Polsce, ale jeździ cały czas po Europie. Startuje w wyścigach, ostatnio dostał propozycję startowania w F1, ale to jak skończy osiemnastkę. Czyli dopiero za rok. Ale jak mówią, jest obiecującym, młodym kierowcą. Na jego korzyść załatwiliśmy, żeby mógł wyrobić prawo jazdy wcześniej. Było latania po urzędach, ale chyba warto... - wyciągam mleko z lodówki i wlewam trochę do kubka.
- Kierowca? Żartujesz?! - piszczy oburzona ciotka. Woda się gotuje. - Kogo ty z niego chcesz zrobić? Społecznego durnia?!
- Wiem, jakie ten sport niesie zagrożenia, ale to była tylko i wyłącznie jego decyzja. Dlatego się nie wtrącaj! - mama podnosi głos. Zdejmuję czajnik z ognia.
      Zalewam cappuccino i ruszam na górę.
- To ja idę grać na waltorni! - próbuję je przekrzyczeć. Efekt widać od razu.
- To idź! - pogania mnie mama, wyczuwam nutkę nadziei w jej głosie.
- W takim razie ja idę! Jesteście pomyleni! Cała ta rodzina... Wyrzekam się was! To taki wstyd, tfu! - splunęła z obrzydzeniem, podnosi się i bez pożegnania rusza do wyjścia. Po chwili słyszymy głośny huk zamykanych drzwi, a następnie okropny łoskot w salonie.
- No co tam się dzieje? - jęknęła zrezygnowana mama.
      Zawróciłam ze schodów widząc, że katastrofa zażegnana. Stawiam kubek na stoliku w salonie, wyciągam gazety z koszyka pod oknem i rozwalam się w fotelu.
- Tomek, co się stało? - mama odzywa się do taty.
- Spałem. Ale wy tak hałasowałyśta, że aż huknąłym z łóżka. - odpiera tato swoim językiem, czyli naszą tradycyjną gwarą wiejską, wśród której się wychował. Masuje plecy i lewą rękę.
- Nie z łóżka, tylko z kanapy. - poprawiam.
- Łoj tam, nieważne... Jest coś do jedzenia?
- Jak sobie zrobisz, to będzie. - mruczy mamcia. - Co to ja jestem? Za wszystkich mam sprzątać, prać, obiadki gotować? Też mam prawo do odpoczynku.
- O przepraszam, ja swój pokój dziś posprzątałam. - wtrącam swoje trzy grosze i upijam łyk gorącego napoju. - O kurde! - jęczę, parząc się w język.
- Dzisiaj sprzątnęłaś, a jutro znowu będzie pobojowisko.
- Oj tam, oj tam... - ucinam rozmowę i sięgam po pilota. Przełączam na Live For Music TV, jedyną porządną stację muzyczną, i wsłuchuję się w "The Way You Make Me Feel" Michaela Jacksona. Rodzice, widząc, że nie odzyskają pilota i nie ściszą muzyki, zwiali do kuchni.
     Spoglądam na zegar za moimi plecami. Dochodzi 22. Nagle słyszę "Lullaby" Nickelback. Dziwne, w telewizji grają co innego. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że to mój telefon. Wyciągam komórkę z kieszeni spodni. Albo Katya, albo Jasiek. Jednak na ekraniku wyświetla mi się nieznany numer. Wciskam zieloną słuchawkę i przykładam telefon do ucha, a przedtem wyłączam dźwięk w telewizji.
- Halo? - pytam oryginalnie.
- Jula, co robisz? - słyszę głos próbujący przekrzyczeć muzykę.
- Zależy, kto pyta.
- Zależy, jakie masz plany, Marchewko! - krzyczy Louis. Tylko on mnie tak nazywa.
- Ej, jak to możliwe, że wy macie mój numer, a ja waszych nie? Sorry, mam Zayna.
- Bo wiesz, mamy swoje sposoby...
- Już to gdzieś słyszałam...
- Dobra, ale co dziś robisz? - docieka.
- Planuję iść spać, bo co?
- Bo robimy maraton filmowy.
- Beze mnie. Ja naprawdę idę zaraz kimać. - ziewam.
- No wiesz co?... Dobranoc. - szepnął i się rozłączył.
      Wyłączam telewizor, biorę pusty kubek, który odstawiam po drodze w kuchni i wlokę się po schodach do swojego pokoju. Biorę prysznic i walę w kimono. Spać!!!!!

___________________________________________________________________________________
_______________________________________________
_____________________

      Hej, no więc macie dziesiątkę. Jak oceniacie Jaśka? Nie wiem, czy w ogóle się pojawi w którymś rozdziale, czy tylko będzie o nim mowa, ale nigdy nic nie wiadomo... Dalej... Ciotki już nie będzie, to gwarantuję xD A tak poza tym, to był taki rozdział głośny. Darli się na siebie i darli xD
      A jak tam święta? Chyba nikt rózgi nie dostał?
      A tak w ogóle, po raz drugi mnie nominowano ;D Nikogo nie będę nominować, bo nie wiem, kogo. Jeśli chcecie nominację, to piszcie w komentarzach ;)

1) Jak długo jesteś Directionerką?
Już jakieś 8-9 miesięcy.

2) Dlaczego jesteś Directionerką?
Ponieważ kocham ich muzykę, która nie jest kiczowata, jak to niektórzy twierdzą. Jestem nią, ponieważ podziwiam chłopaków za ich osobowości.

3) Którego z chłopaków cenisz najbardziej?
Wszystkich bez wyjątku. Może trochę wyróżniam Louisa, ale to tylko trochę.

4) Dlaczego właśnie jego? ( za co )
Nie wiem, no... Za marchewki, za poczucie humoru, za wszystko ;)

5) Największe marzenie?
Pojechać do Finlandii. Ale też chcę mieć swoje pokazy mody na najlepszych wybiegach świata ;)

6) Ulubiona piosenka z albumu Take Me Home.
Summer Love ;)

7) Co kojarzy Ci się z zespołem One Direction?
Wielka Brytania, Irlandia, mnóstwo jedzenia, X Factor... Ogółem - wszystko, co możliwe ;)

8) Dlaczego prowadzisz bloga?
W listopadzie zaczęłam pisać w zeszycie opowiadanie. O 1D. Ale chciałam, żeby ktoś to ocenił. Dlatego założyłam tego bloga.

9) Jesteś tolerancyjna?
Nie wiem, na ile, ale staram się być takim człowiekiem.

10) Co jest dla Ciebie w życiu najważniejsze?
Przyjaźń, zgoda, miłość i marzenia. I nadzieja.

11) Cytat/słowa które prowadzą Cię przez życie/Twoje ulubione?
Hmm... "Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, bo mogę za tobą nie nadążyć. Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem" - Albert Camus

Moje pytania będą jutro, albo w nocy xD

czwartek, 27 grudnia 2012

Liebster Award

    Cześć, miło mi oznajmić, że zostałam nominowana do Liebster Award przez Unbroken Girl. Dzięki wielkie, jest mi bardzo miło ;D

Odpowiedzi na pytania:
1.Jak to się stało że stałaś się directionerką?
Kiedyś znalazłam na YouTube teledysk do WMYB, a potem do One Thing. Były artykuły w gazetach, plakaty, ale olewałam zespół, bo po co. Ale potem trafiłam na filmiki z X Factora i na filmiki z serii "The Best Moments 1D". To mnie zaciekawiło, zaczęłam szukać ich piosenek, informacji o nich, i mimo, że na początku nie umiałam wymówić imienia Nialla i myliłam Harry'ego z Liamem, to teraz jestem Directionerką już jakieś 8-9 miesięcy.


2.Za co lubisz naszych chłopców?

Hmm... Za ich twórczość, piosenki, Twitcamy Liama, głodomorstwo Nialla, żarty Louisa, Loczki Harry'ego, dbanie o siebie Zayna... No i przede wszystkim za to, że poszli do X Factora i teraz są i tworzą genialny zespół xD


3. Jakie jest twoje hobby?

Rysowanie, projektowanie, pisanie, czytanie, granie na waltorni, słuchanie muzyki, szukanie informacji i fotek z 1D. No i marzenie o spotkaniu chłopców xD

4. Ulubiona piosenka 1D?
Hmm... Lubię wszystkie, ale tak najbardziej to More Than This, Summer Love i Change My Mind.

5. Który album bardziej ci się podoba: Up all night czy Take me home?
To znaczy tak: oba mi się podobają. Pierwszy album ma coś takiego... Nie wiem, trochę amatorskiego, bo to były ich początki. Ale drugi jest bardziej dojrzalszy... Nie, nie... Ja kocham oba!

6. Który chłopak z 1D wyglądem i charakterem jest ci najbardziej bliski?
Charakterem to chyba Liam. Spokojny, często poważny, ale trochę też ciamajdowaty, jak siebie kiedyś określił. A wyglądem?? Chyba żaden.

7. Którego chłopaka z One Direction lubisz najbardziej?
To oczywiste, że Louisa! <3 Co dziwne, od początku zawsze był Harry. Ale zmieniło się to podczas pisania któregoś z nieopublikowanych rozdziałów xD

8. Opisz siebie w max 5 słowach.
Cicha, spokojna, marzycielka, Directionerka, zakręcona...

9. Ile masz lat?
Za tydzień w piątek stuknie 14 xD

10. Co zainspirowało cię do stworzenia bloga?
Jakieś fragmenty, które pisałam pod wpływem emocji. Pisałam i pisałam, na lekcjach, w wolnym czasie, gadali mi, żebym książkę napisała, aż stwierdziłam, że zrobię bloga z opowiadaniem. Bałam się, że dociągnę tylko do trzeciego rozdziału, ale nie! Przed końcem roku może ukaże się dziesiątka ;)


A teraz moje nominacje:
http://causeicanloveyoumorethanthisyeach.blogspot.com/
http://ill-change-my-mind.blogspot.com/
http://direction-of-love.blogspot.com/

I pytania:
1. Który z chłopców z 1D jest twoim ulubieńcem?
2. Co sprawia, że masz chęci do pisania kolejnych notek na blogu?
3. Dlaczego 1D? Dlaczego nie np. The Wanted, Big Time Rush?
4. Jakie wydarzenie zmieniło twoje życie? (Nie chodzi konkretnie o 1D)
5. Gdzie chciałabyś pojechać w przyszłości?
6. Opowiedz o sobie...
7. Co robisz w wolnym czasie?
8. Gdybyś miała taką możliwość, o co byś zapytała chłopców? xD
9. Dlaczego założyłaś bloga? Co było takim natchnieniem do zrobienia tego?
10. Jakie jest twoje największe marzenie?

niedziela, 23 grudnia 2012

IX

     No więc cześć, dodaję dziewiątkę i od razu mówię: nie mam weny! Doczłapałam się do dwudziestki dwójki i kaplica! Podrzucajcie pomysły, jakiekolwiek, ważne, żeby były, można razem z tymi pomysłami nadejdzie i natchnienie ;D
     Wątpię, że dorzucę dziesiątkę jutro, więc życzę już wesołych świąt, dużo prezentów pod choinkę i filetów z mintaja zamiast karpia na stole xD
      A teraz zachęcam do czytania ;DDD

~*~

- Na pewno nie chcesz, żebyśmy cię zabrali? - upewniał się przez telefon Zayn.
- Oj, daj spokój! Jeszcze umiem poruszać się sama po mieście, nawet jeśli szkoła jest na drugim końcu miasta. - odpieram.
- No właśnie chociażby dlatego! - słyszę Louisa.
- A jeśli nie chcę? - pytam, choć znam już odpowiedź.
- To zabierzemy cię siłą! - krzyczy Niall. - Bądź gotowa za pół godziny. - i się rozłączyli.
        A nie ma tak dobrze! Ubrałam się (pomarańczowa tunika, zielone rurki, czarne adidasy), uczesałam się (gruby warkocz), zjadłam kanapki z marmoladą, wzięłam torbę i wyszłam z domu, zamykając go na cztery spusty.
              Idąc na przystanek zastanawiam się nad tym, co właśnie zrobiłam. Pewnie będą zdziwieni, ale ja nie chcę się im naprzykrzać. Jakby nie mieli własnych problemów! Nie chcę być dla nich obciążeniem.
- Myślałaś, że ci się uda, Marchewo?! - z zamyślenia wyrywa mnie czyjś wrzask.
Odwracam się i widzę wychylającego się przez okno busa Louisa.
- Ale... Jak? - pytam.
- Wiedzieliśmy, że nie będziesz czekać. - mówi Liam, gdy zatrzymali już auto. - I że będziesz działać po swojemu.
- Ech... - wzdycham zrezygnowana.
- Wsiadaj! Szybko! - krzyczy spanikowany Niall, chowając drożdżówkę. - Dziennikarze lecą, a nie chcę, żeby mi gwizdnęli żarcie! - jest autentycznie wystraszony, dlatego wsiadam mimo wszystko i zajmuję miejsce pasażera koło Louisa, który robi za szofera.
- Zadowoleni? - mruczę.
- Jak nigdy w życiu - szepcze mi do ucha Louis, odpalając auto. - Zwłaszcza, jeśli dziewczyna wygląda jak marchewka. - mówi, wskazując na moje ubranie.
- Jeśli się nie zamkniesz, to zaraz będziesz miał marchewkowy nos. - odpowiadam.
- Oj tam. - mruczy. - Gdzie twoja kumpela mieszka? Ją też zabierzemy. - mówi, już wesołym tonem. - Bo wiesz, Zayn znów wolny, a i ona wolna... Poza tym ciągną do siebie jak lep do muchy.
       Tak więc podjechaliśmy pod jej internat w chwili, gdy wychodziła na ulicę.
- Katiusza! - wołam, uchylając szybę. - Wsiadaj!
Dziewczyna podchodzi do auta zdziwiona. W tym czasie Liam otwiera tylne drzwi.
- Nie wsiadam! Chyba, że Malik się przebierze. - sprzeciwia się.
      Faktycznie. Katya ma na sobie biały top, granatową bejsbolówkę, czarną spódniczkę i białe trampki. A Zayn? Biała koszulka, granatowa bejsbolówka, czarne spodnie i białe trampki.
- Hahahahahaha! - śmiejemy się.
- Ale to tylko dowodzi, że do siebie pasujecie. - parska Harry.
- Hahaha - ironizuje Katya, ale wsiada. Siada koło Zayna. Jednak to tylko z winy zamiany miejsc chłopaków. Jest to jedyne wolne miejsce.
- Musimy ich swatnąć! - szepcze mi do ucha Loczkowaty, pochylając się do przodu.
- Zacny suchar, Haroldzie. - mruczy Zayn.
    Na żartach minęła nam droga do szkoły. Lekcje też...

*po południu*

       Po lekcjach pojechałam do domu, ale już sama. Chciałam porozkoszować się ciszą, spokojem przed powrotem familiady.
       Stęskniłam się przez ten rok za moją Dziurą, w której chyba nigdy nic się nie działo. Za ludźmi ze szkoły, którzy rzadko kiedy okazywali, że mnie zauważają. Którzy nigdy nie wierzyli we mnie i moje marzenia... Nie wierzyli, że w ogóle się przeprowadzę za granicę, a tym bardziej, że poznam kogoś sławnego. Tym kimś mieli być chłopcy z 1D. Wierzyli tylko w to, że jestem grubą kujonką. Jak wszyscy, zresztą...
       Ech... Zebrało mi się na wspomnienia. I po co? Tylko rozdrapuję stare rany...
- Jesteś tu? - dobiegł mnie damski głos, który należy do mojej mamy, na parterze. - Zuza, idź sprawdź, czy jest Julka. A my przyniesiemy bagaże.
       Usłyszałam lekkie, taneczne kroki na schodach, a potem na korytarzu. Kierowały się w stronę drzwi do mojego pokoju. Po chwili w progu stanęła dwunastoletnia długowłosa blondynka z niebieskimi oczami. Włosy miała splecione w gruby warkocz (kopiara!!!), a pojedyncze kosmyki złocistych włosów opadały na uśmiechniętą pyzatą twarzyczkę.
- Ej no... To ja szukałam swoich ciuchów, a się okazuje, że to ty mi je buchnęłaś... - mruknęłam z dezaprobatą.
- Jest!! - wrzasnęła na cały dom. - Cała w skowronkach, czyli tak jak zwykle!!
- Co tam w Polsce? - zmieniłam temat.
- Nic nowego... Poza tym, że w końcu nam chodnik zrobili...
- Żartujesz? - palnęłam. Przez 10 lat nie chcieli nam zrobić chodnika, a teraz nagle im się odmieniło??
- Też nie mogłam w to uwierzyć. - uśmiechnęła się. - A Inka dostała się na Oxford. Ale nie pojedzie, bo matka się o nią boi, jak jej mała królewna sobie poradzi w obcym miejscu...
- Zawsze obie były dziwne... Ale Inka... Wiadomo, kujon, to się dostała. Mi tam nie zależy.
- Aj tam... Babcia paczkę z żarciem dla ciebie dała. No mówię ci, takie delicje! - jęknęła z zachwytem. - Ale nic nie jadłam. Po prostu widziałam, jak pakowała... Ogólnie to dużo paczek do ciebie.
- A jakie?
- Hmm... Od obu babci, od Milki, z jakimiś książkami... I chyba coś za jakieś konkursy... A, i ze szkoły, jakaś wyprawka, czy coś...
- Spoko. - mruknęłam zajęta wsłuchiwaniem się w muzykę dobiegającą z moich słuchawek. "Do kołyski" Dżemu.
- Wiesz co? Ty tu masz niezły chlew... - zbladła wystraszona. - To co u mnie?! - szepnęła głucho i zwiała do siebie.
    Faktycznie, u mnie niezły sajgon, ale resztę wysprzątałam perfekcyjnie.
- Julia, chodź na dół! - zawołała mama.
- Już! Idę!
- Jak ci minął tydzień bez nas? - zapytała, gdy tylko weszłam do kuchni.
- Normalnie, bez wyskoków. A jak u was?
- A wiesz... W Polsce to tak jakoś inaczej niż tutaj...
- Może też... A, są paczki dla ciebie.
- Tak, Zuza coś mówiła. To gdzie są?
- Chyba w garażu. Albo w składziku, nie wiem.
- Mhm... - mruknęłam i poszłam do garażu. Stały tam paczki dla mnie.
     Cóż, było ich całkiem sporo. Przetransportowałam je pojedynczo do swojego pokoju, włączyłam wieżę (czyje piosenki leciały? Oczywiście, że różne) i zabrałam się za rozpakowywanie.
      W paczce od babci (mamy mojej mamy) faktycznie było full jedzenia. Jakieś ciastka, ciasta, jabłka (aaaaach! Kocham!), dżemy i inne przetwory. No i jakieś ciuchy.
      W paczce od babci (mamy mojego taty) były: brązowy sweter "leningradzki", kanarkowy szalik, fioletowe skarpetkowe łapcie i kwieciste oraz gładkie chusty.
       Paczka od Milki (mojej kuzynki) zawierała moje książki, ciuchy i inne takie rzeczy, których nie zabrałam podczas przeprowadzki.
       Konkursowe były ciekawe. W pierwszej, za konkurs o 1D (a jakże!), była płyta z ich trasy z autografami, kuferek z gadżetami (bransoletki, długopisy, piórnik, zeszyty) i słodycze. W następnej książki płyty z muzyką klubową. Płyty dam Katii, ucieszy się. A w ostatniej (to chyba za konkurs o modzie i takich duperelach) znalazłam puste pudełka po ciastkach, ale też dżinsową kurtkę z futerkiem i sweter w kolorze mięty.
      Szkolna paczka zawierała po prostu list w którym słodzą, jaka to ja wspaniała jestem, jaka to szkoda, że się przeprowadzam... Żenada! A, i jeszcze były czekoladki i misiek.
      Fajnie, jak nigdy nic nie wygrywałam, żadnej paczki nie dostawałam, to teraz mam tego od groma... W pewnym momencie urwał i zasnęłam w tym bałaganie z głową w jakimś pudle.

sobota, 15 grudnia 2012

VIII

- Baszka miała fajni biusyt! Biaska miyala fajny bust! A Monique cosz I like it! - darł się w kuchni z uwielbieniem Niall, próbując poprawnie zaśpiewać po polsku kawałek Wilków "Baśkę".
- Jeszcze raz! Nie Baszka, tylko Baśka. No, ewentualnie Basia, Zrozum to! poprawia go Katya.
- A ja wolę mą Marchewkę! - to z kolei dość głośno nuci Louis przy moim uchu.
      Eee?! Spoglądam na niego, a on na mnie i obejmuje mnie ramieniem.
- No i jak, Marchewko? - uśmiecha się. - Wygodnie się spało? To idę pocieszać Loczka. Zazdrosny był o mnie. - mówi spokojnie, ale jakby z nutką smutku.
- Ej, okej? Czemu jesteś smutny? - pytam wprost.
- Co? Eee, wydaje ci się.
- Właśnie widzę... - szepczę i na pocieszenie daję mu buziaka w policzek.
- No i bądź tu smutny z taką dziewczyną u boku. - wzdycha rozpromieniony.
- Dobra, dobra. Idź już! - mówię i pomagam mu wstać.
- Julka, mamy problem! - mówi przerażony Niall z jadalni, gdy Louis idzie w stronę łazienki. - Nie ma nic do jedzenia!
- A w mojej lodówce to już nic nie ma?
- Zjadłem wszystko - przyznaje - na spółkę z Zaynem. - mówi oskarżycielskim tonem i pokazuje na śpiącego na stoliku chłopaka.
- No to idź na zakupy. - sugeruję.
- Żeby mnie zdziczałe fanki pobiły?! Ty chyba sobie żartujesz... - jęczy ze strachem.
- Jak się nie ogarniesz, to ci fanka Julia zaraz przykanapkuje w zęby. - uśmiecham się łobuzersko szykując pięść.
- Oj tam, oj tam... - mruczy obrażony i idzie do drzwi wyjściowych.
            Ja idę na górę. Wchodzę do swojego pokoju i widzę Harry'ego leżącego na moim łóżku, czytającego moje zeszyty o 1D. Przez dwa lata powstało ich osiem.
- I co? Ciekawe to? - pytam.
        Chłopak wzdraga się i odwraca głowę.
- Och, cześć... Ja... Tak sobie... - duka zmieszany.- Dobra, zajrzałem do twojej szafy i je znalazłem. Tyle, że większości nie rozumiem...
- Bo są po polsku - uśmiecham się.
- A przetłumaczysz mi to? - podsuwa pierwszy zeszyt, otwarty na początkowej stronie. Siadam koło niego na łóżku i czytam.
- Dobra... Mam na imię Julia, lat 15. Będę tu pisać i wklejać notki i fotki One Direction, których uwielbiam ponad życie, teraz już nie... - tu przerywa mi śmiech Harry'ego. Mimo to kontynuuję niezrażona. - Najładniejszy uśmiech ma Harry. Najładniejsze włosy - Louis. Najładniejsze głosy - Harry i Louis. Najzabawniejszy jest Louis. Najczęściej myślę i gadam o...
- Louisie! - wcina się Loczek.
- O całym zespole! - poprawiam go.
- Naprawdę? - dziwi się.
- Mhm... - potwierdzam. - Gdybym mogła, umówiłabym się z Harry'm lub Louisem, ewentualnie z Liamem. Gdybym mogła, ukradłabym Zaynowi jego bejsbolówki i lusterko, Harry'emu marynarki i loczki i głos, Niallowi żarcie, Louisowi marchewki i poczucie humoru, a Liamowi włosy i koszule. A, i ich serducha... - teraz już śmiejemy się na całego, aż zlatuje się reszta, poza Niallem, który chyba wciąż jest na zakupach.
- Z czego się śmiejecie? - spytał z głupią miną Louis.
- Z tego. - zachichotał Harry, wskazując na zeszyty i przy okazji mnie obejmując.
- Co to? - dociekał Zayn.
- Notesy z notatkami, informacjami i zdjęciami One Direction. - mruknęłam wesoło.
- Dziewczyno, ty weź się w końcu określ! Albo Styles'a nie lubisz, albo się z nim obściskujesz! - wrzasnęła Katya, przeciskając się między chłopakami, by zrobić sobie miejsce. - Ty się ciesz, że twoi starsi są w Polsce, razem z Zuzą. Ciekawe, co by powiedzieli na wieść o tym, że ich przykładna starsza córka zaprosiła na noc piątkę chłopaków... - poruszyła brwiami w jednoznaczny sposób.
- Siedź cicho. - mruknęłam.
Było mi dziwnie wesoło. Jakbym wciągnęła proszek do prania albo pokruszone tic-taki. Chyba polubiłam Harry'ego. Dziwne, jeszcze tydzień temu bym wyśmiała tego, kto by mi to powiedział.
- Oooch! Chłopaki, idziemy! Oni muszą sobie chyba coś wyjaśnić... - szepnęła teatralnie i zaczęła ich wypychać z pokoju. - No to baj! Tylko wiecie: przyzwoicie ma być! - powiedziała w progu i zamknęła drzwi.
- Powiedz no: mam być zazdrosny o Louisa? - pyta Harry po chwili, patrząc mi przy tym w oczy.
- Zależy o co pytasz. - odpieram, głaszcząc go po głowie. Jego loczki są takie sweet.
- No, o twój wpis w tym zeszycie... I o to, że Lou nazywa cię Marchewką... Bo wiesz, jest niewiele osób, które tak nazywa. - mruczy.
- Hmm... Chyba nie musisz... No, chyba, że znowu podstawisz mi nogę. Albo mnie obrazisz. Albo się rozmyślę. Wtedy nawet nie będziesz mógł być zazdrosny... - szepczę, muskając dłonią jego policzek. - A teraz się uśmiechnij.
- Czemu?
- Bo po pierwsze: nie chcę, żebyś się smucił. A po drugie: chcę się upewnić, że twoje dołeczki w policzkach są prawdziwe... - uśmiecha się, więc przejeżdżam palcami po dołeczkach. - Awww... Zawsze chciałam ich dotknąć...
- Hahah... - roześmiał się i złapał mnie za rękę. - Wiesz co? Ja za to chciałem cię bliżej poznać...
- To dlaczego podstawiałeś mi nogę, przepychałeś, no i tak w ogóle?
- Bo bałem się zagadać i... - urywa - Nieważne.
- Okej...
- Dlaczego się przeprowadziłaś?
- Bo tego chcieli rodzice. Którzy praktycznie nie znają angielskiego. Znają co najwyżej rosyjski z czasów szkoły. Zou zna tak trochę.I po roku sporo się douczyli. Jasiek to porażka, ale on nie siedzi w Anglii. Niewiele młodszy, startuje w wyścigach. Podobno dostał propozycję jeżdżenia w przyszłym sezonie w F1. To było jego marzenie prawie od zawsze... No więc przyjechaliśmy, bo była taka sytuacja... No i jesteśmy tutaj, w Londynie.
- No i dobrze. - mruczy zadowolony.
- Hmm?
- Jakbyś się tu nie przeprowadziła, to byśmy cię nie znali. I nie byłoby dla kogo wspinać się na balkon.
- A to ja jestem kimś ważnym?
- Tak. Dla nas wszystkich. - wyszeptał, ściskając moją dłoń.
- Wiesz co?
- Co?
- Spróbuj czasem siedzieć cicho...

___________________________________________________________________________________
___________________________________________________
________________________

Ktoś poza Katyą to czyta? xD Tak ogółem, to oto zakończył się rozdział ósmy. Jeszcze wiele przed nami; ja jeszcze mam sporo weny, nie zawsze zajebistej, a wy będziecie mieli jeszcze na pewno 12 rozdziałów na przyszłość ;)
Tak więc oceniajcie, ale więcej niż "fajne, ciekawe", bo nie wiem, jak naprawdę jest. Powiedzcie, co jest źle, co do poprawy, ja się nie obrażę xD

piątek, 14 grudnia 2012

VII

Jest siódemka! Jak wam się podoba? Mi tak średnio, ale autor zawsze tak ma. Ogólnie ta wersja pochodzi sprzed trzech tygodni, teraz jestem daleko do przodu i... Ogólnie dzieje się! Nawet dużo xD Dobra, oceniajcie, komentujcie, powyżej dwóch komentarzy dodaję następny rozdział, jeśli tylko będę miała czas :D
__________________________________________________________________________________
____________________________________________
______________________


- Jula? Wiem, że tam jesteś, otwórz te cholerne drzwi! - Katya nie dawała za wygraną. Już od czterech dni przychodziła do mojego domu z nadzieją, że w końcu wyjdę. Na jej nieszczęście w pokoju mam lodówkę, poza tym mam obok pokoju własną łazienkę. A jak wracała do siebie, to miałam pusty dom i też okej.
- Nie wyjdę! Zrozum, ja nie wiem, co mam myśleć, komu ufać! Bo gwiazdki ze mnie żartują! - krzyknęłam i wetknęłam w uszy słuchawki. Podłączyłam je do telefonu i tradycyjnie kliknęłam "losowe wybieranie".

One Direction - I would

"Lately I found myself thinking
Been dreaming about you a lot
And up in my head I’m your boyfriend
But that’s one thing you’ve already got

He drives to school every morning
While I walk alone in the rain
He’d kill me without any warning
If he took a look in my brain

Would he say he’s in L-O-V-E?
Well if it was me I would
Would he hold you when you’re feeling low
Baby you should know that I would

Would he say he’s in L-O-V-E?
Well if it was me I would
Would he hold you when you’re feeling low
Baby you should know that I would

Back in my head we were kissing
I thought things were going alright
With a sign on my back saying ‘kick me’
Reality ruined my life

Feels like I’m constantly playing
A game that I’m destined to lose
Cause I can’t compete with your boyfriend
He’s got 27 tattoos

Would he say he’s in L-O-V-E?
Well if it was me I would
Would he hold you when you’re feeling low
Baby you should know that I would

Would he say he’s in L-O-V-E?
Well if it was me I would
Would he hold you when you’re feeling low
 Baby you should know that I would

Would he please you?
Would he kiss you?
Would he treat you like I would?
Would he touch you?
Would he need you?
Would he love you like I would?

Would he say he’s in L-O-V-E?
Well if it was me I would
Would he hold you when you’re feeling low
Baby you should know that I would

Would he please you?
Would he kiss you?
Would he treat you like I would?
Would he touch you?
Would he need you?
Would he love you like I would?

Would he say he’s in L-O-V-E?
Well if it was me I would, I would
Would he hold you when you’re feeling low
Baby you should know that I would

I would, I would yeah."*

    Po policzkach popłynęły łzy (kurczę, płaczliwa się robię na stare lata). Siedziałam tyłem do drzwi balkonowych. Nagle na ścianą przede mną padł cień i usłyszałam czyjeś wrzaski na dworze.
- Co jest grane? - wyciągnęłam słuchawki z uszu i obróciłam głowę.
- Otworzysz, Marchewko? Zimno tu trochę. - zawołał Louis. Co on, kurde, robił na moim balkonie?!
- Nie ma mowy!!
- Ej, pogadajmy! - krzyknął Harry, wyłaniając się zza ściany. Zaraz za nim pokazał się Liam.
- Musimy coś wyjaśnić!
- Jula! Otwieraj te pieprzone drzwi!! - wydarła się Katya, aż się wzdrygnęłam. - Dobra! Sama tego chciałaś! Zayn, otworzysz?
     Po chwili usłyszałam chrobot w zamku i drzwi otworzyły się z hukiem. Katya weszła i otworzyła drzwi balkonowe, wpuszczając chłopaków do środka. Została jeszcze chwilę, wyraźnie czegoś szukając.
- Dziwne... - mruknęła, wchodząc z powrotem do środka. - A gdzie Niall?
- Miał być z wami. - odparł zdziwiony Liam.
- NIALL! - wrzasnęła Ukrainka. - Zamykaj lodówkę i przypierdalaj tutaj!!
     Widząc co się święci, znowu wcisnęłam słuchawki w uszy i włączyłam muzykę na full, po czym usiadłam na łóżku i zamknęłam oczy.
- Jula! - powiedział głośno Liam. I nic.
- Louis, weź zareaguj. - mruknęła Katya. - Może to coś da.
- Zaraz, muszę to obejrzeć. Ciekawe... - Chłopak był zainteresowany. Chyba nie... - Jula, co tu jest? O rany!
- Co?! - wszyscy chcieli to zobaczyć.
      Kurde! Znaleźli zeszyty, pamiętniki?
- O nie! - jęknęłam, otwierając oczy. O dziwo, ślęczeli przy lodówce.
- Nie wiedziałem, że też lubisz marchewki. - wyszczerzył się Louis, gdy wyjęłam słuchawki.
- Ty wielu rzeczy o niej nie wiesz - zaśmiała się Katya, ruszając znacząco brwiami.
- Ty mów za siebie. - mruknęłam. - Jak tam twoi diamentowi?
- Normalnie... Ty mówisz!
- No raczej.
- To powiesz, co się stało? - dociekała dziewczyna.
- Możliwe, ale jak oni wyjdą. - wskazałam ręką na chłopców.
- Słyszycie? Poszli stąd! Już. - zaczęła ich wyganiać.
- Oj tam. - jęknął Louis. - Ale marchewki to ja zabieram!
- No i? - spytała, gdy udało jej się wygonić ostatniego Directionera.
- Co?
- Co: co? Czemu siedziałaś tyle w pokoju?
- Już ci to mówiłam.
- Okej. A co się stało w sobotę?
- Spotkałam się z Zaynem w kawiarni, pogadaliśmy, a potem pojechaliśmy do ich domu.
- Robi się gorąco... - zagwizdała z podziwem.
- Weź się... No i tam powitała mnie reszta. Harry z Louisem złapali mnie za ręce i nogi i wywalili na kanapę... - przerwałam, żeby napić się coli wyjętej w międzyczasie z lodówki.
- No i? - denerwowała się przyjaciółka.
- No i zaczęła się bitwa na łaskotki. Niall podstawił nogę Harry'emu, ten upadł na mnie, no a dalej się domyśl...
- Buzi-fuzi? - zasugerowała.
- No... W szyję... I wtedy większość się zmyła. Został Louis. Dowiedziałam się od nich paru interesujących rzeczy. Tak bardzo interesujących, że się wściekłam i... zwiałam. Koniec. A potem się tu zamknęłam. - zakończyłam.
- No nieźle, kobito. Nieźle, nieźle. - po jej twarzy przemknął smajlik. - A jakich rzeczy to się dowiedziałaś?
- Że Zayn ma do ciebie romansa...
- Że co, kurwa?! Przecież on kopiuje mój styl! No, może trochę to zmienia, bo spódniczki to on nie założy. - dziewczyna była autentycznie przerażona.
- No i co, chłopie? Nici z miłości... - usłyszałyśmy śmiech Louisa.
- Jeszcze zobaczymy... - odparł mulat.
- WON spod drzwi! - wrzasnęłam, dławiąc się ze śmiechu.
- A ta druga rzecz? - spytała Katya.
- No... - odczekałam, aż odgłosy na schodach ucichną. - Jest tak, że ponoć wpadłam Styles'owi w oko. I Tomlinsonowi też... - szepnęłam, równocześnie się czerwieniąc. - To wszystko.
- Szczerze? Wiedziałam, że z którymś będziesz... - mruknęła, otwierając drzwi.
- Tyle, że ja nie wiem, co czuję...
    Zeszłyśmy do salonu. Jest dziewiętnasta. Włączyliśmy komedię z Jimem Carrey'em. Chłopcy cały czas się przepychali i kłócili.
      Zmęczona usnęłam oparta o ramię Louisa...

___________________________________________________________________________________
________________________________

* 1D - I would

niedziela, 9 grudnia 2012

Rozdział VI

     Zajechaliśmy pod ich dom, a ja wciąż nie znałam odpowiedzi.
- Powiecie mi wreszcie? Czy mam innych ciągnąć za ozory?
- Pogadamy, ale jeśli wejdziesz do środka. - powiedział po chwili namysłu Harry.
     Jeszcze tylko tego brakowało. Żebym musiała gadać z Loczkiem? Chyba śni. Uch... Aż mi niedobrze.
- Bo co?
- Julka, proszę... - jęknął Zayn.
- Ech... Już idę. - mruknęłam.

    Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego: wszędzie walały się opakowania po chipsach, ciastkach, butelki po napojach i poduszki.
- To wasz dom? Wow.
- Wiem, pewnie się spodziewałaś jakiegoś luksusu, co...
- Nie. Nie spodziewałam się takiego bałaganu. - przerywam Harry'emu.
- No tak, robota Nialla i Zayna przekracza wszelkie granice - mówi ze śmiechem Louis, wychylając się z kuchni w fartuszku Perfekcyjnej Pani Domu.
- Dokładnie.
    Nagle zostaję otoczona przez całą piątkę (Niall i Liam musieli gdzieś czatować). Przewrócili mnie, po czym Harry złapał mnie za ręce, Louis za nogi i huśtając mną przeszli do salonu. Rozbujali mnie i rzucili na kanapę. A potem zaczęli mnie łaskotać.
- Stop!.. ! Stop! - krzyczę, dusząc się za śmiechu.
- Nie ma tak dobrze, bejbe! - odpowiada Niall i popycha Harry'ego. Ten upada na mnie tak, że całuje moją szyję.
- Nie... - jęczy Louis.
- To my idziemy! - krzyczy wesoło Liam. - Chodź, stary. - mruczy do chłopaka.
- Nie... - powtarza Lou. Ja odpycham Loczkowatego i siadam na kanapie.
- Chodź i nie truj. Niall ci zaraz marchewki wtrąbi! - mruczy Zayn.
- CO? Tylko nie moje marchewki! - drze się, i już ma lecieć za blondynem, gdy zatrzymuje się w pół kroku. - Ej, moja marchewka jest tutaj. - mówi do Liama ledwie dosłyszalnie.
- Gdzie? - chłopak szepcze mu coś do ucha. - To jak ci zależy, to siedź. - mruczy po chwili. Louis znowu coś szepcze. - Louis... Ty naprawdę jesteś tępy. - teraz sam pochyla się Tomlinsonowi nad uchem.
- Uch... Dobra... - mówi zrezygnowany i siada koło mnie. Liam idzie na górę.
- Dobra... Czego chcecie?
- Pokoju, porozumienia i miłości. - mówi całkiem poważnie Harry, siadając po turecku.
- A tak naprawdę? - dociekam.
- A tak naprawdę, to jest naprawdę.
- Nie rozumiem.
- No bo... Kurczę, nie powiem tego. - jęczy Louis.
- Ja też nie... - wtóruje mu Loczek.
- Jedno jest pewne, Zayn buchnął się w Katyi... O kurczę, on nas zabije...
- A co to wspólnego ze mną, co? - pytam, wstając z kanapy.
- Julka... - Louis też się podnosi i szepcze - Nie tylko Zayn się buchnął. Ja i Hazza też...
- Dobra, przekażę jej, że ma wielu adoratorów. - o co im, kurde, chodzi?
- Dziewczyno... Nie rozumiesz? - dziwi się Loczek.
- Nie. I mam dość waszych zagadek! - ruszam w stronę wyjścia, jednak Harry łapie mnie za rękę.
- Musisz zrozumieć... - podchodzi bliżej, tak, że jego nos dotyka mojego czoła. - Ja... Jestem w tobie zakochany...
- Nie... To kłamstwo... - odpycham go i naprawdę idę w stronę wyjścia. Już mam zamknąć za sobą drzwi, gdy pojawia się Louis.
- Ja... Też jestem zakochany... - szepcze. - Kurde, jesteś moją Marchewką, a mało kogo tak nazywam. To nie moja wina, że musisz wybierać. Wybierz  właściwie. Ale wiedz, że ja też coś do ciebie czuję.
- Louis... Dajcie mi spokój! - krzyczę, oddalając się.się w mroku. - Tak być nie może! To nie jest prawda! Wy tylko sobie żartujecie! Ja to wiem, i mnie nie oszukacie!

__________________________________________________________________________________
________________________________________________
__________________

Jest szóstka. Jak myślicie, jak to się rozkręci? Wiem że krótkie, ale i tak zmieniłam akcję w tej części. Siódemka może w tygodniu, albo najprawdopodobniej w weekend, bo jeszcze na kompa trzeba przepisać xD

Co do bloga Katiii, jednakże będzie to opowiadanie osobne, ale z podobną akcją i bohaterami, ponieważ... My to my! Papużki!

Dobra, zostawcie po sobie ślad i do następnego!

piątek, 7 grudnia 2012

Rozdział V

  I jest! Pierwszy długi rozdział, na który pewnie wielu czekało (a przynajmniej Katya) ;)  A tak na marginesie, oto bloga z opowiadaniem z punktu widzenia Katii :)
_______________________________________________________________________________

 Obudziłam się wcześnie, jak na mnie, to za wcześnie. Założyłam fioletową sukienkę i czarne balerinki, a następnie wyszłam na miasto, żeby zrobić zakupy, bo w lodówce nic nie ma. Po drodze wykręciłam numer do Katii.
- Halo? - odezwała się zaspanym głosem po drugiej stronie.
- Hej! - zawołałam. - Co powiesz na spotkanie?
- Kobito, proszę cię! - jęknęła - Ty wiesz, która jest godzina?
- Nie.
- Ósma rano! - krzyknęła zbolałym tonem. - Ja o tej porze w weekendy siedzę w domu.
- Ej no, nie bądź taka... - posmutniałam, ale zaraz mnie oświeciło. - Ty masz kaca, co?
- Kurde, nie tak głośno! - Katya cierpiała. Na kaca.
- Hah! Miałam rację! - zaśmiałam się - Za godzinę u ciebie?
- Może być.
- Tylko nie pij wody, to pogarsza sprawę.
- Dobra, już, dobra. Cześć. - i się rozłączyła. Fanatyczka ruskiego szampana i jaboli! No, ale u nich w Rosji to wszystko jest możliwe.
    Poleciałam do Lidla, którego chyba importowali z Polski. Tylko tu mogłam spotkać tych, co trzeba. O każdej porze dnia i nocy. A przy okazji zrobię zakupy.
     Właśnie sięgałam po mrożoną kawę, gdy ktoś mi przyj... Pardon, przywalił, w plecy.
- O co kaman? - zapytałam, odwracając się i masując plecy.
- No cześć! - i znowu ten banan Seby.
- Czym zasłużyłam na uderzenie?
- Niczym - mruknął - po prostu roznosi mnie energia.
- Ne to, co Katyę. - westchnęłam.
- A co z nią? - czy mi się zdawało, czy Solniczka się wystraszył?
- Kaca ma. Idziesz ze mną do niej?
- Uff... Pewnie, tylko zbiorę ekipę.
- Dobra, to za kwadrans na parkingu.
      Gdy wyszłam, już czekali: Seba, Smalczyk, Alek, Łosiek (taki jakiś nieświeży - pewnie też kac) i Cris.
- Co kupiłaś? - zapytał Michał (czyli Smalczyk, jakby co).
- Coś na kaca. Idziemy?
- Tsa... - mruknął Alek.
      Pod drzwiami mieszkania Katyi byliśmy chwilę po dziesiątej. Cris zapukał, jak na dżentelmena przystało, ale już chwilę później przeklinał soczyście pod nosem, czekając, aż dziewczyna otworzy. Cóż, nikt nie jest idealny.
- Julija, co ty, kuźwa, zrobiłaś?! - drze się od progu Rosjanka.
- Ale że co? - pytam z niewinną miną. - Miałam przyjść, to przyszłam. A że po drodze spotkałam twoich Gangsta Devasta? Nie musisz dziękować...
- No wiesz co? - zapowietrzyła się. - Właźcie.
      Nie wiem kiedy, ale zrobiła się piętnasta. Na telefon, który z uporem maniaka olewałam, co jakiś czas przychodziły wiadomości. Jednak zamiast je przeczytać, wolałam z resztą urządzić wojnę na poduszki. Walczyliśmy wszyscy, no, może poza Łośkiem. Ten zniknął pod stołem z pokaźną butlą "Uśmiechu Sołtysa".
      Postanowiłam wracać do domu, tym bardziej, że Katya była już zdrowa. Pożegnałam się z ekipą Rosjanki i z samą Rosjanką, i ruszyłam na miasto.
      W końcu przeczytałam wiadomości, z nieznanego numeru. Wyglądały mniej więcej tak:

"Cześć, jakie masz plany na dziś?? Z. ;)"
"Jesteś tam??? Z."
"Coś się stało?? Martwię się... Z."
"Jula... Wszystko w porządku? Z."

   I tak dalej, i tak dalej... Wykręciłam numer i gdy tylko ktoś odebrał, wybuchłam:
- Nie wiem, kim jesteś, skąd masz mój numer, skąd mnie znasz, czego ode mnie chcesz, ale zostaw mnie w spokoju! - darłam się tak głośno, że ludzie omijali mnie szerokim łukiem.
- Julia? Czemu się denerwujesz? - o rany! Tego głosu się nie spodziewałam. - To ja, Zayn. Okej?
- Zayn? - jak na ten tydzień to już za dużo wrażeń. - Skąd masz mój numer?
- Mam swoje sposoby... - odparł wesoło. - Nadal chcesz się spotkać?
- Mhmm... - poważnie! Wrażeń już za dużo.
- Gdzie jesteś?
- Przy Meow Chocco Cafe. - odpowiedziałam, oglądając się na szyld najbliższej kawiarni.
- Czekaj tam na mnie. Spróbuję tam być w ciągu pół godziny. Tylko przegonię dziennikarzy.
- Okej. - zgodziłam się i rozłączyłam.
    Weszłam do budynku, zamówiłam cappuccino i usiadłam przy stoliku w głębi lokalu.
     Zayn przyszedł godzinę później, gdy dopijałam czwartą filiżankę cappuccino.
- Cześć, przepraszam, że tyle czekałaś, ale ci dziennikarze są okropni. - przywitał się i usiadł.
     Podszedł kelner, przyjął zamówienia (Zayn: szarlotka na gorąco z lodami i herbata, ja: tylko szarlotka) i zaczęliśmy rozmawiać.
- Jak sesja?
- Nieźle, ale ten makijaż jest do niczego. To dobre dla dziewczyn.
- I kto to mówi? - nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. - Chłopak, który dba o wygląd?
- Hahah... Tak. - po raz pierwszy od wczoraj się uśmiechnął. - Co robiłaś dzisiaj tak ważnego, że nie odpisywałaś?
- Byłam u Katyi z Gangstą Devastą.
- Aha...
- Co? Czyżbyś był zazdrosny?
- Hmm..? Co? Nie, nie... - mruknął speszony.
- Kujona nie oszukasz. Gadaj prawdę!
- No i co mam ci powiedzieć?
- Chociażby, dlaczego wczoraj widziałam wczoraj w kinie, jak płakałeś. - szepnęłam miękko (w moim mniemaniu) i musnęłam jego dłoń swoją.
- Widziałaś?
     Przerwaliśmy rozmowę, ponieważ przyszedł kelner z zamówieniem.
- Tak. A... czemu milczałeś?
- Ja... Czasem czuję się jak piąte koło u wozu. Wczoraj trochę tak było. Bo Louis bił się z Niallem, ty gadałaś z Liamem i Harry'm. Miałem nawet lekkie wrażenie, że za mną nie przepadasz.
- Zayn... Ja też się tak często czuję. - nie wytrzymałam, musiałam podejść do niego i go przytulić. - Ale dlaczego tak o mnie myślałeś?
- Nie wiem... Jednak zrozumiałem, że się mylę, po tym, jak zareagowałaś na wieść, że się może nie zobaczymy dzisiaj. - prawie mnie zmiażdżył w swoim niedźwiedzim uścisku. Musiałam go mocno uderzyć w jego pierś, żeby zluzował. Nie mogłam oddychać.
- To co, miśku? - zapytałam wesoło, gdy już mnie puścił.
- Nie wiem, mała. Kończymy jeść i zwijamy się do domu? - mruknął (on tak często). - No wiesz, chodzi mi o twój dom albo ten mój i chłopaków.
- Może do was, co? - spytałam, tym razem niepewnie.
- Nie ma problemu.
     Skończyliśmy jeść, zapłaciliśmy i wyszliśmy na parking. Gdy wsiadałam do busa, ujrzałam znikającą za siedzeniem burzę loków.
- Co tu robi Harry?
- Nie no. Nie udało się, buu! - zawył Loczkowaty.
- Co się nie udało?
- No... - zająknął się i zwróciła do Zayna. - Zayn, nic jej nie powiedziałeś?


___________________________________________________________________________________
_______________________________________________________
______________________

I jest!!! Długo oczekiwany przez Mashę długi rozdział. Niespecjalny, jak większość moich dzieł, ale jest! Jak myślicie, jak to się rozwinie? Kogo dziewczyna wybierze? Czego się dowie?
Jeśli chcecie wiedzieć, czekajcie na szósty rozdział.
PS. Zostawcie po sobie jakiś ślad. Czekam na sugestie, według których mogłabym rozwinąć opowiadanie ;)

wtorek, 4 grudnia 2012

Rozdział IV

- No więc, skarby, idziemy, bo seans się zaraz zacznie.- mówi Niall z pełnymi nachosów ustami, na co wybuchamy śmiechem. Ten to umie wyczuć moment, kiedy wkroczyć na scenę.
    W drodze do biletera tłumy gapią się na nas jak sroki na gnaty. A dziewczyny wyglądają, jakby mnie miały zaraz udusić.
     No tak... Jak mogłam zapomnieć! Przecież idę z One Direction.
     Szczerze? Nawet ich lubiłam, nadal lubię, ale jako artystów. Jako znajomych ze szkoły? Nie dali mi powodów, żeby ich wielbić i wychwalać. No, może Liam, bo jest przy mnie wtedy, kiedy trzeba. Prawdziwy przyjaciel.
     Jeszcze przed wyjazdem z Polski miałam na ich punkcie świra totalnego. Ciągle wyłam (jedyne prawidłowe określenie moich umiejętności wokalnych) ich piosenki. Ścianę przy łóżku obkleiłam ich plakatami, by "usypiali" mnie do snu (żałosne!). Chciałam ich spotkać. Nie podejrzewałam nawet, że faktycznie ich poznam. 
     A teraz idę razem z nimi na film. Robię coś, w co jeszcze wczoraj bym nie uwierzyła.
- Co będziemy oglądać?
- Wszystko! - zawołali Harry i Louis.
     W trakcie seansu Louis rzucał nachosami w Nialla, ponieważ Niall wylał na niego colę. Podobno przypadkowo. Ja, co dziwne, cały seans przegadałam. Bardzo dużo z Liamem, no i trochę z Harry'm. Natomiast Zayn był cichy jak Ferb (z "Fineasza i Ferba"). Mogłabym przysiąc, że w pewnym momencie płakał.
- To gdzie teraz? - mruknął zmęczony Niall, gdy wyszliśmy z budynku.
- Do domu - ziewnęłam.
- Podrzucić cię? - pyta milczący do tej pory Zayn.
- Jak chcecie.
- No to cię podwieziemy. - nie mogło być mowy o pomyłce: Harry był nagle jakiś inny. 
   Wsiedliśmy do ich busa i ruszyliśmy przez miasto. Siadłam na przodzie, wraz z Zaynem, który prowadził. Reszta spała.
    W końcu dojechaliśmy. Wysiadając zapytałam:
- Do jutra?
- Nie. Do jutra nie. Raczej się nie zobaczymy. - powiedział chłodno. Spojrzał się na mnie, a jego twarz złagodniała. - Mamy sesję zdjęciową. Ale możemy później do ciebie wpaść - tutaj pokazał nieskazitelnie białego smajlika.
- Okej. Cześć. - pomachałam mu na pożegnanie i ruszyłam do domu.
    Weszłam po cichu na piętro, i do siebie. Ledwo miałam siłę na rozłożenie łóżka, po czym padłam  na wyrko z bananem na twarzy.
     Dobrze, że jutro sobota...

____________________________________________________________________________________
____________________________________________________________________
________________________________

No i jest! Jeden z krótkich rozdziałów. Od następnego powoli będą się robić dłuższe. Więc komentujcie, lajkujcie, hejtujcie... Nie wiem, co jeszcze. Po prostu bądźcie! 

niedziela, 2 grudnia 2012

Rozdział III

    Wróciłam do domu przed trzecią. Ruszyłam do kuchni, by przygotować coś do jedzenia. Zrobiłam i szybko zjadłam tosty ze śliwkową Nutellą, po czym poleciałam na piętro do swojego pokoju. Rzuciłam szkolną torbę na łóżko i wzięłam ciuchy (czarne rurki, różowy top, czarny sweterek, białe trampki plus biżuteria).
    Gdy byłam gotowa, sięgnęłam po torebkę i zeszłam na dół. Zostawiłam kartkę z informacją, której i tak nikt nie przeczyta, sprawdzam godzinę (czwarta pięćdziesiąt) i wychodzę. Idę na przystanek tramwajowy i wsiadam do tego jadącego do kina. Po dotarciu na miejsce wchodzę do sklepiku i kupuję małą colę.
   Pod kinem rozglądam się, w poszukiwaniu osoby, od której mogłam ewentualnie otrzymać zaproszenie. Wtem ktoś delikatnie puka mnie w ramię. Odwracam się i widzę Harry'ego Styles'a, Louisa Tomlinsona, Zayna Malika, Nialla Horana i Liama Payne'a.
- Cześć! - zawołali chórem.
- Eeee... - nie powiem, totalnie mnie zamurowało.
- No co, nie cieszysz się? - zapytał urażony moją reakcją Harry.
- Niby z czego mam się cieszyć? - burknęłam.
- Jak to: z czego? Z tego, że zostałaś zaproszona do kina przez członków najpopularniejszego boysbandu na świecie! - prycha zniecierpliwiony Loczek.
- Oj, chłopie, chyba przesadziłeś. - mówi Louis.
- Nie przeszkadzaj! Proszę... - prosi cicho Harry.
- Nie żeby coś, ale jak tak dalej będziesz się zachowywał, to nici z twojego "super planu". - odezwał się Zayn.
- Przepraszam bardzo, ale czy mógłby mi ktoś wreszcie powiedzieć, o co chodzi? - zapytałam i popatrzyłam na każdego po kolei. - I jaki super plan?
- O kurczę! Jakby ci to powiedzieć... - zaczął Niall ( to on umie mówić? Ja już myślałam, że tylko śpiewać, ciągle jeść, no i brzdąkać na gitarce). - Jeden z nich czuje do ciebie kanapkę... Sorry, miętę.
- Ty sobie jaja ze mnie robisz? - O KURCZĘ!
- No... Nie.
- Ale to jest nierealne, niemożliwe.
- Jak widać - jest. - Niall wyszczerzył zęby.
 - A... ty? - nie no, jeszcze tylko tego mi brakuje, żeby któryś z nich się we mnie zakochał. To już jest szczyt żartów.
- Może, może... - i dalej suszenie niezbyt prostych ząbków.
- Ech, daj spokój...
- Dobra, już! - zgodził się i odwrócił się do reszty, - To co? Idziemy? - gdy kiwnęli głowami (je też, ale tak a'la  automat), ruszył do wejścia i zanim zniknął w drzwiach jeszcze krzyknął. - Jakby co, to kupuję żarcie. Dla siebie. - podkreślił.
   My także weszliśmy do budynku. Skierowaliśmy się do kas.
- Czemu wzięliście akurat mnie? Jest tyle innych dziewczyn, a wybraliście kujonkę... - nie no, musiałam zapytać.
- To Horanek nic ci nie powiedział? - zdziwił się Zayn.
- Zacznijmy może od tego: co niby miał mi powiedzieć? - znowu robię się nerwowa.
- No eee... - zająknął się Harry (on się jąka?!).
- Noe to był w Biblii... - przerywam. - No więc?

___________________________________________________________________________________
________________________________________________________________
_________________________


I jest! Komentujcie, poddawajcie sugestie...

Ale już chyba bez ogranicznika, że tyle komentarzy, to następny rozdział. Po prostu - dajcie czasem komenta, żebym wiedziała, że czytacie ;)

niedziela, 25 listopada 2012

Rozdział II

 Robię wyjątek, ale to tylko dla Sophie ;) Dodaję rozdział bez wymaganej czwórki xD I zapraszam do czytania ;)



- Julka, wszystko okej? - pyta niepewnie. - Ja... Ja przepraszam. Za siebie, chłopaków, a przede wszystkim za Harry'ego... Nie wiem, co on sobie myśli... - urywa.
- Za Harry'ego? - oburzyłam się. - Nie uważasz, że jeśli w ogóle, to sam powinien przeprosić? - wymijam go i ruszam w stronę automatu. - I nie, nic nie jest okej! - rzucam na odchodnym.
- Jula, błagam, posłuchaj mnie! - chłopak złapał mnie za rękę.
- A czego mam niby słuchać? Że jako wielkie gwiazdy, za którymi szaleje chyba każda dziewczyna, możecie pozwalać sobie na wszystko?! I od kiedy jesteśmy na ty?
- Nie! To nie tak... - milknie i wpatruje się w jakiś punkt za mną.
   Odwracam się, ale widzę tylko Katyę rozmawiającą z Miszą i innych uczniów.
- Na co ty się tak gapisz? - pytam. - Jeśli na Katyę i Michała, to nic niezwykłego... - szepczę bezsilnie, ledwie powstrzymując łzy.
- Nie, nie na nich... - potrząsa głową, jakby próbując odgonić natrętne myśli. - Nieważne...
- Puścisz mnie wreszcie? - pytam i już nie powstrzymuję potoku łez.
- Nie... Tak... Ja... Przepraszam cię. - mówi zdławionym głosem, puszczając moją rękę.
   Natychmiast idę w stronę swojej szafki po chusteczki i książki. Gdy już mam wyciągnąć chusteczkę z opakowania, czyjaś ręka dotyka moich pleców. Odskakuję jak oparzona i widzę Liama, który patrzy się na mnie tak jak zwykle w takiej sytuacji: jak mały chłopiec, przyłapany na gorącym uczynku. W dodatku automatycznie robi oczka Kota ze Shreka. Niepewnie przeczesuje swoją grzywę.
- Czego tym razem się boisz? Że pogryzę cię jak na początku znajomości? - śmieję się gorzko. Dobrze, że się nie maluję, przynajmniej nie straszę wyglądem.
- Nie, nie tego. - mówi, czerwieniąc się na samo wspomnienie. I nie tylko on. - Boję się powodu, dla którego płaczesz. - dodaje zmieszany. - Chyba, że nie chcesz o tym mówić, nie nalegam.
- Wręcz przeciwnie, aż chcę o tym gadać! - wołam histerycznie. - Twój kumpel Harry znowu zachował się jak ostatni idiota. Podstawił nogę, ale, żeby było śmieszniej, padłam w ramiona Louisa! - drę się histerycznie na cały korytarz.
- Ale jak to? - pyta zdumiony.
- Tak to. - i opowiadam mu wszystko.
- Będę musiał sobie z nim porozmawiać, bo inaczej osiągnie odwrotny efekt do zamierzonego. - stwierdził po wysłuchaniu mojej relacji.
- Nie! Będzie jeszcze gorzej... - mówię płaczliwie (co się ze mną, kurczę, dzieje??).
- Jak tam chcesz. Ale ja naprawdę chcę ci pomóc. Wiem czemu to robi, ale... - nie zdążył dokończyć, bo zadzwonił dzwonek na lekcję. - Jakby co, za godzinę będę w Gaju! - zdążył krzyknąć i poszedł na lekcję.
    Wymieniłam książki i ruszyłam na historię.
    Tym razem się nie spóźniłam. Usiadłam z tyłu sali. Po chwili dosiadł się Seba, jako że było to ostatnie wolne miejsce.
- No hej! - zawołał, szczerząc zęby.
- Cześć.
- Co tam? - pyta, a widząc mój czerwony nos, tylko kręci głową z niezadowoleniem. - Jak tak można się opić do szkoły?
- Cóż, twoi koledzy nie mają z tym chyba problemu. - mruknęłam, a po twarzy przemknął mi cień uśmiechu.
- A ty? - docieka rozbawiony.
- Ja abstynentka. Przynajmniej w szkole.
- To czemu twój nos ma kolor buraka?
- Ha, ha, ha. - zaśmiałam się ironicznie i podniosłam głowę.
- O rany! Płakałaś?
- Nie, wiesz?! Wodę wylałam na twarz, dlatego jest mokra. - powiedziałam urażona.
- Ej no! Okej?
- Nie jest okej, zrozumiano? - tym samym zakończyłam rozmowę.
     Jednakże Katya musiała i tak wtrącić swoje trzy grosze:
- Albo romansujecie, albo się zabijacie! Wybierajta! - krzyknęła ze swojej ławki.
     Pozostałe lekcje minęły bez większych emocji. Przerwy spędziłam w Gaju na huśtawkach z Liamem.
     Gdy chowałam książki do szafki i zabierałam inne potrzebne rzeczy mój wzrok przykuła koperta w kolorze czekolady. Niepewnie ją otworzyłam, spodziewając się najgorszego. Zdziwiłam się, bo zawierała zaproszenie. Do kina. Na seans filmowy. Dzisiaj. W Cinema World. O 5.20.
     Po długim namyśle zdecydowałam. A co mi tam, pójdę! Co najwyżej mnie porwą. To i tak nie robi mi różnicy...

___________________________________________________________________________________
______________________________________________________________
_____________________________

No i jest, ciut dłuższy. Wiem, że niezbyt, ale nikt nie jest perfekcyjną panią domu.

5 komentarzy = następny rozdział